Cieniuteńka koperta wypełniona pluszem

W zeszłym roku przez dłuższy czas musiałam sobie codziennie robić zastrzyki przeciwzakrzepowe. Było to co prawda bolesne tylko przez ułamek sekundy, ale pamięć ciała co do rzeczy nieprzyjemnych jest naprawdę silna – za każdym razem, gdy wyjmowałam tę strzykawkę, to musiałam samą siebie przekonać, że muszę, że trzeba, potem brałam trzy wdechy, zamykałam oczy i już.

Podobnie było z tekstem, który napisałam wczoraj. Po prostu obudziłam się, a on już we mnie był, miałam bardzo niewiele czasu, bo śpieszyłam się na uczelnię, musiałam więc szybko samą siebie przekonać, że muszę, że trzeba, potem wzięłam trzy wdechy, zamknęłam oczy i już.

Przestraszył mnie ogrom komentarzy, wiadomości prywatnych, historii, które zamykały się w: „znam”, „mnie też”, „ja też”. Każda jedna taka historia to o jedną za dużo. Ale wczoraj stało się coś jeszcze – ja skończyłam zajęcia, poszłam oddać do recepcji wszystkie dokumenty, protokoły i listę ocen, na której oczywiście, że pomyliłam daty i nagle okazało się, że wszyscy studenci zaliczyli mój przedmiot na dwa miesiące przed moim urodzeniem.

I ja oddałam to wszystko, a pani na recepcji powiedziała, że ma dla mnie coś jeszcze i wręczyła mi zaklejoną kopertę, a na tej kopercie było tylko moje imię i nazwisko, i ja wyszłam z uczelni, usiadłam na okolicznym murku, otworzyłam kopertę. I mój boże, dobrze że wcześniej usiadłam.

***