Wdzięczność, która przychodzi po latach

10 lat temu dostałam kartkę po wypuszczeniu w świat swojej pierwszej transzy studentów. Odebrali swoje wyniki egzaminów, prace dyplomowe i bardzo byli szczęśliwi, przynajmniej jak na ludzi, na których za zakrętem czeka inflacja, podatki i bezwzględna noga rzeczywistości, kopiąca na oślep. Ale nie dostałam tej kartki za brawurowe wyniki pedagogiczne, dostałam ją za to, że przyszłam na pogrzeb ich koleżanki z roku, że z nimi byłam wtedy, gdy totalnie nic nie miało sensu. Nie zawsze mi to wychodziło, ale najbardziej na świecie chciałam dla nich być, wzory to tam sobie zawsze mogli sprawdzić w internecie. Nie mam żadnych wątpliwości, że już o mnie nie pamiętają; że byłam tylko krótkim epizodem na drodze, na której spotkali masę innych osób – taka jest kolej rzeczy.

Ale czasem zastanawiam się, co u nich, co z nich wyrosło, czy spełnili swoje marzenia, którymi się czasem dzielili – te zawodowe i te prywatne, czy im dobrze w życiu. A gdybyśmy mieli okazję, by się spotkać, to bym im powiedziała, że jezu, jak mnie czasem irytowali, ale nie mam żadnych wątpliwości, że bez nich nie byłoby niczego, bo bez tych heroicznych wysiłków, by uczynić moje zajęcia ciekawymi nie przeczesywałabym biblioteki w poszukiwaniu przykładów o czekoladzie i noblach albo gołębiach grających w ruletkę. Pewnie nie napisałabym książki, nie zarabiałabym, wykładając (ciekawe co by powiedzieli, gdyby dowiedzieli się, że teraz ludzie przychodzą na moje wykłady z własnej woli). Czasem tęsknię za uczeniem, ale nie mam żadnych wątpliwości, że z polskiej uczelni wyrzucono by mnie po tygodniu. Pozostaje mi kartka (wciąż ją mam), mnóstwo wpisów na blogu i medal za nauczyciela roku – czasem udaję, że to medal za coś, co przebiegłam, czasem nie udaję i mówię, że to jest pierwszy raz, kiedy poczułam, że może to potrafię i mogę z uczenia innych uczynić sposób na fajne życie.

Kto by pomyślał, ja też wyrosłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *