Klasyczne formy roztrzaskiwania zgody małżeńskiej

Przychodzi do mnie mój mąż, najdoskonalsza czekoladka z bombonierki mojego życia, i mówi, że on sprawę taką ma, takie pytanie i co on by musiał zrobić, żebym się z nim rozwiodła? A ja mu na to mówię, że jeśli to chodzi o nasz wczorajszy wieczór, to ja go bardzo przepraszam, ja całkowicie rozumiem, że powinniśmy szanować wzajemnie swoje pasje i upodobania, niemniej zaprawdę bardzo trudno mi było powstrzymać się od komentarza, jeśli on cały wieczór spędził na oglądaniu streamingu z czyjegoś kurnika.

A on na to mówi, że nie, nie, to zupełnie nie o to chodzi, że to akurat go w ogóle nie obraża, choć całe szczęście że te biedne kury tego wszystkiego nie słyszały, bo byłoby im smutno, on się po prostu tak zastanawia, tak czysto teoretycznie wyznaczyć chciał granice mojej miłości, tak je sobie wyrysować w sercu chciał, by nigdy ich nie przekroczyć, no więc co by musiał zrobić – zjeść mi ciastko? ukraść frytkę? włożyć skarpetki do sandałów? zapuścić wąsa? On tak wymienia wszystkie mniej lub bardziej klasyczne formy roztrzaskiwania zgody małżeńskiej, a ja na wszystko mu odpowiadam, że no w sumie to nie, to znaczy – być może przy skradzionej frytce usłyszałby gdzieś w tle trzask mojego złamanego serduszka, ale nie jest to coś, dla czego zrezygnowałabym z człowieka o osobowości labradora i wdzięku alpaki, a Wojtka trochę zasmuciła ta wiadomość, trochę zrujnowałam mu jego prywatny projekt badawczy, rozczarowany – poszedł.

Wraca po dłuższym czasie, od razu widać, że nowy człowiek, że wstąpił w niego demon innowacji i szatan kreatywności, patrzy na mnie, mówi:

– Ej, a wiesz, że jak pójdę ze swoim psem na spacer, to statystycznie rzecz ujmując będziemy mieć po trzy nogi? 

No dobra, to gdzie podpisać te papiery?