Chichot losu i martwy ptak

Moje życie jest nudne, nic na to nie poradzę. Nie jest to życie mojej siostry, która jest weterynarzem, co sprawia, że jej codzienność wypełniona jest dramatycznymi walkami o życie chomika Chrupka, który to chomik zaczął niekontrolowanie kichać, a następnie przedawkował gripex, choć najpewniej nie ze swojej chomiczej winy. Nie jest to też ekscytujące życie mojego brata, który jest psychologiem, więc powszechnie wiadomo, że umie czytać ludziom w myślach. Nie. Moje życie to żmudna rutyna, która odbija się na kartach codzienności jak ciągle ta sama pieczątka, a każdy dzień mojej pracy wygląda tak samo – zaczyna się od tego, że wchodzę na zajęcia.

lecture

Wchodzę na zajęcia i dzielę się ze studentami tym, co mam do powiedzenia, a przy okazji odmieniam też studenckie życia, dotykam ludzkich dusz, zapisuję się złotymi głoskami w ich studenckich sercach. A potem kończę ostatnie zdanie wykładu i wszyscy zaczynają klaskać (co prawda w myślach, ale ja słyszę te brawa bardzo wyraźnie), i lubię też myśleć, że niektórzy płaczą, głównie ze wzruszenia, że dane im było doświadczyć czegoś tak intelektualnie pięknego. No, tak to wygląda. Rutyna. Tydzień w tydzień to samo. Może z wyjątkiem takich zajęć jak te w ostatni czwartek, na które nikt nie przyszedł.

Szczerze mówiąc nie byłam zadowolona. Głównie dlatego, że ja na te zajęcia przyszłam, a oni nie przyszli i była w tym oczywista niesprawiedliwość losu, no bo ja mam w życiu mnóstwo znacznie lepszych rzeczy do roboty, niż chodzenie na własne wykłady. Postanowiłam więc napisać moim studentom maila, w którym informuję ich, że jeśli już planują zignorować moje przezabawne zajęcia, to niech przynajmniej mnie o tym poinformują odpowiednio wcześniej, tak żebym nie musiała marnować czasu na kolorowanie czcionek w power poincie, o wynajdywaniu brawurowych dowcipów na okoliczność tychże zajęc nie wspominając. Uwaga, podaję przykład jednego z takich wybornych żartów, żebyście się też mogli pochichrać:

Przychodzi rozkład do psychiatry, a on pyta: czy jest pan normalny?

Tak, takie to doskonałe dowcipy opowiadam moim studentom, a następnie po każdych zajęciach udajemy się na oddział SOR okolicznego szpitala, żeby przyszyli nam boki, które zerwaliśmy sobie ze śmiechu.

Jak już byłam w trakcie pisania maila do studentów, to wymyśliłam sobie, że skoro i tak po każdych zajęciach dostaję niezliczone listy z powodami studenckich nieobecności, to zażądam dowodów – jeśli piszą, że w drodze na zajęcia potrącili jeża, to ja chcę zobaczyć zdjęcie jeża z łapą w gipsie. Jak twierdzą, że przyjechała do nich babcia i razem zwiedzają Dublin, to żądam selfie babci z koniczynami na głowie na tle muzeum Guinnessa. Oczywiście w tym drugim przypadku dobrze by też było, gdyby upewnili się, że nie zwiedzają Dublina z tą samą babcią, którą w czasie poprzedniej sesji uśmiercili.

Bo z tymi babciami to zawsze jest kłopot, zwłaszcza w czasie sesji, kiedy to niebezpiecznie zagęszcza się delikatna pajęczyna związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy liczbą zadań domowych a liczbą zgonów. Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że moi geniusze strategii często zapominają których członków rodziny już w poprzednich latach uśmiercili, a kto jeszcze żyje, nie mówiąc już o tym, że mają w sobie bardzo głębokie przekonanie, że nauczyciele nigdy ze sobą nie rozmawiają. Trudno orzec jak dokładnie studenci wyobrażają sobie międzynauczycielskie interakcje, ale najpewniej wierzą, że przekazujemy sobie sygnały poprzez zmianę barwy ciała, niczym mątwy podczas godów. I tak na przykład ja dostaje maila, w którym student tłumaczy mi, że nie może oddać zadania na czas, albowiem jego wujek został wczoraj potrącony przez samochód przy przechodzeniu przez przejście dla pieszych i jest w stanie krytycznym, a w tym samym momencie mój kolega z biurka obok dostaje od tego samego studenta maila z dość dramatyczną informacją, że nie może oddać zadania na czas, albowiem jego kuzyn został wczoraj potrącony przez samochód przy przechodzeniu przez przejście dla pieszych i jest w stanie krytycznym. Wiem co sobie teraz myślicie, to co każdy by pomyślał w takiej sytuacji: a co z ciocią? No dobra wiadomość jest taka, że z maila którego dostała koleżanka spod okna wynika, że ciocia nie przechodziła przez to samo przejście dla pieszych, niemniej człowiek nigdzie nie może czuć się bezpiecznie, albowiem ciocia została potrącona na chodniku. No pomyślelibyście, że istnieje jakiś limit nieszczęść, które mogą przypaść na jedną osobę, ale nie! Już abstrahując od tego, że ktoś powinien przeprowadzić jakieś szczegółowe szkolenie dla członków tej rodziny z bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Szczęśliwie tym razem moi studenci dotarli na zajęcia cali i zdrowi, choć spóźnieni.

Sorry we’re late, Janina – powiedział pierwszy student, zajmując miejsce w ławce 10 minut po czasie. We’re sorry, we’re sorry, we’re sorry – powtarzali jak jeden mąż, wchodząc gęsiego do sali, aż w końcu jeden z nich postanowił wyjaśnić sytuację: so sorry we’re late – powiedział – we were watching a dead bird outside the building.

– Of course you were – mówię – did you reach any conclusions?
– It’s dead – powiadomił mnie kolega spod okna
– So dead – zgodził się z nim ten obok
– Completely dead – przytaknął ten z pierwszego rzędu, jakbym miała mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości.

golab

Dobrze, na wszelki wypadek postanowiłam zignorować tę sytuację, głównie z powodu takiego, że nie potrafiłam się zdecydować, co niepokoi mnie bardziej – niezdrowa fascynacja moich studentów martwymi zwierzętami, czy też fakt, że potrzebują aż 10 minut na to, żeby dojść do wniosku, że ptak pozbawiony głowy jest naprawdę martwy. Zresztą nie było czasu do stracenia, bo już i tak byliśmy spóźnieni na nasz rejs po oceanie modelowania statystycznego, ahoj wesoła, intelektualna przygodo, wszystkie współczynniki na pokład, kierunek: regresje, oczywiście do czasu aż nie zderzymy się z lodową górą braku znajomości matematyki, co z reguły zajmuje nam około 5 minut od rozpoczęcia zajęć.

Oczywiście niedoświadczony pedagog mógłby się przestraszyć takiego zadania, ale nie ja, bo ja w trudnych sytuacjach lubię skupiać się na pozytywach, na przykład na tym, że na moich zajeciach zawsze jest ta jedna jedyna osoba, która jest moim ogromnym fanem, zawsze jej się moje wykłady bardzo podobają i to zawsze dodaje mi skrzydeł, nawet jeśli tą osobą jestem z reguły ja sama. Studenci zaś słuchali pilnie i nawet wyrażali pewne zaangażowanie, co oznacza mniej wiecej tyle, że w pewnym momencie jeden z nich wstał, powiedział: Oh my God, I can’t stand it anymore! i wyszedł.

Pobiegłam za nim szybko, głównie ze strachu, że zaraz zamknie się w łazience i jako człowiek pozbawiony kota zostanie w niej na zawsze. Nie musiałam go jednak szukać daleko, stał przed budynkiem i palił papierosa. W sumie nie miałam żalu za ten jego wybuch emocji, było to dla mnie całkowicie zrozumiałe – wszak ileż można znosić kopniaki od życia! Nie dość, że musiał brać udział w moich zajęciach, to jeszcze na dodatek jest rudy. Więc tak sobie staliśmy. Ja, student, a nad nami szary, papierosowy dym jego rezygnacji i jeszcze obok zwłoki gołębia.

– Janina, I like you so much – powiedział w końcu student, patrząc pustym wzrokiem w dal, najpewniej próżno usiłując dostrzec jakąkolwiek nadzieję na horyzoncie swojej przyszłości – but during your classes I always have this feeling… (tu westchnął głęboko i zamyślił się nad właściwym określeniem) I have this feeling that if I started crying, I would never be able to stop.

Słuchajcie, nie ma co zwlekać, niedawno podpisaliśmy świeżutkie umowy Erasmus z polskimi uczelniami, zapraszam serdecznie do siebie na zajęcia. Sami widzicie, że warto. Poza tym dowcipów mi jeszcze dostatek, będziemy mieć ubaw po pachy, a może i nawet po szyję. Na przykład słuchajcie tego:

– Jak mama budzi ósemkę?
– Wstawaj, nie możesz tak leżeć w nieskończoność!