Lubię myśleć, że nauczanie to sztuka. Trudna sztuka powstrzymywania łez wzruszenia, gdy po sześciu tygodniach nauki widzisz, jak twój student w końcu liczy średnią czterech liczb. Samodzielnie! I prawie dobrze! Jeszcze trudniejsza sztuka powstrzymywania się od komentarza, gdy student tłumaczy ci, że nie zrobił zadania domowego, bo zjadł mu je pies, którego to psa następnie potrącił samochód, który to samochód prowadziła jego babcia, która teraz jest w szpitalu, bo co prawda wypadek przeżyła, ale musiała sobie po nim kupić nowa choinkę zapachową do auta, no i jak poszła po nią do tesko, to ją przytrzasnęły drzwi obrotowe. No i czasem jeszcze nauczanie jest sztuką dedukcji. Bo gdy zobaczyłam ostatnio na uczelnianym korytarzu ogłoszenie z pobliskiego baru, które informowało, że w najbliższy czwartek będzie można tam dostać trzy shoty teuquili w cenie jednego, to od razu wiedziałam, że swoje zajęcia w piątek rano mogę natychmiast wyrzucić do kosza.

Sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że były to zajęcia komputerowe, które z reguły cieszą się umiarkowanym entuzjazmem wśród studentów. Wyjątkiem są ludzie bezdomni i jeden student z zeszłego roku, który przez cały semestr rysował histogramy, a następnie zaśmiewał się do łez z tego, że wyglądają jak penisy. To że studenci nie wrzucają na fejsa zdjęć z moich zajęć otagowanych #bestclassever, #loveit, #givememore, jestem skłonna zrozumieć. Istnieje jednak taka tajemnica zajęć komputerowych, która wciąż pozostaje mi nieodgadniona i która polega na tym, że każde inne moje zajęcia z reguły wyglądają tak:

anigif_enhanced-buzz-28397-1378499324-4

W momencie jednak, gdy ci mili ludzie, z ajfonami zamiast dłoni, przekraczają próg pracowni komputerowej, natychmiast tracą wszelką zdolność obsługi komputera, co prowadzi do tego, że pierwsze zajęcia zawsze upływają nam na zgłębianiu trudnej sztuki odnajdywania pliku, albowiem ponad połowa studentów zawsze zapomina, gdzie trzy minuty wcześniej owy plik zapisała. Oczywiście mogło być gorzej – na przykład nasza czytelniczka Ania ♥, która walczy na polskim froncie edukacyjnym, donosi, że kazała ostatnio studentom zapisać plik poprzez kliknięcie na dyskietkę, ale studenci nie mogli wykonać polecenia, no bo nie wiedzieli co to jest dyskietka.

Młodszym czytelnikom tłumaczę, że dyskietka to taka bardzo stara wersja google drive’a, z tym że lepsza, bo oprócz przechowywania na niej plików, można było też przez nią oglądać zaćmienie słońca. A przez google drive’a nie.

No dobrze, oto mamy piątek rano. Ja, statystyka i 15 skacowanych studentów. Spojrzałam na nich z pewną czułością. Dajcie spokój, ja też byłam kiedyś na studiach, w akademiku mieszkałam, więc jeśli z czegokolwiek mogłabym być ekspertem “Rozmów w toku”, to właśnie z bycia na kacu, no i z plecenia łańcuchów choinkowych z puszek po browarach.

(szokujący akademikowy splendor w postaci WYKŁADZINY!!! wynika z tego, że był to akademik szkocki) 

No ale wróćmy do moich studentów i życiowej chłosty, którą przypadkiem odbywali akurat na moich zajęciach. Ja nie jestem w ciemię bita i nie z metra cięta, ja jestem człowiekiem nieustraszonym i zdeterminowanym jak labrador przy obiedzie, ja postanowiłam podnieść tę pedagogiczną rękawicę.

– Let’s start, guys – powiedziałam śmiało – close all facebook cats and switch to the statistical software

– STATS, NOT CATS! – ryknął na to kolega spod okna i prawie umarł ze śmiechu nad własnym dowcipem. OK, czyli czternaście skacowanych studentów i jeden wciąż na bani.

Oczywiście niedoświadczony pedagog mógłby się tej sytuacji przestraszyć, ale nie ja, bo ja to zawsze mam tak doskonałe pomysły, że aż czasem podejrzewam, że jestem nieślubnym dzieckiem Napoleona i projektanta mebli IKEA. Powiedziałam moim studentom, że wystarczy, że zrobią wszystkie ćwiczenia i będą mogli iść wcześniej do domu, a wtedy jeden z nich się szalenie zmartwił i spytał czy dobrze usłyszał, że mają zrobić wszystkie ćwiczenia?, a ja powiedziałam, że tak, a on spytał czy na pewno WSZYSTKIE ćwiczenia?, a ja powiedziałam, że tak, a wtedy on postanowił się upewnić po raz ostatni – WSZYSTKIE DWA?

Tak, wszystkie dwa ćwiczenia – potwierdziłam. I to był błąd. I tak rozpętało się piekło.

Najpierw student spod okna mówi mi, że właśnie policzył współczynnik Pearsona i wyszło mu 1.45, i co teraz, a ja mu na to mówię, że biorąc pod uwagę, że ten współczynnik przyjmuje wartości od -1 do 1, to ja na jego miejscu zadzwoniłabym do Światowego Związku Statystyki i ich zawiadomiła, że mają wszystko źle, a on na to mówi, że spoko, ale że właśnie skończył mu się kredyt na karcie, więc czy może w tym celu pożyczyć mój telefon? Drugiej studentce kazałam zrekodować zmienną i nadać jej nową nazwę, i tym samym utworzyła nową zmienną o nazwie Jessica Smith, wiadomo, nie ma co czekać na to, aż po śmierci zbudują ci pomnik lub przydzielą ulicę, nazwij zmienną swoim imieniem już dziś. Jej koleżanka obok zaś w ogóle nic nie robiła, bo wciąż czekała aż uruchomi jej się Windows, a sprawę trochę utrudniał fakt, że cały czas miała wyłączony monitor. No i był jeszcze kolega na bani, który przez ten cały czas był zajęty kolorowanie histogramu, co było dość pracochłonne, bo wymyślił sobie, że każdy słupek pokoloruje na inny kolor.

I tylko jeden zagubiony student spod okna nic nie robił, choć w tamtej akurat sytuacji traktowałam to jako zaletę. Siedział ze wzrokiem pustym, nad nim unosiły się opary alkoholu i braku nadziei. – Janina, I have a favour to ask you – powiedział, gdy do niego podeszłam, następnie zaś westchnął, westchnął jeszcze raz, rozejrzał się w prawo, rozejrzał się w lewo, konspiracyjne wyszeptał: please let me die.

A dobra, targana współczuciem puściłam ich wszystkich do domu. Właściwie to te krótsze zajęcia były mi nawet na rękę, sama nie najlepiej się czułam. To znaczy – to nawet nie było tak, że z pozostałymi nauczycielami wypiliśmy jakoś strasznie dużo tej tequili poprzedniego dnia. Po prostu musieliśmy pić szybko, zanim przyjdą studenci.