Czego kurczaki mogą się nauczyć od Leonardo Di Caprio? Czyli: klimat się zmienia, zmień przyzwyczajenia.

Wpis powstał we współpracy z Polską Izbą Ubezpieczeń 
w ramach akcji „Klimat się zmienia, zmień przyzwyczajenia”

Pamiętajcie, jak kiedyś siedzieliście na lekcji matematyki i uczyliście się o prawdopodobieństwie, i zdecydowanie czuliście, że zostaliście stworzeni w życiu do rzeczy większych niż rzucania hipotetyczną monetą, że totalnie Wasze talenty powinny być użyte w bardziej spektakularny sposób, na przykład przy hodowli oposów albo przy czesaniu makaronu? Rozumiem Was doskonale, choć w gruncie rzeczy żadna z tych czynności nie jest tak prosta, jak się wydaje, wie to każdy kto próbował kiedyś zakręcić loki na makaronie spaghetti (czyli wszyscy). Niemniej w ramach pocieszenia muszę Wam powiedzieć, że oto przychodzę do Was z ostateczną odpowiedzią na pytanie, dlaczego warto było się tego prawdopodobieństwa uczyć, a tej cennej rady udzieliło nam kasyno w Monte Carlo. Rady dosłownie cennej, albowiem przyniosła ona im zysk na poziomie kilku milionów franków.

Było tak – rok 1913, kasyno Monte Carlo, w ruletce wypada kolor czarny. A potem kolor czarny. A potem jeszcze kolor czarny. A potem znów kolor czarny i dajcie spokój, na tym etapie to już zdecydowana większość graczy pokapowała się, że teraz to już na pewno musi wypaść czerwony, niemożliwym przecież jest, by kolor czarny wypadł pięć razy z rzędu, no i w sumie to mieli rację, bo ten nieszczęsny czarny rzeczywiście nie wypadł pięć razy, za to dwadzieścia trzy razy z rzędu już tak. A że większość graczy przedstawiała myślenie podobne do tego, które wydaje nam się bardziej intuicyjne, to po tamtym wieczorze pozostało im ćwiczyć znajomość matematyki poprzez liczenie własnych łez rozpaczy.

Takie przekonanie o tym że niezależne od siebie zdarzenia losowe tak naprawdę są od siebie zależne to błąd poznawczy, który nazywamy „paradoksem hazardzisty” lub – na pamiątkę dramatycznych wydarzeniach w Monte Carlo – „złudzeniem Monte Carlo”.

Najczęściej polega na tym, że naszym mózgom wydaje się, że po serii jakichś identycznych zdarzeń, zdarzenie przerywające tę serię jest bardziej prawdopodobne. Wiecie, że jak ktoś ma pecha w grze i szesnaście razy z rzędu ląduje na złym polu, to na bank nie przytrafi mu się to w kolejnej kolejce. No. Spróbujcie powiedzieć to szwagrowi Ryszardowi, który nie może wyjść z więzienia od czasu Wigilii 1983 roku, kiedy to zaproponował wszystkim, że może zagrają w „Monopol”? No, i teraz pal licho, że tak siedzi, on nawet nie dostaje dwudziestki za przechodzenie przez START!!!

Generalnie to gdyby losowość i prawdopodobieństwo były piosenką, to najpewniej byłyby dowolnym hitem Krzysztofa Krawczyka śpiewanym po czesku, to znaczy, że wszyscy lubią, każdy coś tam rozumie, ale niewielu będzie umiało powtórzyć.

Znaczy dobra, niby wszyscy pamiętamy ze szkoły, że coś tam trzeba podzielić przez coś tam i że jak rzucaliśmy raz monetą, to prawdopodobieństwo tego, że wypadnie orzeł wynosiło 0.5, ale jak potem przychodzi mi przedzierać się przez gąszcze internetowych komentarzy i interpretacji świata, to okazuje się, że co rusz muszę dzwonić na policję.

Na przykład mamy artykuł o tym, że jedzenie sałaty zmniejsza prawdopodobieństwo zachorowania na nadczynność pięty. O nie, nie z użytkownikiem Krnąbrna_flądra17 te numery, użytkownik Krnąbrna_flądra17 pisze, że ten artykuł to oszustwo, bo ona przez 16 lat sałatę jadła, niczym najdoskonalszy w świecie chomik, a i tak zachorowała. Wszystkie media ostrzegają przed silnymi burzami, ale Rysiek nie da się oszukać, on nawet samochodu spod drzewa nie przestawi, bo przecież od 40 lat tymi burzami straszą, a wciąż jedyny piorun jaki go kiedykolwiek trafił, to ten grzmot miłości do Halinki z sąsiedniej wsi. Zresztą tym prognozom to i tak nie można ufać, w zeszłym miesiącu straszyli ulewami, piwnice kazali zabezpieczyć, a wszystkie kurczaki przenieść na wyższe piętra kurnika lub nauczyć je pływać, a jak już człowiek zainwestował w dmuchane koła ratunkowe dla drobiu, to okazało się, że jedynym zalanym dobytkiem inwentarza był sąsiad Gieniek po weselu córki. Który zresztą wrócił do domu w jednym bucie, kapeluszu zrobionym z gigantycznej pieczarki i z kozą na sznurku, którą nazwał Mariusz. Później koza zjadła większość kurzych kół ratunkowych, a także dwa szczebelki od płotu.

I słuchajcie, ja wiem że wszelkie prognozy czasem się mylą, wszak – jak powiedział kiedyś Victor Borge – „prognozowanie to trudna sprawa, szczególnie kiedy dotyczy przyszłości”.

I rozumiem też, że rzadko kiedy komuś chce się wyciągać liczydło przy oglądaniu prognozy pogody, a potem jeszcze sięgać do podręcznika ze statystyki, by skminić co to znaczy. Niemniej ankieta przeprowadzona na zlecenie Polskiej Izby Ubezpieczeń na próbie ponad 2000 Polaków* wskazuje na to, że jeśli chodzi o naszą percepcję zagrożeń pogodowych, to optymizmu mogłyby się uczyć od nas wszystkie okoliczne labradory.

*krótka adnotacja dla miłośników metodologii badań i psychofanów pomiaru, którzy córkę nazwali Dystrybuanta, a syna Logarytm: próba była celowa, obejmowała respondentów z regionów, które zgodnie z raportem PIU pt. „Klimat ryzyka” są szczególnie narażone na zjawiska pogodowe, bądź takie, w których ekstremalne zjawiska pogodowe mogą być szczególnie kosztowne. To jest: respondentów z województwa dolnośląskiego, małopolskiego i podkarpackiego oraz z powiatów: grudziądzkiego, inowrocławskiego oraz włocławskiego.

Wiecie, to nawet nie chodzi od razu o to, że porwie nas trąba powietrzna i przeniesie nas do równoległego wymiaru, gdzie światem rządzić będą gigantyczne oposy. Chodzi o wszelkie krzywdy, których możemy doświadczyć ze strony pogody – zerwane dachy, drzewo przytulone do samochodu, zalane piwnice czy zniszczone meble ogrodowe. Ponad połowa ankietowanych co prawda przyznaje, że zmiany klimatu powodują coraz więcej szkód na świecie, ale akurat w ich okolicy nie. Z tego też powodu 33% respondentów nie potrzebuje ubezpieczenia od żywiołów naturalnych, no bo w jego okolicach nie występują i ja nie wiem, gdzie mieszka te 33%, że tam nie występują ani wichury ani gwałtowne ulewy, ani gradobicia, ale najpewniej w schronie przeciwatomowym.

Jeśli chodzi o konkretne klęski, to jest jeszcze lepiej – około 70% ankietowanych twierdzi, że
w ich okolicy w ciągu nadchodzących 12 miesięcy nie wystąpią powodzie, podtopienia, trąba powietrzna, huragany lub orkany. Ponad 50% nie przewiduje również śnieżyc ani mrozów, no bo dlaczego nie. Frakcja umiarkowanych sceptyków to niby nie wierzy, ale na wszelki wypadek jednak ubezpieczy majątek, kupi kurczakom pontony ratunkowe i raz w miesiącu będzie im puszczać „Titanica”, żeby wiedziały, jak nie należy się zachowywać w czasie ewakuacji. Są jednak i tacy, co wolą przyoszczędzić na ubezpieczeniu i na lekcjach pływania dla drobiu też.

Według raportu „Klimat ryzyka”  nasz optymizm nie jest do końca uzasadniony. Skutkiem zmian klimatu i globalnego ocieplenia będzie wzrost zarówno częstotliwości, jak i intensywności katastrof pogodowych, a przecież już w poprzednich latach nie było tak bezproblemowo, jak nam się wydaje!

Krótki przegląd polskich smutków klimatycznych

  • Nawałnice na Kaszubach w 2017 roku – zginęło 6 osób, a 50 zostało rannych. W całym kraju wiatr uszkodził lub zerwał dachy z prawie 4 000 budynków. Wypłacono odszkodowania na 400 mln złotych.
  • Przymrozki i gradobicia w 2017 roku sprawiły, że zbiory z polskich sadów były niższe o około 30% w porównaniu do lat poprzednich.
  • Ej, a pamiętacie powodzie w maju i czerwcu 2010 roku? W przypadku Krakowa była to powódź o największej skali od 1813 roku. Akcja przeciwpowodziowa trwała trzy tygodnie, a straty miasta oszacowano na 170 milionów złotych. Czyli całkiem sporo. To znaczy – gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, to uważam, że jednak lepiej mieć 170 milionów złotych niż nie mieć.

Wbrew tym wszystkim śmieszkom, co to tłumaczą wszystkim w autobusie, że „pani, niby jakie globalne ocieplenie, jak przecież za oknem to jest zimno tak, że aż musiałem w chałupie dodatkową oponą rozpalić” dodatkowo obejmą nas w kolejnych latach skutki ocieplenia klimatu – częstsze fale upałów (możliwe jest nawet więcej niż 20 dni w roku z temperaturami powyżej 35° C) i cieplejsze zimy. Ocieplenie paradoksalnie wcale nie oznacza, że nie będziemy mieć problemów z niskimi temperaturami. Ciepłe, bezśnieżne zimy, przerywane gwałtownymi spadkami temperatury będą powodować ogromne straty w rolnictwie i ogrodnictwie, mhm, jeszcze przyjdzie nam spotkać się na grupie wsparcia dla osób straumatyzowanych cenami truskawek.

Obawiam się więc, że trochę rośnie prawdopodobieństwo, że pogoda będzie nam niemiła i to się nie najlepiej składa, że mamy kłopot z poprawną interpretacją tego prawdopodobieństwa i interpretacją zagrożeń. Ja wiem, że część pogodowych ostrzeżeń się nie sprawdza (i całe szczęście!), a to bywa szalenie frustrujące, bo ileż razy można tymi doniczkami z tarasu machać, a kurczakom tłumaczyć, że na nic pontony z kurnika wyjęły. Ale wiecie – klimat się zmienia, zmień przyzwyczajenia. #Niezaklinaj, bo przezorny zawsze ubezpieczony (chyba że nieubezpieczony to jakby jeszcze gorzej). Tutaj przeczytacie instrukcję, jak się zachować w przypadku burzy, by uniknąć czułej randki z kolegą piorunem: Krótka instrukcja zarządzania burzą

Ja rozumiem, że pani w telewizji to przecież zawsze straszy, że będzie burza, ale jednak Mariola z piętra niżej mówi, że jej w kolanie nie strzyka, a to zwiastuje ładną pogodę. Niemniej wraz z PIU chciałam Was zachęcić do tego, by w razie takich powiadomień lub alertów, to tak na wszelki wypadek zadbać o wszystko, co dla nas cenne – pochować rzeczy z tarasu, przestawić samochód spod okolicznej topoli, nie wysyłać dziecka na rowerku do lasu po szyszki (po grzyby też nie). Nawet wtedy, gdy Marioli nie strzyka.