W socjologii migracji nazywają nas “ludźmi na huśtawce”

Nad ranem mój mąż przytula się do mnie tak mocno, że wyglądamy razem jak gigantyczna krewetka, ja jestem tym delikatnym mięskiem, a on moim pancerzykiem, oczywiście gdyby pancerzyki też były tak doskonale ciepłe i pulsujące krwią. Pod drzwiami kocia rozpacz, nie mam pojęcia co tam się dzieje, ale rozmiar kociego płaczu bez wątpienia wskazuje na to, że oto najpewniej właśnie porwał go jastrząb i teraz wolno gotuje nam kotka w rosole. W całym mieszkaniu zbudowaliśmy kartonowe miasto – są tam wieże wysokie zrobione z wszystkich naszych książek, poskładane ciuchy na cztery pory roku (daj spokój, ile to już czasu minęło, odkąd w grudniu widzieliśmy śnieg, a w lato upały?), no i jeszcze buty czekające w rzędzie na zupełnie nową drogę. Za kilka dni odbędziemy lot w jedną stronę, bo chcieliśmy być bliżej – bliżej ważnych nam ludzi, ważnych spraw i siebie nawzajem, bo za dużo już było tych moich odlotów i przylotów, i ileż można mieścić wszystko, co potrzebne, w jednej tylko walizce o odpowiednich rozmiarach (do sprawdzenia u swojego przewoźnika). Powiedziałabym, że wracamy do siebie, ale chwilowo jeszcze nie, jeszcze niewiele tam jest nasze.

Dziękuję, Irlandio. Za tę sobotnią randkę w Phoenix parku, która kilka lat później skończyła się małżeństwem. Za to biuro na najwyższym piętrze uniwersytetu, z których bardzo blisko było do ładnych widoków za oknem, ale mójboże, jak daleko do ciasta marchewkowego z kawiarni na parterze. Za ten angielski akcent poszarpany jak chleb krojony tępym nożem i przyjaźnie mówiące wszystkimi językami, religiami, kulturami świata. Trochę mi smutno i trochę straszno, bo to nie pierwszy raz, kiedy wracam, a ten pierwszy nie był wybitnie udany;

zaczęło się od tego, że nie mogłam oddychać. Mój boże, ciągle brakowało mi powietrza i czułam, jakby każdego ranka ktoś plótł coraz ciaśniejszą sieć dookoła moich płuc; nie pozwalała wziąć pełnego wdechu i broniła dostępu tlenu do krwi. Z czasem nabierałam coraz większego przekonania, że jest w tym coś nieuleczalnego, ale nie chciałam nikogo niepokoić swoją nagłą śmiercią, więc poszłam po prostu do lekarza by dowiedzieć się, ile czasu jeszcze mi zostało, tak zawsze robią w filmach i jeszcze na końcu cudownie zdrowieją, po prostu chciałam spróbować. A potem zmierzono mi wszystkie parametry i poziomy odpowiednich związków we krwi, i siedziałam sobie spokojnie w sterylnej przestrzeni, ale nikt nie przyszedł mi powiedzieć, jak długo jeszcze będę żyć, spytano mnie raczej, co takiego stało się cztery tygodnie temu, wtedy gdy nagle przestałam oddychać?

Strasznie uparty był ten lekarz w szukaniu jakichś dramatów, które dotknęły mnie ten określony czas temu, ale w ogóle nie mogłam mu pomóc;  nie miałam w pamięci niczego, co wtedy przestraszyło mnie, nie zauważałam tego momentu gdy zawiązano mi pierwszy supełek na pęcherzykach płucnych. I w końcu poddał się, przestał walczyć z tym moim uporem, że wszystko jest w porządku. – Pani Janino – powiedział wtedy – ma pani klasyczne zaburzenia nerwicowe, coś się musiało wtedy stać, może narzeczony panią rzucił lub ktoś śmiercią groził?. Ach nie – machnęłam ręką i pokręciłam głową – po prostu miesiąc temu wróciłam ze Szkocji do Polski.

Nikt mi wtedy nie wierzył, gdy mówiłam że w tym kraju nie mogę oddychać, że wszystko jest nie moje, wszystko jest inaczej, a ja zupełnie nie potrafię zarządzać swoją obecnością w nieznanej mi przestrzeni, jestem jak taki puzel, który wyszczerbił się z kilku stron, więc nie pasuje już w miejsca, gdzie niegdyś pasował. Zmieniły mnie wydarzenia w których nie uczestniczyłam, wspomnienia bez mojego udziału i – co najtrudniejsze –  śmierci przy których mnie nie było, a powinnam być. W socjologii migracji nazywają nas “ludźmi na huśtawce” –  takimi, którzy tak naprawdę nie należą do żadnego z dwóch miejsc.

Te kilka lat temu miało wtedy być, jak w tych ulotkach z roześmianymi ludźmi na lotniskach, którzy to wreszcie są razem i wreszcie u siebie, miało być tłoczno, głośno i z podkręconymi kolorami, a był tylko biały sterylny gabinet lekarski, w którym się znalazłam, bo oto zatraciłam najbardziej podstawową z ludzkich umiejętności, nie potrafiłam już nawet oddychać.

Powiedział mi wtedy, wypisując receptę, że jestem teraz jak przesadzona roślina albo – co bardziej pasowało do kontekstu – jak przeszczepiony narząd. Że mam chodzić na długie spacery z psem i próbować oddychać, może niedługo znowu uda mi się zupełnie samoistnie. Nie posłuchałam go wcale, nie poszłam wtedy z łaciatym psem do lasu, by wytarzał się w szyszkach i oszalał z radości na widok martwego zająca. Poszłam wtedy prosto do urzędu, by sprawdzić czy mogę już odebrać swój aktualny paszport. Nie było w tym niczyjej winy, to się zdarza czasami –-

przeszczep został odrzucony.

A teraz, osiem lat później, mam tę swoją osobistą krewetkę, koci płacz za drzwiami i dużo wdzięczności. Dziękuję Ci, Irlandio, że byłaś dla nas taka dobra i wyrozumiała. Mam nadzieję, że nie weźmiesz do siebie tego, gdy powiem, że bardzo bym chciała, by teraz się udało. Że liczę na to, że już nigdy się nie zobaczymy.

***

Hej, nazywam się Janina, dzień dobry w mojej internetowej przestrzeni! Zawodowo pożeniłam literki i cyferki – zajmuję się uczeniem ludzi, że ze statystyką można i należy się zaprzyjaźnić. A także, że nie ma głąbów matematycznych, są tylko źli nauczyciele – i absolutnie każdy może się przekonać, że statystyka jest fajna i przydatna. Ostatnio napisałam o tym książkę, która tylko teraz kosztuje niecałe dwie dyszki. A to dobry biznes, bo zawarte w niej żarty o współczynnikach korelacji są zupełnie bezcenne. Najtaniej książkę kupisz w salonach stacjonarnych Empik lub  tu:

47 komentarzy

  1. Ewa

    20 lipca 2019 o 15:27

    Przykro mi, że tak się to skończyło a z drugiej strony trzymam kciuki za nowy start!
    W oku łza mi się zakręciła gdy czytałam ten wpis. W Anglii jestem rok już dwunasty, od dwóch lat mam ataki paniki, i bardzo dobrze Cię rozumiem. To wszystko jest po prostu za, za daleko by przytulić mamę, za dużo się w Polsce dzieje beze mnie, za mało wiem o moich własnych siostrach, wszystko za…
    Na razie nie mam jak wracać, na razie walczę o harmonię między walką o oddech a uściskiem w klatce piersiowej gdy dzwoni telefon z polskim kierunkowym (zbyt wiele ślubów, urodzin i pogrzebów odbyło się beze mnie). Czasami mam wrażenie, że tu jest taki inny świat w odległej galaktyce, gdzie czas płynie inaczej, wolniej i za każdym razem gdy widzę moja mamę, zdaje się, że zamiast roku upłynęło lat dziesięć.
    Pozdrawiam cieplutko i wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!

    Odpowiedz
    • Joasia

      20 lipca 2019 o 17:48

      Janina, powodzenia, wierze że tym razem się uda oddychać pełną piersią!

      Odpowiedz
      • Chrząszcz

        31 lipca 2019 o 21:12

        Ja bije się z myślami od dawna.
        Chcialbym wrócić z podobnych powodów.
        Ale bardzo się boje. Na sama myśl brakuje mi oddechu. Boję się polskiej przebojowości, której nigdy za wiele nie miałam, a przez 13 lat w Anglii zupełnie straciłam. Boję się realiów. Boję się jednolitego społeczeństwa, pokochałam multi kulti.
        Anglia nie jest krajem który łatwo pokochać, ale ja całkiem niechcący się zadomowilam. Nigdy nie chciałam tu zostać, i nawet po tylu latach wciąż chcę stąd wyjechać. Ale rozważam też wyjazd całkiem gdzieś indziej, choćby tylko na parę lat. Zanim zaryzykuję powrót.

        Odpowiedz
    • Dorota Skulimowska

      20 lipca 2019 o 21:04

      A my z mężem z Grecji właśnie wracamy, mimo wcześniejszych szoków urlopowych i skwaszenia ludzi w pekaesach. Tęsknota za rodziną wygrała. Mam nadzieję, że mój przeszczep się przyjmie.

      Odpowiedz
  2. V3rka

    20 lipca 2019 o 15:29

    Tak bardzo dobrze wiem, o czym mówisz, kiedy po 3 latach wróciłam znad morza na moje kochane Kujawy… I niby jest jak było, ale w sumie to coś się zmieniło, coś nie pasuje, ale niektóre rzeczy są nadal takie świetne jak były… I tak jest trochę tak i trochę nie tak jednocześnie… Niby fajnie, że nie pizga złem, ale trochę szkoda, że nie można się rozłożyć na piasku. Ale warto spróbować. Więc trzymam kciuki!!! :)))

    Odpowiedz
  3. Kasia

    20 lipca 2019 o 15:55

    Wzruszyłaś mnie bardzo. Mam nadzieję, że uda Wam się tu odnaleźć po tylu latach. Czekamy na Was w nowym starym domu 🙂

    Odpowiedz
    • Marek Ś.-O.

      6 sierpnia 2020 o 13:32

      Piękny tekst! Mimo, że my nie wyjechaliśmy z Polski to doskonale Cię rozumiem. My pokochaliśmy UK, Szkocję i Irlandię bywając jedynie turystycznie. Wielokrotnie myśleliśmy o migracji, ale zawsze było coś, co mnie hamowało. Teraz znów myślimy ze względów finansowych, ale jesteśmy już doświadczeni i nie da się polecieć na fali emocji. Doskonale zdajemy sobie sprawę z plusów i minusów. Nie chcielibyśmy na stałe wyjeżdżać gdybyśmy na miejscu mieli normalne perspektywy. To jest bardzo trudny temat. Jednocześnie chciałbym uniknąć żałowania do końca życia, co by było gdybyśmy wyemigrowali… ściskam mocno. Marek

      Odpowiedz
      • Janina

        6 sierpnia 2020 o 19:39

        To są piękne kraje. No i te puchate krowy! Dobrze, że tak naprawdę są tak niedaleko, będę je odwiedzać

        Odpowiedz
  4. Cas

    20 lipca 2019 o 15:59

    Droga Janino, dobrze wiem co czujesz. To już 8 lat w Holandii, przyjechałam jako młoda dziewczyna, zdolna i gotowa podbijać świat. Znalazłam miłość, nauczyłam się języka i podjęłam studia. Czy mogłoby być lepiej? Nie, niestety tylko gorzej.
    8 lat później kończę studia i jestem za granicą całkiem sama. Staram się być jak najczęściej w Polsce (mama choruje), ale pomiędzy studiami, stażem i pracą nie mam zbyt dużo czasu. A z powodów finansowych nie mogę wrócić.
    Jest ciężko, ale dzięki przemiłym Holendrom jakoś się udaje. Grunt to się nie poddawać, chociaż czasem zwijam się w smutnego rogala nieposmarowanego Nutellą. Oby do przodu, będzie lepiej!

    Odpowiedz
  5. Asia

    20 lipca 2019 o 16:07

    Wzruszasz mnie. Dotykasz najczulszych strun w moim ciele, moich wspomnieniach. Mam wrażenie, że jesteśmy utkane z tej samej wrażliwości, która zawiera w sobie dużo lęku i tkliwości.
    Trzymam za Was kciuki, wierzę w dobre zakończenia i jeszcze lepsze początki.

    Odpowiedz
  6. Małomiasteczkowa

    20 lipca 2019 o 16:08

    Inna Janina niż ta, którą poznałam do tej pory, nostalgiczna i melancholijna, chwytająca za serce? Teraz lubię Cię jeszcze bardziej i mocno trzymam kciuki?

    Odpowiedz
  7. Emma the introvert

    20 lipca 2019 o 16:09

    Chciałabym powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, bo Polska (a zwłaszcza Wrocław) jest teraz tak otwarty i różnorodny, i międzynarodowy, że właściwie nie zauważysz różnicy.
    Ale nie jest. I zauważysz. Ogromną.
    Znam to uczucie braku tlenu w płucach aż za dobrze. Żyję z nim już trzydzieści kilka lat.

    Odpowiedz
  8. Grazyna

    20 lipca 2019 o 17:49

    Janinko Kochana! Powodzenia. Ja, kiedy wracam.z Tunezji lub Polski do Niemiec, to krzyczę w środku, że nie chce przecież, a potem ściskam te swoje brzegi puszka i się dopasowuje. Jednak mój osobisty pancerzyk krewetkowy stwierdził, że czas jakaś chatynke w Tunezji postawić, bo on tu naszej starości nie widzi.

    Odpowiedz
  9. Kasia

    20 lipca 2019 o 17:54

    Powodzenia!

    Gdybyś tym razem znowu miała problemy z oddychaniem, pamiętaj, że nic nie jest na zawsze, na świecie jest wiele innych pięknych miejsc, a dom jest tam gdzie są koty. Luz.

    Pozdrawiam bardzo serdecznie z mojej huśtawki!

    Odpowiedz
  10. Magda

    20 lipca 2019 o 18:21

    Ja miałam podobnie, ale po 3 latach w Anglii, kilka miesięcy po śmierci ukochanego dziadka. Wróciłam do Polski i nagle wszystkie dolegliwości minęły.

    Odpowiedz
    • Magda

      20 lipca 2019 o 19:03

      Pomoczyłaś mi, Janino, oczy trochę tym wpisem. Wracam za miesiąc do Polski po dwóch latach w Danii. Niby fajnie, ale trochę się boję powrotu do ‘domu’, że będzie ciężko, że będę się przejmować pierdołami, na które tutaj mogę mieć wywalone. Z drugiej strony, tutaj też jest ciężko, jest samotność, dużo pracy i mało odpoczynku. Więc dokładnie tak, jak mówisz że mówi socjologia – ‘na huśtawce’. Trzymam kciuki, żebyście się zadomowili w nowym domu!

      Odpowiedz
  11. juliagoesaway

    20 lipca 2019 o 19:18

    taki ładny tekst:) i rozumiem go, ale we mnie jest też coś takiego, że bardzo tęsknię, ale jak już zaczęłam wyjeżdżać, to już na prawdę nie wiem, gdzie jest moje miejsce na ziemi… poza tym, że po prostu najchetniej to bym ze soba wszedzie ciągała bliskich w walizce! i z jednej strony tęsknię za Polską, a z drugiej strony, jak już przyjeżdżam, to tyle rzeczy mnie irytuje…

    Odpowiedz
  12. Leslawa Jaworowska

    20 lipca 2019 o 19:33

    Niech Was Wrocław przytuli do serca, mam nadzieję, że tym razem przeszczep się przyjmie!
    Trzymam kciuki i wysyłam dobrą energię.

    Odpowiedz
    • Agata

      20 lipca 2019 o 23:20

      Wzruszyłam się czytając Twój wpis. Życzę Wam z całego serca powodzenia i mam nadzieję, że Wrocław przyjmie Was pluszowo.
      Uczucia natomiast rozumiem. Dalej tęsknię za Bliskimi.Tylko mimo tego tym razem w UK nie duszę się a biorę wdech z uśmiechem na twarzy. Może dzięki Wojtkowi, który jest pluszem w moim życiu tak jak Twój Wojtek w Twoim. Powodzenia dla Was?

      Odpowiedz
  13. Anastazja

    20 lipca 2019 o 20:16

    Mnie z tych samych powodów ściska ale raczej w skali mikro jeżeli mówimy o odległościach. Ale to, że ktoś inny czuje podobnie sprawia, że jest raźniej, a jak raźniej to lepiej. Mam nadzieję, że Polska stanie na wysokości zadania i przyjmie Cię pluszem, labradorami i fokami.

    Odpowiedz
  14. Małgosia

    20 lipca 2019 o 20:48

    Janinko… dwa lata temu wróciłam z Holandii. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Nareszcie jestem szczęśliwa i przestałam mieć poczucie, ze omija mnie tyle ważnych spraw. Tobie tez tego życzę!

    Odpowiedz
  15. Alicja F.

    20 lipca 2019 o 20:53

    Od 15 lat w Dublinie, a przyjechałam tylko na 2 miesiące ? życzę Ci z całego serca żebyś nie wracała na huśtawkę. Usciski

    Odpowiedz
    • Kasiulik

      21 lipca 2019 o 10:10

      W De od czterech lat ,a od jakiegoś roku poczucie ,że ani tu ani w PL ( już)nie jestem u siebie .Każdy ma swoją historię dlaczego wyjechał i nadal tęskni.Dziś od Ciebie dowiedziałam sie jak to nazwac.Pozdrawiam serdecznie .

      Odpowiedz
      • Halina Pawlik

        21 lipca 2019 o 23:30

        Ja przyjechalam na 2 tygodnie do UK jestem juz 13 lat .plakalam, buntowalam sie,wracalam na urlop do Polski, I dalej pracuje w UK. Jestem tez na rozdrozu, w UK nie mam nic .w Polsce dom ,ktory trzeba wyremontowac za 2 lata polska emerytura 1000zl brutto, zyc Nie umierac ! Szlag by trafil tych politykow, ze czlowiek zmuszony byl zostawic wszystko i wyjechac! Moje serce peklo, porownalam wyjazd do rozwodu z wlasnym krajem w ktorym sie urodzilas ,wychowalas ,wyszlas za Maz ,urodzilas Dzieci pracowaliscie po 14 godzin swiatek, piatek czesto i Niedziela a po 25 latach trzeba bylo wyjezdzac, bo nie bylo za co zyc! Nienawidze Cie Polsko! Bo pozbylas sie pracowitych, solidnych Ludzi ceniacych spokoj, Rodzine, praworzadnosc, placacych podatki

        Odpowiedz
  16. litermatka

    20 lipca 2019 o 22:41

    Och, Janino, ależ mnie poruszyłaś, nie pierwszy raz zresztą. Mam nadzieję, że znajdziesz swoje miejsce i samą siebie w tym starym nowym kraju. My też już na wstecznym. Wciąż to jeszcze nie ten rok, ale już się poukładało w głowie, już wiemy, kiedy chcemy wrócić, bo chcemy od zawsze, chociaż teraz, kiedy tak bardzo wsiąknęliśmy w to miejsce, wiem, że odchoruję ten powrót. Będę szczęśliwa, że blisko Bliskich ale na nowo rozdarta, bo część serca już tutaj…

    Piję właśnie wodę z cytryną za Ciebie, za Was, kota i powroty. Płyńcie z prądem i sprzyjającym wiatrem!

    Odpowiedz
  17. Angelika Grab

    21 lipca 2019 o 00:30

    Teraz przeżywam to samo, powrót do lubelskiej wsi po ponas 5 latach w Krakowie, nie potrafię się odnaleźć, tym bardziej, że co roku wracałam na 5 miesięcy na Lubelszczyznę do pracy, ale potem zawsze wracałam do miasta Kraka, a w tym roku niestety będzie inaczej i co gorsza na razie jest to nieodwracalne. Praca, znajomi, ukochane miejsca zostały w Krk.

    Odpowiedz
    • Eliza Kokoszycka

      4 września 2019 o 01:13

      Angeliko, skoro udalo Ci sie w Krk przez 5 lat, to dlaczego mialoby sie nie udac nastepne 5? Serdecznie pozdrawiam:) Eliza (od 9 lat na walizkach)

      Odpowiedz
    • Eliza

      4 września 2019 o 01:22

      Wiesz, zapytalam sie Ciebie, bo ja sama sobie absolutnie nie wyobrazam powrotu do stron rodzinnych. Wobrazilam sobie ze to wlasnie musze zrobic i wrrrr…

      Odpowiedz
  18. Kate

    21 lipca 2019 o 00:47

    Janinko kochana ,zycze Ci by wszystko sie ulozylo bys znalazla swoje miejsce w kraju,ado Irlandii wrocila moze na wakacje by powspominac dawne czasy.

    Odpowiedz
    • Monika

      21 lipca 2019 o 09:22

      Mialam to samo po powrocie do Polski do Warszawy. Wtedy zaczela sie u mnie nerwica, ktora przeszla w dniu powrotu do Irlandii na moja piekna zielona prowincje. Tesknie czasem za ojczyzna, a raczej za ludzmi tam pozostawionymi, za Tatrami. Ale moj dom juz jest tu. A Polske bardziej doceniam na urlopach ? Zycze powodzenia. Na pewno sie uda! Pozdrawiam z północy wyspy

      Odpowiedz
  19. Natka

    21 lipca 2019 o 02:34

    Kochana Janino, przesyłam moc wsparcia, ocean miłości, mnustwo dobra…
    Już 11 lat jestem, raczej już nie wrócę… Zostałam sobie rodzinne tutaj, ale wiem, że nie wiem gdzie jestem, kim jestem… Wciąż o domu mojego dzieciństwa myślę, że to ten właściwy dom, że tutaj jestem chwilowo. Wychowuję tutaj dwoje dzieci, to ich dom, ja jestem ich rodziną. Świadomość tego, że tkwię zawieszona w przestrzeni, że nie mogę się pogodzić wybija mi grunt z pod nóg… Poruszasz do głębi swoimi słowami….
    Trzymam kciuki za Wasze powroty… Moc uścisków

    Odpowiedz
  20. Aga

    21 lipca 2019 o 10:24

    My wróciliśmy ze Szwajcarii do Poznania i rzeczywiście brakuje nam trochę “wielkiego swiata”, czystego powietrza i pięknych widoków, ale i tak wolimy żyć w Polsce, bo tylko tutaj czujemy się jak u siebie.

    Odpowiedz
    • Taka tam Ewa

      21 lipca 2019 o 22:42

      Jestem więc człowiekiem na huśtawce… I buja się ostatnio jak szalona. Ani tu w Niemczech, ani w Pl nie czuje się u siebie. Może to przyczyna mojego złego samopoczucia… My już od 3 lat wracamy ale ciągle nas tu coś zatrzymuje… No i nie bardzo mamy czyjąś pomoc w pl na start.
      Byłam kiedyś tydzień w Irlandii… Było tak pięknie.. Niech mnie ktoś przygarnie na dzień chociaż haha (powiedziała osoba która boi się latac).
      Życzę żeby tym razem wszystko się udało i poukladalo. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. Pozdrawiam.

      Odpowiedz
  21. OM

    21 lipca 2019 o 14:20

    Nie znam świata emigracji, ale dotknęły mnie Twoje naburzenia nerwowe. Mnie problemy na tle psychicznym dotknęły ponad pół roku temu. Męczyłem się kilkanaście dni próbując złapać oddech. Napady duszności miewałem po kilka razy dziennie w przeróżnych sytuacjach. W końcu wylądowałem pewnej nocy na SORze. Lekarze mnie olali – w końcu psychicznie nic mi nie było. Umówiłem się prywatnie u psychiatry, który farmakologicznie pomógł mi praktycznie od razu. Niedługo później trafiłem do psychoterapeuty, z którym co tydzień pracuje. Okazuje się, ze moje problemy po prostu nawarstwiły się i spowodowały, ze nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Od tego czasu zacząłem zauważać, ze osób które maja podobne problemy jest coraz więcej. Czytając „internet” i oglądając YouTube’a natrafiam przypadkiem na „coming outy” normalnych osób, które czytuje i oglądam od miesięcy, a którzy przyznają się ze maja podobne problemy. Problemy natury psychicznej to nie wstyd, a psychiatra, psycholog czy psychoterapeuta to nie jest zło konieczne i powód do wyśmiewania. Oni serio pomagają. Rozmową i skłanianiem do refleksji.

    Odpowiedz
  22. pryzmatycznie

    21 lipca 2019 o 15:30

    Osiem lat na emigracji (przy czym ja akurat od początku wiedziałam, że nie chcę nigdy do Polski wrócić – a kolejne lata spędzone w Szwajcarii upewniły mnie, że to właśnie moje miejsce na Ziemi). Trzymam kciuki, by mimo wszystko Wrocław przyjął Was pluszem i fokami. Uściski!

    Odpowiedz
  23. Natalia Jaranowska

    22 lipca 2019 o 05:04

    Hej Janina, bardzo mi przykro, że żegnasz się z Irlandią w ten sposób. Trochę szkoda, bo w końcu spędziliście tam ładnych parę lat. Sama mieszkam od 2013 w Australii, a od 2015 roku w Nowej Zelandii i emigracja to bardzo ważna część mnie. Też w międzyczasie poumierali mi Dziadkowie i wiem co czujesz nie mogąc zawsze być na miejscu (lub jak w moim przypadku nigdy; nigdy już nie wróciłam). Życzę Ci bezproblemowego powrotu do Polski, a najważniejsze to tego, żebyś mogła w końcu swobodnie oddychać i odnalazła swoje miejsce na Ziemi. Powodzenia!

    Odpowiedz
    • A.N

      22 lipca 2019 o 21:46

      Melanchonino, bedzie dobrze. Minęły prawie dwa lata od mojego powrotu z Londynu, ale dzięki pracy w Polsce byłam tam 6 razy w zeszłym roku także poniekąd huśtawka trwa a omijają mnie ważne wydarzenia gdziekolwiek nie jestem… Z mężem i kotkiem o szerokiej twadzy stworzycie dom niezależnie gdzie traficie. Uściski z Warszawy

      Odpowiedz
  24. Alicja w swoim świecie

    22 lipca 2019 o 09:16

    Boże drogi, ja nie wiem, co tu się odwaliło. Uroniłam łzę na wpisie Janiny. I to nie ze śmiechu!!!

    Odpowiedz
  25. Iwona Gie

    22 lipca 2019 o 14:49

    Wszystko fajnie, ale w czwartym wersie drugiego akapitu jest błąd. Słowa brakuje na końcu czy coś. Mam nadzieję, że pomogłam.

    Odpowiedz
    • Janina

      22 lipca 2019 o 16:15

      Niczego nie brakuje 🙂

      Odpowiedz
  26. StaraPannaZKotem

    23 lipca 2019 o 11:12

    Bardzo mnie wzruszyłaś, i chciałam Ci tylko napisać, że straszliwie się cieszę, że wracasz. Nie chcę uderzać w jakiś patos, ale ten kraj bardzo potrzebuje takich osób jak Ty, tutaj, na miejscu… Nie znam Cię przecież i pewnie nigdy nie spotkam, jesteś u mnie w telefonie, tutaj i na Insta stories, więc niby nie ma różnicy, gdzie przebywasz tak naprawdę. A mimo to… cieszę się, i mam ochotę powiedzieć do całej Waszej trójki: “Witajcie w domu!” 🙂
    P.S. Jestem pewna, że tym razem się uda! <3

    Odpowiedz
  27. Agata

    24 lipca 2019 o 14:44

    Tylu nas jest… Wirtualnie Cię przytulam do serducha Janina i życzę samych sukcesów w Ojczyźnie. Nie wracaj jako przeszczepiony organ. Teraz jesteś sercem, które zaczyna nowe życie i będzie dawać nową krew innym organom. Wiele z nich jest chorych, potrzebuje Twojej świeżej krwi…
    Dziękuję za Twój wpis. Wzruszył mnie bardzo.
    Trzymam kciuki, powodzenia! <3

    Odpowiedz
  28. No to jak to jest z tą odwagą – Żegnaj, kokonie bezpieczeństwa

    29 lipca 2019 o 21:58

    […] się z tym, że bliscy są już inni, niż sobie zapamiętałam. Powroty są ciężkie, jak to pisała Janina. Jak to śpiewał […]

    Odpowiedz
  29. sexandprzemoc

    30 lipca 2019 o 16:09

    *tych kilka lat, zdaje się

    Odpowiedz
  30. Ola

    25 września 2019 o 20:13

    Dziekuje za ten wpis, bardzo mnie poruszyl. To jest moj jedyny problem, ktory mnie dreczy. Zapominam o nim, ale wraca do mnie coraz czesciej i mocniej. Niestety powrot do Polski wiazalby sie ze zbyt wieloma rozstaniami. Przynajmniej dobrze wiedziec, ze duzo z Was tez sie tym zadrecza. Echh

    Odpowiedz
    • Janina

      27 września 2019 o 07:18

      Uważam, że powroty są wynikami bardzo indywidualnych równań, nie ma na to dobrego wzoru – niektórym lepiej będzie tu, innym tam. Nie zadręczajmy się, starajmy się być tam, gdzie jest nam najlepiej 🙂

      Odpowiedz
  31. Dom

    13 grudnia 2021 o 19:08

    Aj Janino, Janino. Tak mi się łezka w oku zakręciła. Widzę w Twoim wpisie cząstkę siebie z przyszłości – tę co traci wesela, pogrzeby i nie należy do żadnego z dwóch miejsc. Razem z partnerką chcemy wyjechać z Polski. Z kraju, który nas nie chce, bo kochamy osobę nie tej płci co trzeba. Z jednej strony nie czujemy się tutaj dobrze, a z drugiej wcale nie chcemy wyjeżdżać. Mam nadzieję, że ta huśtawka będzie dla mnie trochę bardziej łaskawa i mimo braku bliskich osób w pobliżu, poza granicami tego kraju, lepiej mi się będzie oddychać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *