Boli mnie, gdy się śmieję

Gdy jestem bezbronna jak odsłonięty brzuszek jeża, jest tylko jedna osoba, którą potrzebuje widzieć. Jest najsłodszą z wszystkich wiśni w moim życiowym koszyczku, zwłaszcza ostatnio, gdy dominowały u mnie głównie inne smaki. Niemniej poprosiłam męża, by mnie nie rozśmieszał – po pierwsze dlatego, że po operacji boli mnie, gdy się śmieję; tak zupełnie dosłownie. Po drugie dlatego, że być może chwilowo mam ochotę na zupełnie inne emocje i inne ich brzmienie – nie ma wśród nich śmiechu, jest dużo ciszy i sporo spokoju.

Wracam do Was – może za miesiąc, może za dwa*. Teraz idę się goić, tak zupełnie dosłownie. Podobno w środku człowiek goi się znacznie dłużej na zewnątrz – to też dosłownie, ale trochę nie. Nie lubię zdania, że „wszystko będzie dobrze”, bo wiem, że bywają różne zakończenia; niemniej lubię rachunek prawdopodobieństwa, a ten jest mi przychylny.

(*Przysięgam, że mam na tę decyzję karteczkę o lekarza i wcale nie chodzi o to, że oto wjechał właśnie nowy sezon “Grace nad Frankie”, choć jest to bardzo miły zbieg okoliczności)

Mam wszystko, jestem bezpieczna i pod doskonałą opieką. Świat jest mi dobry, ludzie – ciepli jak drożdżówki prosto z piekarnika. Mnie niczego nie trzeba, niczego nie brakuje, jednak gdybyście chcieli kiedyś, gdzieś, cokolwiek zrobić, to idźcie oddać krew – zawsze gdzieś tam jest ktoś, kto jej potrzebuje i ma mniej szczęścia niż ja.

Wspaniałą laurkę tytułową narysowała dla mnie kilkuletnia Lena, sami widzicie, w takich okolicznościach nic tylko zdrowieć.