Tymczasem w poniedziałek…

W Irlandii zasada jest taka, i bardzo ją uważam za mądrą, że każdemu przysługują jedne darmowe studia w życiu, kiedykolwiek zdecyduje się je zrobić. To oznacza, że mam na zajęciach zarówno ścielące mi trumnę roczniki 2000, jak i ludzi, którzy zdecydowali się na studia trochę później, już z niejedną gąską się w życiu przywitali, już ich mniej lub bardziej potrącił pędzący rydwan czasu, czyli są w moim wieku, albo i kilkadziesiąt lat starsi. Osobiście uważam, że na takiej wiekowej różnorodności korzystają wszyscy, a ja najbardziej lubię obserwować, jak bardzo różnią się między sobą w podejściu do spraw najważniejszych, typu: ekonomia współczesnej gospodarki rynkowej, osobliwość metodologiczna etyki heteronomicznej, a także czy iść dziś wieczorem na trzy browary, czy jednak na trzynaście?

I tak na przykład dzisiaj: jeszcze chwila do zajęć, ja po raz kolejny dzwonię na policję, by zgłosić im przestępstwo z nienawiści jakim jest fakt, że na mojej uczelni domyślną przeglądarką na wszystkich komputerach jest Internet Explorer, moi studenci rozmawiają. Głównie mówią Ci starsi, koło 50-tki, i opowiadają, że o boże, trzeba zapłacić podatek za samochód, znowu czynsz podnieśli, dziecko jedynkę dostało, bo zapomniało wyhodować fasolę do szkoły, a w ogóle to strasznie są niewyspani, bo jak trzy tygodnie temu zadzwonili do urzędu skarbowego, tak już są drudzy w kolejce na infolinii. I oni tak rozmawiają, tak wymieniają się klęskami swojego dorosłego świata, a wśród nich siedzi ten jeden młodszy student, lat około 20, on strasznie jest zamyślony, patrzy w podłogę, patrzy, wreszcie głowę z podnosi z absolutnym niedowierzaniem, w szoku jest kompletnym nad tym, co właśnie mu się przytrafiło:

– O boże… – mówi nagle –

…włożyłem dziś dwa różne buty.

#Poniedziałek