13 książek, które przytulają w serduszko i mózg [i w portfel, bo są dostępne 40% taniej]

Kolejny dzień pracy z domu i radości wyjścia na zewnątrz tylko w uzasadnionych przypadkach. Pierwsze statystyki wskazują na to, że najlepiej z zachowaniem odległości od drugiego człowieka radzą sobie mieszkańcy Krakowa i Warszawy, bo ci pierwsi wychodzą na pole, a ci drudzy na dwór, więc siłą rzeczy nigdy się nie spotkają. Znaczy – tak mi się wydaje, nie wiem, nigdy nie byłam na polu.

Osobiście wraz z mężem radzimy sobie z obecną sytuacją świetnie, oprócz problemów, które dezorganizowały mi życie jeszcze przed pandemią, na przykład wczoraj spóźniłam się na calla, bo byłam zajęta krążeniem dookoła stołu, a gdy mój mąż spytał mnie, co robię, to poinformowałam go, że nie umiem wyjechać z ronda. A wiecie, ja nie lubię się spóźniać na telekonferencje,  bo to później muszę zostać w robocie dłużej, żeby nadrobić, a popołudniami ja bywam szalenie zajęta spędzaniem czasu z Kitku, co oznacza, że spotykamy się codziennie o 17 i ja próbuję ćwiczyć przysiady, a mój kot – moją cierpliwość.

Oprócz aktywności fizycznej uskuteczniam też inne formy aktywności, takie miłe dla mózgu i serduszka, dajcie spokój, niewiele jest w życiu przyjemniejszych rzeczy niż dobra książka. No chyba, że dobra książka w promocyjnej cenie, tak jest, oto w końcu zaczął Wam się opłacać ten lajczek, co to mi go kliknęliście na facebooku jakiś czas temu, bo dziś mam dla Was listę książek, którą  osobiście przeczytałam i rekomenduję – czas z nimi spędzony to będzie taki miły jak jedzenie najdoskonalszych w świecie gołąbków w sosie pomidorowym. A książki te będą dla Was tańsze o 40%, a to całkiem sporo, bo 40% to na przykład więcej niż 3% i więcej niż 39% też. Kod jest ważny przez tydzień, czyli do 6.04 włącznie. No to zaczynamy, oto lista literackich rozkoszy, które w ostatnich tygodniach przytuliły mnie mocno w serduszko i mózg, a w portfel nie, bo ja je kupiłam je za pełną cenę, jak zwierzę. Więc Wy nie popełnijcie mojego błędu, zaoszczędźcie kilka złociszy na to ciastko w cukierni do której i tak nie możecie iść.

UWAGA! 40% LICZYMY od ceny okładkowej (nie juz zrabatowanej).

Lista książek miłych jak gołąbki u mamy

  1. „Normalni ludzie”, Sally Rooney, tłum. Jerzy Kozłowski

    View this post on Instagram

    Poranek po elo melo. Dzień znany również jako: piekło na ziemi, kara boska, zajakiegrzechy (to ostatnie jest pytaniem retorycznym, wszyscy wiemy za jakie). Paradoksalnie dla mnie takie poranki są dowodem na spójność wszechświata – człowiek czuje się źle, wygląda źle, idealnym jest puzzlem w tej aksjologicznie pustej układance rzeczywistości (tj. łez padół). I teraz słuchajcie, być może moje zdolności kognitywne są dzisiaj trochę stępione, być może czytam trzy zdania i potem odpoczywam, ale i tak warto, „Normalni ludzie” Sally Rooney, jak to się dobrze czyta! Więc jeszcze nie skończyłam, ale miłe to jest czytanie, więc już polecam, z tym że pamiętajcie, że w Empiku jest obecnie taka zasada, której złamanie jest zagrożone karą pozbawienia wolności, że jak wrzucacie jakąś książkę do koszyka, to musicie wrzucić tam też moją. No, nic nie zmyślam. Totalnie tak jest.

    A post shared by Janina Daily (@janina.daily) on

Nieprzypadkowo zaczynam od tej książki. Zaczynam, bo jest mi szalenie bliska, tak prosto w te części mnie delikatne jak brzuszek jeża, tak aż do wzruszenia. I dała mi ona taką słodko-gorzką przyjemność czytania, kiedy to człowieka czasem od tych zdań boli w środku, ale godzi się na to, bo wie, że jest to ważne.

Gdy kupiłam tę książkę, to nawet nie wiedziałam, o czym dokładnie jest, po prostu napisali, że dobra, to kupiłam, bo ja co prawda jestem geniuszem tworzenia wyrafinowanych komunikatów reklamowych, ale sama reaguję na te najprostsze – kup, kupuję. Nie wiedziałam, o czym jest, a była o dziesięciu latach mojego życia, tych irlandzkich latach. Okazało się, że wszystko dzieje się w Dublinie i na irlandzkich peryferiach, i wszystko tam jest mi znajome, i wszystko kochane – wiem, w której dokładnie kawiarni na Capel street główni bohaterowie piją kawę, pamiętam nawet ile kosztowała i że nie była zbyt dobra. Wiem i szalenie mnie wzrusza wszystko, co im się przytrafia na akademickim kampusie, bo to przecież moja uczelnia, mój kampus, tam Rudy gonił kota podczas moich zajęć na dworze, tam tłumaczyłam im wszystkim po sto razy, że ja wszystko rozumiem, ja wiem jak ważne są życiowe priorytety, ale ich wyjaśnienie, że nie przyszli na mój wykład, bo zaspali, przekonywałoby mnie trochę bardziej gdyby te zajęcia nie odbywały się o 17.

No więc przeczytałam tę powieść, strasznie smutno mi się zrobiło. Tak mi jest dobrze we Wrocławiu, ta obecność tutaj tak wiele ułatwia, te momenty gdy mogę wyjechać do roboty rano, a wrócić jeszcze tego samego wieczora, ta odległość od brata mierzona w trzech blokach. Ale to w tamtym mieście zakochałam się w mężu, tam trochę dorosłam (nagle i brutalnie), tam byliśmy biedni jak mysz kościelna i tam przestaliśmy być, tam okazało się, że w zdrowiu i w chorobie, że na dobre, a rzadziej na złe, no i z tamtych ulic zabraliśmy porzuconego Kitku o twarzy okrągłej, puchatej jak dmuchawiec. Uświadomiłam sobie po prostu, że może choćby i nam było gdzieś najlepiej na świecie, to jednak jest tak, że już na zawsze częściowo będziemy mieć serce zrobione z koniczyny.

Nie trzeba jednak mieć fragmentów emocji pokolorowanych na zieleń, biel i pomarańcz, by docenić tę książkę, bo  oprócz tej irlandzkości, to ona jest przy tym o szalenie uniwersalnych emocjach, dorastaniu co szarpie człowieka w wielu sprzecznych kierunkach i pierwszych lekcjach czułości. Zróbcie sobie tę przyjemność, dawno nie czytałam tak ładnej powieści.

„Normalni ludzie”, Sally Rooney, tłum. Jerzy Kozłowski. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: poproszę jeden miły wieczór i kilka deko ciepłych emocji  

 

2. „Potop”, Salcia Hałas

View this post on Instagram

Dziś sobota, imieniny kota, i na pewno zastanawiacie się, co możecie podarować swojemu Kitku, żeby choć mniej Wami pogardzał. Otóż odpowiadam, otóż polecam: Salcia Hałas „Potop”, bo nawet jeśli Wasz Kitku nie jest fanem literatury to na bank doceni nazwisko autorki, czaicie, HAŁAS, czyli coś, co kotki bardzo lubią zwłaszcza o trzeciej nad ranem. Ponadto książka dobrze sprawdzi się jako świąteczny prezent dla ludzkich ludzi, zwłaszcza takich, którzy dobrą opowieść i brawurowy język doceniają bardziej niż miejsce przy stole tuż obok sernika. Kitku nie musicie nic kupować z okazji świąt, bo dla nich największym prezentem będzie ta choinka, te szeleszczące łańcuchy, te mieniące się bombki… Pamięci mojego drzewka, co mu ziemia lekką była, R.I.P. [*]

A post shared by Janina Daily (@janina.daily) on

To jest – moim zdaniem – najbardziej niedoceniona książka zeszłego roku. Powinno się o niej mówić dużo i często, znacznie więcej i znacznie częściej niż obecnie, bo ona Wam sprawi, że w mózgu to też Wam zacznie trochę śpiewać, jaki to jest brawurowy język, jaki rytm, jakie panowanie nad słowem, umarłam z zazdrości, że ktoś potrafi tak pisać. Czytałam tę książkę dwa miesiące po operacji, gdy blizny na ciele już się całkowicie zagoiły, a te na emocjach jeszcze nie, wyjechaliśmy na Wyspy Zielonego Przylądka, żeby przez chwilę wyciąć się ze wszystkiego co codzienne, i może było coś absurdalnego w tym, że wyjechaliśmy tak daleko tylko po to, by całymi dniami nie robić nic innego, tylko czytać książki, ale nigdy nie żałowaliśmy, oddałabym teraz wszystko (oprócz Kitku), by móc to teraz powtórzyć. Dajcie spokój, wszyscy zasługujemy na te miłe momenty, kiedy książka robi człowiekowi tak miękko w środku, jakby cały był zrobiony z waty.

„Potop”, Salcia Hałas. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: poproszę tę polską książkę o klęsce żywiołowej, ale nie Sienkiewicza

3. „Wyspa” i „Święte słowo”, Sigríður Hagalín Björnsdóttir, tłum. Jacek Godek

Moim dilerem dobrych książek jest moja szwagierka, kocham ją nad życie (ale nie tylko za to!). Mieszkamy trzy bloki od siebie i ja bardzo lubię tam chodzić, gdy w środku, w sobie tracę równowagę, bo wraz z nimi mieszka też pewien wspaniale obły niemowlak o ogromnych oczach, a ja przyznam Wam się, że mam w sobie coś bardzo dziwnego, mnie bardzo uspokaja patrzenie na niemowlaki i przytulanie się do nich, i to chyba wynika z tego, że one są tak cudownie emocjonalnie szczerze, toż to historia nie zna takich przypadków, żeby jakiś niemowlak był na kogoś zły, a udawał, że wcale nie, o nic mu nie chodzi, a domyśl się. Nie mówiąc już o tym, że ja szalenie zazdroszczę mikroludziom, którzy umierają ze śmiechu na widok przedzieranej kartki papieru, totalnie uważam, że tak trzeba żyć. 

Druga zaleta niemowlaków: jak ludzie je mają, to czasem nie mają zbyt wiele czasu na czytanie i wtedy wchodzę ja (a właściwie wjeżdżam, bo to piąte piętro) cała na biało, i moja szwagierka mówi, że ojojoj, kupiła dwie książki i podobno są wyborne, no ale nie ma szans, chwilowo niemowlak jest szalenie angażujący, zwłaszcza w nocy, i co prawda nie sprecyzowała jak dokładnie angażujące, ale w mojej wyobraźni wygląda to totalnie tak, że oni muszą wstawać o dziwnych godzinach, by grać z tym mikroczłowiekiem w podwodne bierki. I wręczyła mi te książki – „Wyspa” i „Święte słowo” pewnej islandzkiej autorki i mój boże, te powieści są tak brawurowe, że jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy warto mieć dzieci, to odpowiadam: tak, warto żebyście mieli dzieci, bo wtedy ja mogę dostawać w prezencie tak doskonałe książki.

„Wyspa” będzie dla Was trudna. Nie z racji języka, bo napisana jest wspaniale, człowiek nawet na chwilę nie traci czujności, czekając na to, co dalej. Niemniej bolesne jest to, o czym jest ta opowieść, bo jest o dość apokaliptycznej wizji świata, gdzie z dnia na dzień kończy się wszystko, co znajome, społeczeństwo kąpie się w chaosie i nagle trzeba całą rzeczywistość zbudować od nowa. Brzmi znajomo?

A jak już przeczytacie „Wyspę” to będzie na Was czekać kolejna książka tej autorki, która opowiada o równie strasznej wizji, czyli o świecie bez pisma. Ja znalazłam w niej jednak pewien spokój, jakąś wskazówkę na ten moment obecnie, kiedy świat jest w ogniu, popatrzcie na ten przepiękny fragment tej powieści:

Nie ma znaczenia, czy to się naprawdę zdarzyło. To zostało wymyślone i zapisane, a ja tę historię przeczytałam i teraz już zawsze będzie istniała. Zawsze mogę po nią sięgnąć i ją opowiedzieć, zrobić sobie nią krzywdę, skrzywdzić innych opowiadaniem. Historii nie da się cofnąć, kiedy człowiek już ją powiedział

Niestety nie mam dla Was zniżki na te dwie pozycje, ale bardzo bym chciała, by nie powstrzymało Was to przed zakupem. To jest literatura Piękna pisana przez duże „p”. Nie mówiąc już o tym, że ja uważam, że powinniśmy bardzo mocno wspierać islandzkich autorów, bo oni już na starcie mają trudniej od całej reszty, dajcie spokój, weźcie sobie wyobraźcie, że wchodzicie do księgarni* i prosicie o książkę Sigríður Hagalín Björnsdóttir.

*obecnie bardzo mi brakuje tych księgarń, chodzenia pomiędzy półkami, kupowaniem książek o nieznanych tytułach, tylko i wyłącznie na podstawie ładnej lub intrygującej okładki, i kilku zdań tam z tyłu okładki.

„Wyspa” i „Święte słowo”, Sigríður Hagalín Björnsdóttir, tłum. Jacek Godek. Przeczytaj opowieść o opowiadaniu.

4. „Krótka wymiana ognia”, Zyta Rudzka

Macie może wolne kilka godzin? Wiecie, jak już wrócicie z kina i kolacji z przyjaciółmi? Mój boże, jeśli to pytanie zabolało Was tak bardzo, jak mnie, to w sam raz, bo ja tylko wprowadzam Was do lektury, którą znowu czyta się brawurowo, szybko, natychmiast i na raz, ale wcale nie sprawia, że człowiekowi jest tak miło w środku, jakby po wypiciu słodkiej, ciepłej herbaty. Raczej człowiek sam staje się taki miękki, wymagający czułości. Albo może to tylko ja tak miałam przy czytaniu, bo ja się obsesyjnie boję się starości i rozpadu ciała.

No i w mózg, w mózg mi ta książka zrobiła dobrze, bo w tym języku jest tyle zuchwałości i tyle intelektu, że już po wszystkim, to człowiek nic tylko się rozkosznie przeciąga i sam sobie gratuluje, że dobra robota, to były wspaniale spędzone godziny.

Książka nominowana do literackiej nagrody Nike 2019.

„Krótka wymiana ognia”, Zyta Rudzka. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: dzień dobry, chciał(a)bym kupić książkę, która miło połaskocze mnie w mózg

5. „Jak żyć? Przewodnik dla nieogarniętych”, Marie Robert, tłum. Magdalena Kamińska-Maurugeon

Dzwoni do mnie miła dziewczyna z wydawnictwa W.A.B. (mojego wydawnictwa!  <3) i mówi, że oto tutaj ma przed sobą książkę idealną dla mnie, a ja mówię, że to wspaniale się składa i co to za książka, a ta miła dziewczyna mówi, że to jest taka książka o tytule: „Jak żyć?”. No idealnie – myślę sobie – toż ja jestem idealną osobą do jej zrecenzowania, bo przecież to totalnie brzmi jak pozycja, którą ja mogłabym napisać, oczywiście gdybym nie była leniwym ziemniakiem i pisała książki szybciej niż jedna na trzydzieści dwa lata. „Jak żyć? – mówi ta miła dziewczyna, a potem dodaje podtytuł: – poradnik dla nieogarniętych”. NO SERIO, JA TEŻ NIE ROZUMIEM.

No ale zgodziłam się, bo na okładce był Nietzsche, a ja się z typem bardzo utożsamiam (nie w sensie poglądów!!!), bo on w sumie całe życie spędził na łażeniu po tym łez padole i mówieniu wszystkim, że wszystko robią źle, czyli robił dokładnie to, czym ja się zajmuję zawodowo – jako nauczycielka i jako żona. No i słuchajcie, jaka ta książka jest klawa, ona sobie bierze różne sytuacje, które nam się przytrafiają, typu koszmar czekania na klopsy w Ikei lub kac (nauka wciąż nie jest w stanie rozwikłać, co jest bardziej bolesne) i sobie rozkminia, co by na temat tej sytuacji powiedzieli wielcy filozofowie i mój boże, to sprawiało mi taką przyjemność, ta szalenie przystępna powtórka z najważniejszych koncepcji filozoficznych, bo ja na studiach kochałam ten przedmiot, on tak pięknie uczy nas myśleć. A to bardzo ważne zwłaszcza teraz, gdy bardzo potrzebujemy zrozumieć.

„Jak żyć? Poradnik dla nieogarniętych” Marie Robert, tłumaczenie Magdalena Kamińska-Maurugeon. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: nietzschego nie żałuję, kupuję kolejną książkę 

6. „Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla”, Janina Bąk, tłum. ze statystycznego na ludzki

Zupełnie anonimowa i nieznana mi autorka napisała książkę, której wcale nie chciałam kupić, ale wtedy natrafiłam na niesamowicie wysublimowaną akcję promocyjną tego produktu i tam mi powiedziano, że KUP JĄ!!!, no to kupiłam i Wy też musicie kupić, bo jak nie kupicie, to tak książka nie będzie kupiona i wtedy to ja nie wiem, co będzie, niczego nie będzie. A jak kupiłam, to się od razu podjarałam, no bo tę okładkę to szalenie łatwo pomylić z czekoladą, a tam było napisane, że ona ma 320 stron, weźcie to sobie wyobraźcie – 300 tabliczek czekolady plus bibliografia!  Oto jest książka, która jednocześnie jest historią o miłości (do statystyki), dramatem (moich irlandzkich studentów) i powieścią fantasy z rozbudowanym wątkiem niesamowitym (ale totalnie możliwym!), kiedy to okazuje się, że absolutnie każdy człowiek na świecie jest w stanie zrozumieć statystykę i może nawet się trochę w niej zakochać (plan minimum: zaprzyjaźnić i zaprosić na studniówkę).

Książka nominowana do Oscara w kategorii: „Najlepsza komedia zagraniczna”.

„Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostał Nobla”, Janina Bąk, tłum. ze statystycznego na ludzki. Teoretycznie nie mam dla Was dodatkowej zniżki na tę pozycję, ale w sumie to trochę mam, bo niby zapłacicie za nią 28zł, a przecież tak naprawdę ten żart o bażancie, który w niej znajdziecie, to jest zupełnie bezcenny. Tutaj KUPICIE  JĄ: dzień dobry, o co chodzi z tym prześmiesznym bażantem? 

Pozostałe książki, na które oferuję 40% zniżki i to wcale nie dlatego, że jestem taka dobra, ale dlatego, że bardzo już potrzebuję byście poszli sobie coś poczytać i zeszli z internetu, bo mi „Ojciec Mateusz” zacina:

Za wszystkie te książki ręczę  Janiną, to znaczy, że osobiście zakupiłam, przeczytałam wszystkie niżej wymienione i bardzo się zaprzyjaźniliśmy, i miło spędziliśmy wspólny czas.

"Taśmy rodzinne", Maciej Marcisz

Jest sobie Marcin Małys, który ma 30 lat, 63 tysiące złotych długu, a że wiadomo, że biednemu to całe życie pod górkę w za ciasnym beretcie, to jeszcze ojciec decyduje się go wydziedziczyć i wszystkie miliony przekazać na cele dobroczynne. Zróbcie sobie tę przyjemność i sprawdźcie, co było dalej, bo ja co prawda swój pożyczony egzemplarz już oddałam właścicielce , ale zaraz potem poszłam do księgarni i kupiłam osiem egzemplarzy, bo ja mam dużą rodzinę, a uważam, że absolutnie każdy powinien „Taśmy rodzinne” przeczytać.. Wszystkim Wam nie kupię, no bo ja mam kota na utrzymaniu, ale sami sobie sprawcie tę radość, gwarantuję, że nie będziecie rozczarowani. Ja po niej byłam takim jajkiem na miękko, przez chwilę bardzo delikatna.

„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką:  potrzebuję czegoś do czytania na katafalku, bo dzieci mnie właśnie spytały, co to jest kaseta VHS

"Emigracja", "Pastrami" lub pakiet obu, Malcolm XD

A dajcie Wy mi spokój, ta książka jest taka śmieszna, tak zręcznie napisana, że przecież szlag mnie trafia, gdy o tym pomyślę, cała jestem gotowa położyć się krzyżem w salonie i rozpaczać, że to nie mi przypadł taki talent, oczywiście gdyby nie to, że cały mój salon zajmują kocie zabawki, kocie tunele, kocie domki i kocie drapaki. W tej książce jest wszystko: jest przezabawna, jest doskonale napisana, nawet mądry przekaz ma, jezuchryste, no świętego by ruszyło.

„Emigracja”, „Pastrami” lub pakiet obu, Malcolm XD. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: będę czytać na podłodze, żeby nie spaść z krzesła ze śmiechu

"Brakująca połowa dziejów" Anna Kowalczyk

Jak już się ha ha pośmialiśmy, to czas, by się czegoś dowiedzieć (!!!), ale w sposób taki, że to będzie czysta przyjemność wymieszana z pewnym poczuciem winy, że nigdy jakoś się nie zastanawiałam o tej drugiej połowie historii, tej którą napisały niezwykłe kobiety – te, która walczyły w powstaniach, zdobywały metody na olimpiadach i najwyższe szczyty górskie świata. A potrzebujemy o tym wiedzieć, potrzebujemy głośno mówić, żeby nasza narodowa historia mogła się wreszcie zrosnąć w jedną całość.

„Brakująca połowa dziejów” Anna Kowalczyk. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką:  statystycznie  rzecz biorąc 100% to lepiej niż procent 50 – poproszę drugą część naszej historii

 

"Kółko się pani urwało", Jacek Galiński

Główna bohaterka tej książki, Zofia Wilkońska, ma siwe włosy, wózeczek na zakupy i godną podziwu determinację, zarówno jeśli chodzi o jedzenie szarlotki od sąsiada (dajcie spokój, wszyscy to szanujemy), jak i o tropienie groźnych bandziorów. To książka przy czytaniu której nie sposób się nie uśmiechnąć, a jak już ją przeczytacie, to najpewniej natychmiast pogalopujecie do własnej babci, by ją mocno przytulić. Czyli podwójne dobro, nic tylko korzystać.

„Kółko się pani urwało”, Jacek Galiński. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: chcę tropić złoczyńców niczym „Ojciec Mateusz”

"Naturalista" ,Andrew Mayne, tłum. Jacek Żuławnik

"Kasztanowy ludzik", Soren Sveistrup, Justyna Haber-Biały

 

Pozostańmy przy tropieniu złoczyńców. To są książki dla Was, jeśli lubicie thrillery, takie które zaczynacie czytać wieczorem przed snem, a kończycie nad ranem, bo po pierwsze to koniecznie musicie jak najszybciej wiedzieć, kto zabił, a po drugie, to jednak na wszelki wypadek wolicie poczekać do rana, gdyby pod łóżkiem akurat zamieszkał seryjny morderca, a wiadomo, że oni są jak wampiry, ewentualnie jenoty, polują jedynie nocą. Te książki to ogromna przyjemności z czytania, nie tylko dla psychofanów „Ojca Mateusza” i innych wybornych historii kryminalnych.

„Naturalista”, Andrew Mayne, tłum. Jacek Żuławnik. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: już nigdy nie pójdę do lasu, no trudno

„Kasztanowy ludzik”, Soren Sveistrup, Justyna Haber-Biały. Tutaj na hasło KUPJA dostaniecie ją z 40% zniżką: do Kopenhagi zresztą też nie pojadę, nagle nasze polskie Chałupy również wydają się spoko.

I to już wszystko na tę chwilę, ja już muszę skończyć pisać ten wpis, bo po pierwsze, to muszę napisać list protestacyjny do produkcji „Ojca Mateusza”, że w ostatnim odcinku Mateusz szkalował statystyki i to się nie zgodzi, ktoś o tak gołębim sercu w żadnym wypadku nie powiedziałby czegoś tak okropnego, państwo producenci, proszę zachować w tych scenariuszach minimum realizmu!!! A po drugie… idę czytać. Bo wiecie, tak naprawdę , to chciałam Was namówić do tych wszystkich książek nie tylko dlatego, że potrzebuję wiedzieć, kto znowu zabił w Sandomierzu, ale dlatego, że trochę mam nadzieję, że to czytanie zatrzyma Was w domach, a to naprawdę jest szalenie ważne. Bądźcie zdrowi, bądźcie bezpieczni! Ach, i jeśli jeszcze nie czytaliście tej wybitnej pozycji „Statystycznie rzecz biorąc”, to uprzejmie informuję, że procenty rabatowe się nie sumują, w sensie że jeśli kupicie dziesięć książek po -40% każda, to wcale nie zaoszczędzicie 400%, proszę nie pisać do wydawnictwa, że wiszą Wam hajs, chętnie przyjmujecie gotówkę, ale od biedy BLIK też może być.

#Zostańwdomu