Szaleństwa na dwupasmówce śmierci i inne koszmary

Czy boi się pani narkozy? – spytał mnie doktor Jamnik, a ja mu na to powiedziałam, że nie, ten niepokój jest dość daleko na mojej liście potencjalnych śmierci, najbardziej na świecie to ja się jednak wciąż boję, że umrę przy prowadzeniu samochodu albo w wypadku jako pasażer samochodu, albo że umrę bo się zakrztuszę podczas jazdy samochodem, albo że spłonę żywcem podczas jazdy samochodem w tunelu…, no i ja mu tak wymieniam, a on mnie na to pyta, czy w takim razie może po prostu uznać, że na tej liście są tylko wypadki związane z samochodem?

No nie, proszę pana, tylko na pierwszych 36 pozycjach.

Na przykład ostatnio, proszę pana, to ja wsiadłam do samochodu z kolegą, ja prowadziłam, on walczył o życie na siedzeniu pasażera i muszę przyznać, że bardzo był cierpliwy, przez bardzo długi czas nic nie mówił, ale w końcu nie wytrzymał i nieśmiało napomknął, że on ma sześcioletnią córkę i bardzo chciałby wrócić do domu zanim ona wyprowadzi się na studia, więc czy mogłabym wrzucić trzeci bieg?

– I co, wrzuciła pani?

No wrzuciłam, niemniej niechętnie, no bo jednak byliśmy na drodze, a nie na torze wyścigowym. Ale za to z dobrych wiadomości, to ta szaleńcza jazda na trójce, kiedy to wiatr targał mi włosy, a łzy rozpaczy zalewały oczy, to totalnie była najstraszniejsza rzecz, jaka mi się w tym tygodniu przytrafiła, więc z pełną pokorą przyjmuję wszystko, co dzisiaj wymyśli, albowiem nie mam żadnych wątpliwości, że choćby mi tutaj teraz zdecydował o upuszczeniu ośmiu wiader krwi i przeszczepie mózgu bez znieczulenia, to to i tak nie zrobi na mnie wrażenia, albowiem i tak już absolutnie nic gorszego mi się w tym tygodniu nie przytrafi, niż ta jazda samochodem dwupasmówką śmierci.

No, tak mu powiedziałam i nawet byłam totalnie do swoich słów przekonana, całkowicie w to wierzyłam. Ale to było zanim okazało się, że doktor Jamnik to nie potrzebuje żadnych wymyślnych narzędzi tortur, by zadawać ból, że co prawdą jest, że tego dnia nie pokłuł mnie, nie naciął, mózgu nie przeszczepił, niemniej bolesny cios w samo serce zadał jednym zmyślnym ruchem. No, serio, on był jak ten pies z internetowego komiksu, który nie gryzie, ale potrafi zranić w innych sposób:

– To co – powiedział – zważymy się?