Mój mąż jest mężczyzną przystojnym, a jeszcze na domiar złego człowiekiem szalenie miłym i uczynnym, jak on z okna zobaczy, że gdzieś tam staruszka nie umie przejść przez kałużę, to jemu nie trzeba dwa razy powtarzać, on już drzwi wyważa, galopem po schodach, i już, już przenosi staruszkę na drugą stronę tego żywiołu, tej mokrej pułapki irlandzkiej metereologii, a potem, przy okazji, to przeprawi jeszcze przez tę kałużę zastęp przedszkolaków, dwa jeże i rodzinę bobrów, a potem skoczy do domu po suszarkę i do wieczora będzie tą suszarką tę kałużę suszył, żeby już nigdy żadna staruszka i żaden bóbr nie musiał przez nią cierpieć.

Współwystępowanie tych dwóch cech – to znaczy przystojności i ogólnej pluszowości, to się zazwyczaj kończy tak, że mój mąż jest rwany przez kobiety jak szczaw przez zające. Ja tam jakichś zaawansowanych kalkulacji nie prowadzę, ale wiem, że ta pani w kawiarni to notorycznie go zaczepia, tamta w pracy, o pani ze stoiska z kiełbasą to nawet nie wspomnę, bo to rzecz oczywista, nic tak nie podsyca płonących kobiecych lędźwi jak mężczyzna, który potrafi z pasją opowiadać o podwawelskiej suchej. Więc mój mąż jest szalenie popularnym chłopcem na tej dyskotece świata, a ja jestem człowiekiem absolutnie nie zazdrosnym, jak ja czasem widzę, że jakaś miła lwica czai się na moją bezbronną gazelkę małżeńskiego życia, to cała puchnę z dumy i myślę sobie, a proszę bardzo, zapraszam, można się czaić, ta gazelka już dawno jest udomowiona, nazwałam ją Wojtek i nawet śpi ze mną w łóżku.

No, nie jestem wcale zazdrosna o męża. Jak ktoś moim mężem jest zainteresowany, to ja się zawsze wtedy czuję jak absolutny zwycięzca, co to mu się przytrafił najbardziej dorodny okaz bizona i teraz cała wioska mu zazdrości.

Ale jednak jest coś takiego na tym świecie, co bardzo ciężko znoszę, bardzo mnie dręczy, gdy ktoś ma w tej kategorii ładniejszego bizona ode mnie.

I to są dobrze napisane zdania.

Bywam szalenie zaborcza jeśli chodzi o pisanie, miewam w sobie mikroukłucia zazdrości, gdy widzę doskonale napisane opowieści, które bardzo bym chciała mieć, ale nie należą do mnie. Te pięknie wyrośnięte drożdżóweczki środków stylistycznych, które upiekły się w piekarniku cudzej wyobraźni. I dziś w ramach share weeka, czyli tygodnia dzielenia się tym, co dobre i jakościowe, chciałam Wam opowiedzieć o trzech ludziach, które czasem kłują mnie w serduszko zbyt dobrymi zdaniami. I ja z nimi to mam trochę taki  związek jak Kristjan Grej i Anastazja, bo oni mnie ciągle kłują, a mnie się to bardzo podoba i nawet chcę więcej.

To są bardzo różne pisania, więc dziś u mnie będzie zupełnie jak w cukierni – każdy znajdzie coś dla siebie, tu wszystko jest pyszne.


Michalina z bloga Krystyno, nie denerwuj matki

Łykam jak pelikan masło absolutnie wszystko, co napisze Michalina, i nieważne, czy jest to tekst śmieszny, czy poważny, czy akurat jej lista zakupów. Ona potrafi w słowa i w opowiadania, a przy okazji jeszcze posiada małą córeczkę Krystynę, o przykrótkiej grzywce i okrągłych polikach, i jak ja oglądam jej zdjęcia to zawsze czuje się tak, jakbym miała w środku bardzo dużo puchatych królików.

W życiu i języku jest sto razy bardziej dzika ode mnie, dlatego jak kiedyś zadzwoni do mnie tewałen, to właśnie Michalina będzie moją parą w Azji Express, bo wtedy na pewno nie zginę.

No i jeszcze niewiele osób wie, że gdyby nie Michalina, to by mnie najpewniej już nie było na blogowym świecie, bo gdy po dwóch latach pisania wciąż czytało mnie osób 60, w tym mąż, mama i pies, a potem to nawet pies zdechł, to już bardzo byłam bliska zaniechania tego blogowego eksperymentu, a wtedy ona przedstawiła mnie światu, napisała: “poznajcie Janinę” i tak mnie poznaliście. I za to to będę jej już zawsze po prostu, po ludzku bardzo wdzięczna.

Magda z bloga Matko Jedyna

Człowiek, który nie musi używać dużych liter, bo i tak go doskonale słychać. Rzucam się w ciemno na każdy wpis Magdy jak ślepy gołąb na precla. Ktoś mógłby powiedzieć, że to kupowanie ptysia w worku, ale ja zawsze wiem, że to będzie dobry ptyś, tak długo jak podpisany jej nazwiskiem. I zawsze puchaty od emocji, choć nie zawsze słodkich.

Gdyby Magda była zwierzęciem, to najpewniej byłaby szynszylą, bo niby taka miła, grzeczna, niepozorna, ale ona tak siedzi, myśli, a jak już coś wymyśli, to cały zoologiczny klaszcze.

Konrad z Halo Ziemia

Gdy dorosnę, to chciałabym tak pisać. Po każdym reportażu Konrada kończą mi się wszystkie emocje – niewiele zostaje na zazdrość, bo w tych historiach niewiele jest miejsca nawet na wdech.  To jest tak koronkowa praca słowem, że jak kiedyś znudzi się Konradowi pisanie, to bez problemu będzie mógł przerzucić się na dzierganie stringów w Koniakowie.

Ten blog jest Ewą Chodakowską dla emocji.

***

Czytanie tych trzech blogów bywa trudne i oczywiście nie możemy wykluczyć, że czasem po przeczytaniu wyjątkowo doskonałego tekstu, to ja z zazdrości płaczę pod prysznicem w pozycji embrionalnej, i jeszcze czasem, żeby lepiej oddać huragan mojego nieszczęścia, to każę Wojtkowi trzaskać mi wodą z miednicy w twarz. Ale to jest, w gruncie rzeczy, bardzo dobre uczucie – że w świecie tabloidowych nagłówków, [ZOBACZ MEMY] i “kliknij serduszko, jeśli masz psa”, istnieją jeszcze blogowe miasta zbudowane tylko i wyłącznie na wspaniale napisanych zdaniach.