Wszystko zaczęło się od tego, że koleżanka z ekonomii zaczęła nagle bardzo dużo jeść i bardzo szybko rosnąć wszerz, i nie mieścić się w żadne ciuchy, a potem urodziła dziecko. Umarłam z zazdrości, ona przynajmniej miała jakieś wytłumaczenie. Ja wciąż muszę brać na siebie odpowiedzialność za zbyt ciasne dżinsy, którą to odpowiedzialność dzielę po równo z człowiekiem, który wymyślił double stuffed oreo. Wszak wszyscy wiemy, że double stuffed oreo to najdoskonalszy wynalazek ludzkości, zaraz po kole i open barze. Jak koleżanka z ekonomii sobie poszła, to na jej miejsce przyszła nowa koleżanka, która już od samego początku wzbudziła naszą podejrzliwość, a to dlatego, że zachowywała się bardzo dziwnie, tj. przygotowywała studentom mnóstwo dodatkowych zadań, godzinami kolorowała slajdy w powerpoincie i ktoś nawet widział, że wypożyczyła z biblioteki podręcznik z metodyki nauczania. Długo nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale potem kolega z biurka obok sprawdził w google i wyjaśnił nam, że to podobno nazywa się ambicją. Aha, no i koleżanka z ekonomii jeszcze wymyśliła, że będzie studentom co tydzień robić kartkówki, żeby – tu cytat – “dać im możliwość bieżącego sprawdzenia swoich umiejętności”.

giphy

Żeby oddać sprawiedliwość, to kolega z politologii chciał ją nawet ostrzec, ale to było zanim powiedziała mu, że politologia nie jest prawdziwą nauką. Ja sama zaś się za bardzo nie mieszałam, bo ja osobiście byłam z obecności nowej koleżanki bardzo zadowolna, a to dzięki czemuś, co nazywamy zasadą kontrastu. To oznacza mniej więcej tyle, że okazało się, że w porównaniu do jej zajęć z mikroekonomii moje zajęcia zaczęły jawić się moim studentom jak wakacje w Egipcie, tyle że lepsze, bo u mnie nie trzeba dawać napiwków.

Niemniej jak przyszłam ostatnio na zajęcia, to moi studenci nie wyglądali na zadowolonych, a przynajmniej nie na tak zadowolonych, jak powinni być zadowoleni ludzie przebywający na wakacjach. Nie żeby na co dzień byli jakoś wybitnie entuzjastyczni na mój widok i kwiaty mi rzucali w drodze do biurka, ale z reguły mają w sobie wystarczająco dużo radości życia, by podzielić się ze mną jakimiś najnowszymi osiągnięciami internetowego świata, jak na przykład kot latający na magicznym dywanie. A teraz nic. Milcząco wyjęli zeszyty, zalogowali się do komputerów i czekali. Nikt nic nie mówił. Marazm, stagnacja, rezygnacja. Na szczęście ja jestem pedagogiem wytrawnym, w pełni świadomym tego, że dobry nauczyciel często musi być psychologiem i detektywem w jednym, więc i tym razem postanowiłam podjąć się trudnej sztuki wyprasowania wygnieceń na ich nastoletnich życiach. Something happened? – spytałam ostrożnie.

– Ooooooooooooooh – zawył na to kolega z pierwszej ławki, niczym zwierzę ranne w wypadku samochodowym
– Oooooooooooooooooooh – jęknął ten obok, najpewniej ofiara tego samego wypadku
– Oooooooooooooooooooooooooooooh – zawył jeszcze raz ten pierwszy, na wypadek jakbym nie dosłyszała
– I’ll say it!- kolega spod okna bohatersko wziął na siebie odpowiedzialność za odklejenie tego plastra bez żadnego znieczulenia, i wyjaśnił mi: – we had a test!

szok

Test! – potwierdził ten z pierwszej ławki, żeby tylko nie umknął mojej uwadze ten jawny przejaw gwałtu na międzynarodowej konwencji praw człowieka i jeszcze mówi, że na tym teście to było pięć potencjalnych odpowiedzi i to wielokrotnego wyboru, WIELOKROTNEGO WYBORU, co oznacza, że prawdopodobieństwo trafienia prawdiłowej odpowiedzi było… (tu zawahał się na moment) było… (zawahał się znowu) …bardzo niskie! A ja mówię, że teraz już wszystko rozumiem i jeszcze pytam czy wystarczy im terapia grupowa czy też wymagają indywidualnej, a oni mówią, że to wcale nie jest zabawne i że jeszcze na dodatek ten test im zupełnie źle poszedł, bo oni teraz w ogóle nie mają głowy się uczyć, bo są zajęci jaraniem się zbliżającym się koncertem Hoziera, tj. takiego piosenkarza, bo – jak mi tłumaczą – Hozier to bardzo ważna postać w życiu narodu irlandzkiego, i wszyscy są z niego dumni i go kochają, i kupują kubki z jego podobizną, i chodzą w koszulkach z jego zdjęciem, czyli – tłumaczą mi – to zupełnie taka postać jak dla nas, Polaków, Wałęsa!

Wiadomo, wszyscy z niecierpliwością oczekujemy lata, by móc wyjąć z szafy czapkę bejzbolówkę z podobizną Lecha Wałęsy.

Więc ja mówię, że dobrze, szalenie mnie wzrusza ich historia testu z mikroekonomii i miłości do Hoziera, ale może byśmy tak dla odmiany przeszli do jakichś merytorycznych pytań, czy jest na sali jakiś bohater z merytorycznym pytaniem związanym z uczelnią, i na szczęście jest, bo moi studenci mają magiczną umiejętność skakania z tematu na temat jak żaba na oparach benzyny po chodnikowych płytkach, więc wtedy mój najlepszy przyjaciel Rudy mówi, że sprawa jest taka, że on dostał możliwość pojechania sobie na pielgrzymkę w przyszłym tygodniu i czy ja uważam, że on powinien pojechać czy też raczej wziąć udział w moich zajęciach, a ja mówię, że ja z Panem Jezusem rywalizować nie będę, niech i jedzie na tę pielgrzymkę, a on mówi, że nie, nie, on mnie nie pyta, czy może jechać na pielgrzymkę, on się raczej zastanawia, tak w kontekście egzaminu, co będzie miało więcej sensu – moje zajęcia czy modlitwa? A moooooooże – mówi – na moją decyzję odnośnie jego oceny końcowej wpłynie przepiękna figurka pana Jezusa o cudownych mocach, która jeszcze dodatkowo świeci się w nocy? A ja go pytam gdzie on jedzie na tę pielgrzymkę, do działu lamp IKEI?, co zaś szalenie ekscytuje kolege spod okna, który pyta, czy to prawdziwa akcja z tą pielgrzymką do IKEI, bo on byłby zainteresowany?

A ja mówię, że mi jest wszystko jedno jak oni zdadzą ten egzamin, za pomocą podręcznika czy podświetlonego Pana Jezusa, ale ja bardzo ich proszę żeby go jednak zdali, bo ja mam lepsze rzeczy do roboty w sierpniu niż sprawdzanie ich egzaminów poprawkowych, a oni mówią, że nie chcą na nikogo zwalać winy, ale nowa pani z mikroekonomii to im mówiła, że jak po roku zajęć studenci wciąż nic nie umieją, to to jest porażka nauczyciela, a nie studentów. I jeszcze mówią, że pani z mikroekonomii też im powiedziała, żeby pamiętali, że jej przedmiot jest ważniejszy od mojego, a najlepszym na to dowodem jest to, że z ekonomii można dostać Nobla, a z mojej dyscypliny nie.

Absolutnie najgorzej. Świadomość, że nigdy nie dostanę nagrody Nobla uderzyła mnie obuchem w głowę i jeszcze kopnęła na odchodne. Nie żebym wcześniej o tym nie myślała, wiadomo, ale to zawsze jednak człowiek miał nadzieję. Niemniej muszę przyznać, że to był ze strony koleżanki z mikroekonomii mocny argument. Wszak nie miałam żadnych wątpliwości, że mam właśnie na sali dwudziestu pięciu potencjalnych noblistów z ekonomii, gotowych odebrać nagrodę w każdej chwili. Znaczy no, jak tylko po trzech latach nauki w końcu uzgodnią między sobą kolejność wykonywania działań.