Wesoła biała wyspa i kataklizm pogodowy

Jestem sobie w robocie, choć wcale nie muszę być dzisiaj w robocie, albowiem wczoraj w Irlandii spadł śnieg, skutkiem czego natychmiast wykupiono ze sklepów wszelki chleb, puszkowaną żywność, a także race ratunkowe, na wypadek gdyby nasz irlandzki kolega Paddy McNamara miał przypadkiem wpaść w dziesięciocentymetrową zaspę pod domem i już nigdy się nie odnaleźć.

Tajemnice zaginionego przecinka i inne tragedie uniwersyteckie

Właściwie to mam dwa największe marzenia w życiu i jedno to jest takie, że chciałabym zostać ikoną ruchu gejowskiego, coś jak Madonna albo Beata Kozidrak, a drugie to jest takie, że bardzo bym chciała, żeby za każdym razem jak ktoś dokonuje błędów we wnioskowaniu na podstawie jakichkolwiek statystyk, to żeby pochodził do niego jakiś najbliższy […]...

Ja, rozbitek na niespokojnej tafli językowego oceanu

Z mówieniem po angielsku jest jak z jazdą na rowerze – niby spoko, ale czasem pod górkę. Na przykład u mnie: przez długi czas miałam poczucie, że mój angielski jest jak najpiękniej wyrośnięta bułeczka drożdżowa, nadziana dorodnymi idiomami jak najsłodszymi z rodzynek, i oblana lukrem gramatyki pięknej i precyzyjnej jak koronkowe serwety plecione przez motyle.