Festiwal językowych upokorzeń i Czajkowski angielskiej wymowy

Dzwonię sobie do irlandzkiego urzędu skarbowego w celu otrzymania zaświadczenia, że nie jestem przestępcą podatkowym, albowiem zapragnęłam takiego zabezpieczenia od czasu, jak okazało się, że piorę brudne pieniądze. Serio, nic a nic nie przesadzam – totalnie sobie ostatnio 20 euro w dżinsach wyprałam.

No i ja dzwonię, a tam maszyna. Wiecie co jest gorsze od maszyny po drugiej stronie telefonu? Maszyna po drugiej stronie telefonu, która gra melodię. A wiecie, co jest gorsze od maszyny po drugiej stronie telefonu, która gra melodię? Absolutnie nic. Nie ma takiej rzeczy. Ewentualnie byłabym skłonna rozważyć epidemię tyfusu, ale to nie jestem pewna.

No i ja dzwonię, maszyna gra melodię, ja wywracam oczami, no bo prymusem w szkole muzycznej to ona na pewno nie była, czekam sobie cierpliwie, aż w końcu ona mi mówi, że w celu przekierowania do konsultanta, to proszę powiedzieć głośno swój numer identyfikacji podatkowej, a ona sobie ten numer rozpozna i zapisze.

Powiedzieć głośno swój numer identyfikacji podatkowej. POWIEDZIEĆ. Ja! Która przez większość swojego życia to cała byłam, że heloł maj dijer frend weri najs tu mit ju, a raz to mnie nawet jakiś drwal usłyszał, jak pytam po angielsku o drogę i natychmiast chciał mnie zatrudnić w swoim tartaku, żebym mu tam tym swoim akcentem drewno ciosała. No, a potem wymyśliłam sobie, że w celu wyszlifowania ostrych krawędzi moich angielskich głosek, to udam się żyć wśród tubylców, co samo w sobie nie było takie głupie, ale skoro już chciałam zostać Czajkowskim angielskiej wymowy, to może niekoniecznie trzeba było wyjeżdżać do Szkocji. A jak już swój piękny polski akcent wytarzałam czule w panierce akcentu szkockiego, to pomyślelibyście, że nie może być gorzej, ale to nie jest prawda, bo potem udałam się do Irlandii.

Do tej Irlandii to ja pojechałam dlatego, że się zakochałam w pewnym miłym polskim chłopcu i te kilka lat temu ten wyjazd wydawał mi się pomysłem wybornym. Niemniej teraz, kiedy po raz trzydziesty próbowałam podać maszynie swój numer identyfikacji podatkowej, a ona po raz trzydziesty mówiła mi, że mnie nic a nic nie rozumie, to moje serce zalała nagła i gwałtowna tęsknota za krajobrazem rodzinnego Śląska, na horyzoncie którego majaczył zarys węglowych hałd, słupy kopalni i czuła obietnica niewydolności oddechowej.

Próbowałam wszystkiego – najpierw wymówiłam ten numer miękko, jak gdybym każdą głoskę panierowała w wacie wymieszanej z pluszem. Maszyna did not understand that. Następnie próbowałam techniki odwrotnej, to znaczy że każda wypowiadana przeze mnie cyfra brzmiała jak groźba karalna, ale maszyna did not understand that. Niemniej oddać jej trzeba, że była bardzo sorry. No i w końcu sięgnęłam po metodę, która od wielu lat jest niezawodnym kompanem zagranicznych wycieczek miliona Polaków, to znaczy – postanowiłam wymówić ten numer co prawda po polsku, ale za to głośno i powoli. Maszyna did not understand that, co – przyznam szczerze – dogłębnie mnie zszokowało, ostatnim razem to ja byłam taka zaskoczona, gdy okazało się, że jednak zaliczę WF na koniec gimnazjum.

Nie ukrywam, że w tym momencie tej historii westchnęłam tak głośno, że to aż aktywowało w tej maszynie jakieś ludzkie odruchy, bo mimo iż dotychczas nie dawała mi żadnych innych opcji przejścia do dalszej części rozmowy ani wpisania numeru na klawiaturze, to teraz postanowiła umożliwić mi zakończenie tego festiwalu językowych upokorzeń i pogardy.

– Czy chcesz przejść dalej? – spytała maszyna, a ja bardzo chciałam, a ona powiedziała, że spoko, jeśli chcę przejść dalej to żebym wymówiła nazwę działu, z którym chce się połączyć…

“National Capital Acquisitions Tax Unit”