Dlaczego ludzie ludziom

Tamtego dnia, gdy wyszłam z uczelni, wiedziałam że już nigdy nie wrócę. Kochałam wszystko, co robiłam – to swoje biuro na siódmym piętrze z widokiem na jedną z najpiękniejszych bibliotek w Europie, studentów, którzy w pewnym momencie przestawali mnie słuchać, bo akurat udawali piratów z lunetą zrobioną z tablic logarytmów i te cotygodniowe spotkania wydziału, na których uczyłam się nowych teorii, modelów, wzorów, dowiadywałam się, jak wiele jeszcze nie wiem, a tym samym jak wiele mnie jeszcze intelektualnie czeka.

Ale w ostatnich latach mojego doktoratu napotkałam na człowieka, który każdym zdaniem wbijał mi pod skórę cieniutenkie drzazgi. Takie, które są ledwie widoczne, cienkie jak żyłki na dłoniach, ale metodycznie drażniące nerwy przy każdym gwałtowniejszym ruchu i próbie wyrwania. Mówił mi, że nie zdam, nie umiem, że do niczego się nie nadaję i że nie dam rady. To są zdania, które – gdybyśmy tylko mogli je zobaczyć – są zakończone drobnymi haczykami. Takimi, które naruszają ciągłość tkanek, zostają w mięsie ciała, nie da się ich usunąć, więc zostają w tkankach i ślimaczą rany. W pewnym momencie odechciało mi się nie tylko chodzenia do pracy – odechciało mi się żyć.

Uniwersytet zareagował dokładnie tak, jak powinien. Dostałam darmową terapię, opiekę psychiatryczną, sześć miesięcy zwolnienia zdrowotnego i nawet zniżkę na leki psychotropowe w pobliskiej aptece (za okazaniem legitymacji pracowniczej). Ale było już za późno. Okazało się, że niechęć do życia znacznie łatwiej pokonać niż niechęć do siebie.

Mam napisane 218 stron doktoratu. To są dobre badania, nieoczywiste analizy, brakuje tam wstępu i zakończenia. Zabrakło mi wstępu i zakończenia. Może gdybym umiała fizycznie szybciej pisać, zwiększyła rytm metryczny stukotu klawiatury, może wtedy zdążyłabym napisać te zdania, zanim on dokończył myśl o tym, że nic nie jestem warta. Ale to jest równanie, które nigdy nie ma sensu, pięć osób przeciwko jednej, a to tej jednej uwierzę. Te zdania, że wszystko jest dobrze, dam radę i dobra robota – one są lekkie, jakby wypełnione helem, wystarczy chwila nieuwagi i gdy puścisz wstążkę, to szybko stracisz z oczu. Te zdania o tym, że nikim i do niczego, one są toporne, żeliwne, osiadają na dnie, jak takie ciężkie fragmenty statków pod powierzchnią wody, a potem tam gniją, rdzewieją, zostają na zawsze.

Co jakiś czas do tego zbioru zdań ciężkich, które odkładają się w okolicy serca, żołądka i płuc (nie pozwalają oddychać), dochodzą kolejne. W komentarzach, mailach, jedynkach wystawionych książce, której jeszcze nawet nie da się przeczytać. Gdy wczoraj wróciłam na uniwersytet jako gość, gdy znów dostałam możliwość uczyć się od ludzi mądrzejszych ode mnie, dziwić się, pytać, poprawiać wszystko, co wydawało mi się, że wiem — mój boże, jak mnie to wzruszyło. I jaki wzbudziło smutek. Bo przypomniało mi o wszystkim, co kiedyś mi zabrano. Albo sama sobie zabrałam, nie wiem.

Umiejętności miękkie, twarde, języki obce, kompetencje lidera, sztuka perswazji, metody analiz strategicznych, bzdura. Dziś najważniejsze jest, by nauczyć dzieci… się bronić. Zdania o ostrych krawędziach, komentarze które opadają na samo dno serca, jedna łyżka szkodliwego płynu rozpuszczana w codziennej herbacie pozornie niewinnych zdań. Nie umiesz, nie dla ciebie, nic nie jesteś warta. Bronić się przed wszystkim, co usłyszą od innych dzieci, potem współpracowników, obcych ludzi w sieci. Każde takie zdanie jest jak delikatny stukot o skorupkę jajka – po kilkunastu razach naruszy się ciągłość i nie da się tego posklejać.

Wczoraj dostałam maila od zupełnie nieznanej mi osoby, och boże ile tam było słów o tym, jak jestem tandetna, słaba i nienadająca się. Odpisałam to, co zawsze odpisuję w takich sytuacjach. To, co chciałabym powiedzieć też temu człowiekowi, który wmówił mi trzy lata temu, że muszę odejść z uczelni i nigdy nie wrócić. I każdej innej osobie, która tworzy zdania o krawędziach ostrych jak okruchy szkła. Odpisałam:

„Dlaczego?”.

Bardziej z nawyku, bo wiem, że nie istnieją takie uniwersytety, którym uda się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie ludziom.

***