Matematyka epidemii: Roman ugrzązł głową między szczebelkami, a potem wszyscy umarli

Cóż za miła niedziela! Miła, słoneczna, taka pogoda w sam raz, by Roman sobie na grilla z sąsiadem skoczył, bo ten dostał cynk, że na działce obok coś organizują, niewielka impreza, kilkanaście osób, a miło będzie, bo będzie kiełbasa i keczup, i musztarda dla chętnych, a gospodarz przy okazji pokaże zdjęcia ze swojej niedawnej podróży do Włoch. To znaczy – Roman wie, że trwa jakaś pandemia, ale to on przecież nie idzie na koncert the Kelly Family dla lam, że dwa tysiące osobników plujących na siebie nawzajem, więc nic się przecież nie stanie, a nawet jak coś, no to trudno, poleży chwilę w domu z gorączką, z tego co czytał w internecie, to w wypadkach samochodowych ginie więcej osób niż z powodu tego wirusa, a kilka dni spędzonych w domu, to w sam raz okazja będzie, żeby skończyć kucie łazienki i pograć w bierki on-line ze swoją konkubiną.

Niemniej Roman nie miał racji. Bo Roman zapomniał, że jak kiedyś w dzieciństwie wsadził głowę między poręcz schodową, to potem przez trzy dni nie mógł się wydostać i siedział tak wtedy z tą głową pomiędzy szczebelkami w poręczy, czekając aż matka wróci z butelką oleju od sąsiadki, by natrzeć mu uszy, a jak czekał, to przy okazji przegapił dwie ważne lekcje w szkole: jedną z przyrody i drugą z matematyki.

Na lekcji przyrody pani tłumaczyła im wtedy, o co chodzi w epidemii i jak szalenie istotne jest, by przerwać transmisję wirusa, to jest by przestała w społeczeństwie gwałtownie wzrastać liczba zarażonych. A ta liczba chorych – tłumaczyła im dalej pani – na początku epidemii rośnie wykładniczo.

Na lekcji matematyki wyjaśniono zaś koleżankom i kolegom Romana, co to właściwie znaczy „wzrost wykładniczy”. Wyjaśniono to na przykładzie legendy o wynalazcy szachów, który nazywał się wezyr Sissa Ben Dahir. Gdy przedstawił on swój wynalazek hinduskiemu królowi, to monarcha był tak zadowolony z gry, tak się świetnie bawił, że postanowił jakoś nagrodzić zdolnego wynalazcę. Pozwolił mu nawet zdecydować o własnym honorarium. Ku zdumieniu władcy wezyr poprosił go o… ziarnka ryżu. Dajcie spokój, żaden problem, kilka ziarenek to u każdego króla się znajdzie, to nie były czasy pandemii, że cały ryż wykupiono z „Biedronki”.

Dokładniej rzecz ujmując, to Wezyr poprosił króla, by jego nagrodę policzyć w następujący sposób: na pierwszym polu szachownicy położyć jedno ziarnko ryżu, na kolejnym – dwa, a następnie by król podwajał liczbę ziaren aż dojdzie do ostatniego pola planszy. Jedno ziarenko, 64 pola, wzrost wykładniczy. Wiecie ile wyniosła całkowita liczba ziaren na tej szachownicy? Ponad 18 trylionów. 18 i osiemnaście zer.

18 000 000 000 000 000 000 ziarenek ryżu.

Jedno ziarenko ryżu brzmi niegroźnie. 64 pola – też. Nawet to podwajanie liczby nie przeraża, jeden, dwa, cztery, to wciąż są wartości, które mieszczą nam się w wyobraźni i raczej nie budzą strachu. Szczerze mówiąc – może na tym polega problem, że nie budzą strachu.

Może gdyby budziły, to nie trzeba by było tłumaczyć Romanowi i wszystkim jego znajomkom, które ruszyły w ten weekend na zbiorowe spacery do Lasu Kabackiego lub usmażyć sobie kiełbasę nad Wisłą, że obecnie wszyscy mamy obowiązek zadbać to, by zagrożenie koronawirusem minęło jak najszybciej, że nie ma w takich zachowaniach nic odpowiedzialnego i na nic się zda kwarantanna pozostałych osób, jeśli oni wciąż będą uznawać pandemię za wspaniałe wakacje, okazję ku elo melo i Chałupy welcome to. Znaczy wiecie – ja też lubię grilla. Ale trudno mi wyobrazić sobie, by jakakolwiek smażona karkówka była warta zdrowia i ŻYCIA* tak wielu ludzi.

*14 537 zgonów – stan na 22 marca, godz. 20:00.

#Zostańwdomu
#Serio

 

***