Wraz ze zdobyciem przeze mnie stanowiska żony posiadłam miłą umiejętność, która polega na tym, że ja wiem wszystko na każdy temat, a mój mąż to nawet uważa, że ja wiem zawsze wszystko najlepiej, choć z jakiegoś powodu twierdzi też, że to nie jest komplement.

Dla tych, którzy nie wiedzą, to ja wyjaśnię, że to jest tak, że wraz zmomentem pojawienia się obrączki na moim palcu, posiadłam głębokie przekonanie, że każda moja opinia jest niezbędna dla istnienia wszeświata, a im mniej wiem na dany temat, tym bardziej kluczowe wydają mi się moje komentarze. Jeśli zastanawiacie się, gdzie można trenować takie kompetencje, to podpowiadam, że najwięcej zaawansowanych trenerów tej dyscypliny znajdziecie w instytucji zwanej internetem.

Oczywiście czołowym beneficjentem wszelkich moich złotych rad jest Wojtek, a on to posiada nawet pakiet premium z opcją zapętlania, to znaczy, że jak on będzie parkował, to ja w trakcie tego parkowania poinformuję go sto razy, że się na tym miejscu parkingowym nie zmieści, nie zmieści się, no nie ma cudów – nie zmieści się, Wojtek, ale przecież ty się nie zmieścisz, i generalnie to ja tak będę powtarzać do czasu, aż jednak Wojtek się zmieści, silnik wyłączy i wyjdzie z samochodu, i ja nigdy wtedy nie mam pewności, czy jeszcze kiedykolwiek wróci.

No i słuchajcie, my się ostatnio przeprowadziliśmy, na przedmieścia się przeprowadziliśmy, do takiego miłego miejsca, gdzie koty siedzą na płotach, dzieci bawią się na ulicy i jeszcze jeździ tam taka grająca ciężarówka sprzedająca lody, co ja uważam za wynalazek równie szatański i ambiwalentny jak wegańskie bezy, no bo to niby lody, czyli miłość, ale żeby do tych lodów dotrzeć na czas, to człowiek musi galopować jak rozhisteryzowany źrebak, a ja to jednak nie mam w życiu aż tyle determinacji, żeby ryzykowac bajpasy dla truskawkowego rożka.

W każdym razie nasz proces przeprowadzki wymagał szeregu decyzji: co spakować, jak przenieść, gdzie znaleźć, mój boże, toż to było jak disneyland dla żon! I ja się bardzo starałam, naprawdę, no ale to totalnie nie moja wina, że jak na przykład mój mąż wieszał obrazek, to wieszał go krzywo i ja mu mówiłam, że „Wojtek, ale to krzywo jest”, jak taka zabawka na baterie powtarzałam, że krzywo, krzywo jest, krzywo ten obrazek, a wtedy Wojtek mówił, że uspokój się, kobieto, przecież on jeszcze nie zaczął niczego wieszać, on tyle sięga po młotek, a ja mówiłam, że wszystko spoko, ale jak już sięga po młotek, to niech jednocześnie zwróci uwagę na to, że ten obrazek to jest krzywo i czy on mógłby go przesunąć bardziej w lewo, w lewo, w lewo, W LEWO!!!!, aha, nie, dobra, pomyliły mi się kierunki.

A jak już udało nam się wszystkie obrazki prosto zawiesić, pudła rozpakować, pozew rozwodowy jednak potargać, to powiedziałam Wojtkowi, że w nagrodę mogę z nim obejrzeć ten film o kosmonaucie, co on go od dawna bardzo chciał obejrzeć. I obejrzeliśmy, i słuchajcie, tam w tym filmie to ten kosmonauta robił jakieś totalnie niestworzone rzeczy, on skakał po meteorach, wirował w czarnej dziurze, przenosił się w czasie, a na końcu oczywiście udało mu się uratować cały świat przed zagładą, jezu – pomyślałam – co za absurdalny film.

– Jezu, co za absurdalny film. – skomentował mój mąż, jakby czytając w myślach – Niby jakim cudem to wszystko mu się udało…

…tak bez pomocy żony?!

***

obrazek pana, co nie potrzebuje googla pochodzi z instagrama użytkownika @inventions