Czułe opatrunki na studenckie rany matematycznej niewiedzy

Kiedyś w miłych czasach pedagogicznej świetności, jeszcze gdy entuzjazm był moim najlepszym przyjacielem, a jakakolwiek nadzieja jego wiernym giermkiem, dostałam medal dla nauczyciela roku. Polegało to na tym, że studenci głosowali na swoje ulubione zajęcia, no i ja wygrałam, choć było w tym oczywiście bardzo dużo niesprawiedliwości, no bo ja uczyłam statystyki, a to jest tak zabawny przedmiot, że to już na starcie miałam fory przed całą resztą nauczycieli. W każdym razie ten medal to było taki totalnie prawdziwy, elegancki, taki jak się dostaje na różnych zawodach, ja go do dziś sobie czasem wieszam na szyi i chodzę z nim po ulicy, żeby inni ludzie myśleli, że coś w życiu przebiegłam.

No i ja dzisiaj spotykam na uczelni koleżankę, która przejęła ode mnie uczenie tego przedmiotu, i jak ona mnie spotkała, to szalenie była podekscytowana, ona patrzyła we mnie jak w najpiękniej naszkicowany pejzaż pedagogicznego geniuszu, totalnie chciała wiedzieć, jak ja to robię, że studenci płaczą ze wzruszenia na każdych moich zajęciach, a potem budują moje pomniki z bochenków suchego chleba i keczupu w saszetkach, no bo trudno o inny budulec w akademiku. Ona mi tyle pytań zadawała, a ja jej odpowiadałam, że och, z przyjemnością jej opowiem wszystko o tym, jak zakładać najczulsze opatrunki na studenckie rany matematycznej niewiedzy, tylko akurat nie mogę, bo bardzo się śpieszę na swoje własne zajęcia, które zaczynają się za trzy minuty, a przecież każda sekunda mniej moich własnych zajęć, to zupełnie tak, jakbym tym moim studentom jeszcze bijące serce z klatki piersiowej wyrwała.

Serio się strasznie śpieszyłam na te zajęcia. A wiecie, jak to jest, gdy macie dzieci i idziecie z nimi w gości, i one wśród tych obcych ludzi to są najgrzeczniejsze na świecie, śpiewają piosenki w idealnej tonacji, gospodyni naczynia pomyją i jeszcze bardzo chętnie dziurę w dachu załatają swoim własnym ciałem, i nikt Wam nie chce uwierzyć, że w domu to piekło na ziemi i w wolnym czasie rzucają w ludzi na ulicy zimną jajecznicą? No, to ze studentami tak wcale nie jest. Bo ja rozmawiam z tą koleżanką na parterze, a nagle pojawia się student, co już czeka na zajęcia przed salą kilka pięter wyżej, on się tak przechyla przez barierkę i drze się na cały instytut, żeby przypadkiem nikt nie przegapił tego, co ma do powiedzenia

Janinaaaaa – drze się – czy my dziś zaczniemy umierać z nudów o czasie, czy jeszcze zdążę iść do sklepu?

Do sklepu to nie wiem, ale do piekła to na pewno idziesz, człowieku.