Wychowano nas do czasów, które nigdy nie nadeszły.
Nie ma w tym niczyjej winy, trzydzieści lat temu trudno by było sobie wyobrazić obecny świat; straszono nas tym, że bez dyplomu nigdy nie znajdziemy pracy, że każdy musi mieć wyższe wykształcenie (ależ to okazało się bzdurą), w jednej z pierwszych reklam komputera obiecywano, że dzięki niemu będziemy pracować mniej (dobra, to jeszcze większą). Odłączaliśmy rodziców od telefonu, a potem cierpliwie czekaliśmy kilkanaście minut, by załadowała się nasza-klasa i kto mógł sobie wtedy wyobrazić AI, które w kilku sekund znajdzie nam odpowiedź na każde pytanie świata i internet, który działa nawet w samolotach (za to w PKP wciąż nie). Oczywiście, że mówiliśmy o emocjach – tekstami angielskich piosenek na statusach gadu gadu, ale by nas zaskoczyła wtedy informacja, że za kilkadziesiąt lat wciąż to będziemy robić, ale na platformach przed kilkuset tysiącami ludzi, o, na przykład tej, na której to czytacie.
Pierwszy koniec świata przeżyłam w wieku 12 lat. Sylwester 1999, pluskwa milenialna, pamiętacie? Obiecano nam globalny bunt robotów, obiecano katastrofę, która nigdy nie nadeszła. Nadeszła inna, prawdziwa i przyznaję, że gdy czytałam pierwsze doniesienia o dziwnym wirusie w Chinach, to totalnie je zignorowałam, nawet trochę śmiałam się z ludzi, którzy zaczęli się bać. Potem przez bardzo długi czas się nie śmiałam.
Ale pamiętam wtedy niesamowitą wspólność, mojego brata, który przytargał nam choinkę pod drzwi, zupełnie nieznaną mi dziewczynę, moją czytelniczkę, która gdy dowiedziała się, że spędzamy święta sami, bo mój mąż jest chory na COVID, przyniosła nam wigilijny catering (dostawa bezkontaktowa, a było to jakby przytulenie), pamiętam że nigdy się tak nie bałam o drugą osobę, jak wtedy o męża, czułam się, jakby zebrano mi w płucach cały strach tego świata, nie mogłam oddychać. Po raz kolejny ta myśl, że nie jestem sama, że jestem częścią czegoś większego, przyszła gdy oczekiwaliśmy fali powodziowej we Wrocławiu. Wymienialiśmy się informacjami, zapasami wody, byliśmy gotowi, ale nie tylko na naszą własne nieszczęście, również na ten moment, gdyby przytrafiło się coś ludziom, których kochamy.
Jestem spokojna, ale przygotowana na kryzys według wszystkich rządowych wytycznych. Trzymam spakowane plecaki ucieczkowe w garażu i gdy zamawiałam do nich jedzenie, to liczyłam więcej osób niż dwie, liczyłam z myślą o osobach, które się dla mnie liczą. I ta wspólność daje mi ulgę.
Dbajcie o siebie w tym dziwnym czasie. Nie czytajcie komentarzy, absolutnie nie czytajcie komentarzy. Nie dyskutujcie z ruskimi trollami. Każdej informacji przyglądajcie się nieufnie, sprawdzajcie ją w wielu źródłach. Przygotujcie się, bo to zwiększa poczucie kontroli, ale jeśli to powoduje w Was duży lęk, to pamiętajcie, że to tylko na wszelki wypadek.
„Na wszelki wypadek”. To zdanie jest pełne prawdopodobieństwa, ale to dobrze – to prawdopodobieństwo wielu zdarzeń, również dobrych zakończeń. Również możliwość kolejnych katastrof, które znów nigdy nie nadejdą.
PsycheClinic – psychoterapia i wsparcie psychologiczne w Warszawie (Bemowo) i online
15 września 2025 o 00:24Świetnie opisane poczucie ulgi, jakie daje ‘bycie przygotowanym’. W pracy psychologicznej często spotykamy się z tym, że uporządkowanie własnych zasobów – emocjonalnych i praktycznych – sprawia, że lęk staje się bardziej znośny. Samo nazwanie obaw i stworzenie planu ‘na wszelki wypadek’ potrafi dać ogromną dawkę spokoju.
Jednocześnie ważne jest, że – jak piszesz – największą siłę daje nam bliskość z innymi. To właśnie poczucie wspólnoty i relacji bywa najlepszym „plecakiem ratunkowym” w trudnych czasach.
Dziękujemy za ten tekst – dobrze przypomina, że nie wszystko musimy dźwigać sami.
Ja 2.0
21 września 2025 o 02:48Nie, nie, i jeszcze raz nie. Pluskwa milenijna nie była urojeniem. Problem istniał i właśnie dzięki jego nagłośnieniu i przejasrawieniu przez tych, co i tak nie rozumieją niuansów technicznych (czyli dziennikarzy) został rozwiązany prawie wszędzie. Na tyle dobrze, że u wielu ludzi, którzy byli wtedy dziećmi albo w ogóle ich jeszcze nie było na świecie powstało przekonanie, że problemu nie było.
Już za niecałe 12,5 roku przekręcą się zegary w oryginalnych unixach. Dzięki pluskwie milenijnej wyczulono świat także na ten problem i stopniowo – a nie na ostatnią chwilę – zmieniono w jądrach *nix-owych systemów liczbę bajtów przewidzianych na zapis czasu. Chętni mogą sobie policzyć o ile czasu przesunięto problem: zamiast 32-bitowej liczby ze znakiem jest wprowadzana 64-bitowa.