Dlaczego list do świętego Mikołaja najlepiej pisać w języku niemieckim? – zaginiony rozdział książki “Statystycznie Rzecz Biorąc 2”

Oto przed Wami zupełnie nowy, świeżutki niczym drożdżówka wyciągnięta prosto z piekarnika, zaginiony rozdział książki „Statystycznie rzecz biorąc 2. Czyli jak zmierzyć siłę tornada za pomocą gofra”! Powstał specjalnie dla Was dzięki marce Pracuj.pl, która oprócz tego, że zleciła mi ukochanie Was jeszcze jednym, dodatkowym rozdziałem książki, to ma dla Was przeciekawe badania na temat tego, czy Polacy nie gęsi… i jakiś język znają.

Pełny raport jest już dostępny, o tu: KLIKU KLIKU. Zachęcam do przeczytania, acz na początek zapraszam Was do przeczytania zaginionego, dodatkowego rozdziału “Statystycznie rzecz biorąc 2”!

Dlaczego list do świętego Mikołaja najlepiej pisać w języku niemieckim?

Generalnie to uważam, że istnieją trzy kręgi współczesnego piekła. Pierwszy krąg: dla par, które kłócą się przy innych ludziach. Wiecie, jak jest: że miło, że kolacja, konwersacja, “dobry tort, taki nie za słodki”, “chyba idą roztopy”, “a co tam u ciebie słychać, Janino?”, a potem człowiek chwilę się zamyśli nad tłuczonymi ziemniakami, a gdy się ocknie, to już wśród jego współtowarzyszy trwa histeria, dramat i życie mi gnoju zmarnowałeś.

I słuchajcie, ja generalnie mam w sobie dużo zrozumienia, ja rozumiem, że jak Juliusz dziesięć lat temu zapomniał ściszyć telewizor, to ta sprawa nie może już czekać ani chwili dłużej, niemniej to nigdy nie wiadomo, jak się w takiej sytuacji zachować, para się kłóci, a człowiek tak rzeźbi sobie w tych swoich tłuczonych ziemniakach, upatrując w tej spożywczej architekturze ukojenia od niezręczności, i rzeźbi w tych ziemniakach, i rzeźbi, już kartoflane fundamenty postawił, a Juliusz wciąż nie wyniósł śmieci w roku ‘92, i w końcu z tych ziemniaków na talerzu to zdąży już całe miasto powstać i jeszcze pół obwodnicy, wszystko w oczekiwaniu, aż zażegnane zostaną wszystkie kryzysy małżeńskie do trzech pokoleń wstecz, no i słuchajcie, sprawdzone info, podobno właśnie podczas jednej z takich niezręcznych kolacji powstał Taj Mahal.

Drugi krąg piekła przeznaczony jest dla ludzi, którzy odgrzewają rybę w  mikrofalówce w miejscu pracy. To nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień, znaczy – oprócz tych złożonych na komendzie policji.

No i w końcu trzeci krąg piekła, który przytrafił mi się niegdyś na lotnisku – dla ludzi typu „kołek w płocie”, umiłowanych w tarasowaniu przestrzeni. Zależność jest prosta: im mniejsza powierzchnia, typu: alejka w sklepie, korytarz, ruchome schody, tym bardziej na środku należy się ustawić i zacząć wykonywać szereg czynności, które są co prawda pozbawione  sensu, ale za to przynajmniej uniemożliwiają przejście wszystkim pozostałym. Dodatkowo istnieją różne frakcje tego Stowarzyszenia Ludzi Kochających Środek, na przykład ludzie zatrzymujący się na środku chodnika w sposób nagły, znani również jako amatorzy ludzkiego domino, ewentualnie Podgrupa Anarchistów Logicznego Wykorzystania Wektorów (w skrócie: PALWW), którzy wszędzie tam, gdzie należałoby się ładnie ustawić w ogonku, koniecznie muszą stanąć wszyscy obok siebie. 

No i na przykład kiedyś byłam w sklepie na lotnisku, a tam w małej, wąskiej alejce i przy okazji jedynym przejściu do kas, słuchajcie, akurat jakaś miła rodzina postanowiła rozbić sobie biwak. Znaczy – tak to totalnie wyglądało, jakby chcieli rozbić sobie biwak, bo oto stali na całej szerokości przejścia, jeszcze na wszelki wypadek wszystkie bagaże porozrzucali wokół siebie i nurkowali co chwilę w kolejnych walizkach, i bardzo głośno krzyczeli. No więc ja stoję, czekam. Myślę sobie – a nie będę oceniać. A może to było ich ogromne marzenie, żeby kiedyś na jakiś kamping pojechać, może oni całe życie marzyli o tym, by rozbić się w jakiejś miłej sklepowej uliczce, w bliskiej okolicy rajstop, mydła i zniżki na grzebień, i tam wieść swoje szczęśliwe, koczownicze życie?

Może oni od dwudziestu lat przeczesywali reklamy w gazetach, w poszukiwaniu tego jednego wymarzonego ogłoszenia, że: “pole namiotowe w sklepie z widokiem na ludzką frustrację”? “Wąsko, tłumnie, idealnie dla tych, którzy nienawidzą innych”?

No, dużo miałam w sobie zrozumienia, ale trochę się obawiałam, że pan pilot będzie miał go trochę mniej, więc jednak zaczęłam się troszkę denerwować, a wraz ze mną stado ludzi, którzy już zdążyli utworzyć kolejkę, więc ja po raz setny mówię tym miłym biwakującym ludziom na środku alejki, że „excuse me”, a potem również, że „przepraszam bardzo”, bo szybko okazało się, że to nikt inni jak nasi rodacy tak w tych torbach kopią jak labrador w liściach. A oni mówią, że już, już, jeszcze tylko chwila, tylko jedną rzecz muszą teraz znaleźć, i mówią to tak, że nie mam żadnych wątpliwości, że faktycznie chodzi o Rzecz Bardzo Ważną, najpewniej diament Culinnan albo żywych rozmiarów konia zrobionego z masła.

Pani szuka. Szuka na środku tego przejścia, wszyscy stoją, nikt nie może przejść, mijają kolejne minuty, wszyscy czekają aż pani w końcu znajdzie. Oto jest! JEST!!!!! – poinformowała triumfalnie całą swoją rodzinę, a także połowę Irlandii, która zdążyła się już za nią w tej kolejce ustawić, a następnie z czcią i namaszczeniem wyjęła z walizki tak długo poszukiwany przedmiot, który sparaliżował ruch całego lotniska i pobliskiej obwodnicy, zaprezentowała wszystkim zgromadzonym, oświadczyła rodzinie:

Uf, spakowaliśmy łyżkę cedzakową, a już tak się bałam!

Proszę pani, jak my wszyscy – powiedziałam cicho, ale nikt mnie nie usłyszał. Zagłuszył mnie głośny huk kamienia spadającego mi z serca. No bo weźcie sobie to w ogóle wyobraźcie, tę niezręczność, kiedy człowiek wyrusza na podbój ziem zagranicznych bez łyżki cedzakowej! podobno Napoleon nie spakował takiej pod Waterloo i wszyscy pamiętamy, jak to się skończyło. A w co jeszcze powinniśmy się uzbroić przed zagranicznym wojażem oprócz niezbędnych elementów drobnego sprzętu AGD? W radość, dobrą zabawę i języki obce. No słuchajcie, zwłaszcza w te ostatnie, bo okazuje się, że te mogą być bardzo przydatne w… ratowaniu życia. Naszego własnego i wszystkich okolicznych… psów.

Ludzie umiłowani w skrobii i rozróżnianie kolorów

Statystycznie rzecz ujmując, jeśli chodzi o podium popularności na językowej studniówce, to wciąż królem pozostaje język angielski, w którym mówi 1,5 miliarda ludzi na świecie (jak nie wiecie, ile to, to podpowiadam: bardzo dużo zer), następnie Chiński – 1,1 miliardów (wiedzieliście, że po Chińsku mówi się w 25 krajach?), a na trzecim miejscu – język Hindi. Te statystyki to tak przekazuję z obowiązku, bo wszyscy wiemy, że absolutnym szczupakiem językowych wód, drapieżnikiem będącym w stanie pokonać wszelkie zasieki blokad językowych, jest ten moment, gdy nasi Rodacy zagranicą mówią do obcokrajowca co prawda po polsku, ale za to głośno i powoli.

Więc skoro mamy powszechnie rozumiany w świecie język polski w odmianie głośno-wolnej, to nie do końca rozumiem, po co nam jakiekolwiek inne języki, ale jednak istnieją, dokładniej rzecz ujmując, to jest ich około 7000, choć niestety szacuje się, że do 2050 roku zostanie ich już o 3000 mniej.

Krajem, który może pochwalić się największą liczbą języków i dialektów na świecie jest Papua Nowa Gwinea, gdzie istnieje 800 indywidualnych języków, dajcie spokój, a myśleliście, że to Wy mieliście problem podczas wycieczki do Poznania w ’92 roku i do dziś nie wiecie, czy jak Wam wtedy zaoferowano pyrę, to chodziło o ziemniaka, czy przemoc fizyczną. 

Jakby co, to o ziemniaka. Myślę, że bezpiecznie możemy założyć, że o czymkolwiek mówi do Was Poznaniak, to chodzi o ziemniaka, bo powszechnie wiadomo, że ludzie w tej części kraju mają serce czule wyciosane ze skrobii i obierków. Mają więc pyry, niegdyś perki, jak również szereg określeń na dania okołoziemniakowe, na przykład szagówki, plyndze czy pyrczoki. I teraz to, że ich miłość do tego warzywa objawia się w języku, którego używają, to Wy nazwiecie obsesją warzyw gruntowych, ja zaś nazwę relatywizmem językowym. Prawo relatywizmu językowego, zwane również hipotezą Sapira-Wortha, stanowi nic innego, niż to, że język kształtuje rzeczywistość, wpływa na nasze myślenie. Ma dwie odmiany – “mocną” i “słabą”.

1. Mocna to determinizm językowy – zakłada, że język w którym się wychowujemy się, w którym myślimy i funkcjonujemy od dzieciństwa kształtuje to, jak postrzegamy rzeczywistość. Czyli język determinuje nasz sposób myślenia, a tym samym nasze zachowania.

2. Słaba to relatywizm językowy – stanowi, że język jest jednym z czynników, który może wpływać na postrzegania świata

Dla przykładu: wyobraźcie sobie, że macie karteczki w ośmiu podstawowych kolorach i pytacie badanych, by wskazali tę w wybranym przez Was kolorze – niebieską, zieloną, żółtą, czy jakąkolwiek inną. Mogłoby się wydawać, że bez względu na to, w jakim języku mówi osoba badana, to zadanie będzie dla każdego równie łatwe, wszak wszystkie kolory we wszystkich zakątkach świata wyglądają tak samo! Ale nie do końca.

Na przykład osoby mówiące w języku Zuni (to język plemienia Indian północnoamerykańskich, w którym mówi około 9500 ludzi) mają problem w odróżnianiu koloru pomarańczowego od żółtego, albowiem w ich języku istnieje tylko jedno słowo do określenia obu tych barw

Podobnie kolory zielony i niebieski będą niemal identyczne dla Japończyków, nie przez samo podobieństwo barwy czy jej nasycenia, ale dlatego, że na określenie obu tych kolorów mają tylko jedno słowo – aoi. Jedne z pierwszych eksperymentów na różne przykłady relatywizmu językowego były przeprowadzone przez Lenneberg i Roberts, i następnie Lenneberga i Browna w latach 50-tych. 

Najpewniej najbardziej znanym przykładem na to, w jaki sposób język i nasze postrzeganie świata plotą się ze sobą niczym najpiękniejszy, lingwistyczny wianek ze stokrotek jest ten, że Inuici[1] mają w swoim języku kilkaset określeń na śnieg.

Zresztą nie tylko oni – języki lapońskie (to te używane między innymi w Norwegii, Szwecji i Finlandii) zawierają co najmniej 180 słów powiązanych ze śniegiem bądź lodem oraz aż 300 różnych słów na określenie rodzajów śniegu, śladów na śniegu i otoczenia związanego z tym zjawiskiem fizycznym.

Dlaczego? Bo ich potrzebują do opisu swojego świata, w którym śnieg pełni bardzo ważną rolę. Bogactwo form językowych odzwierciedla bogactwo najbliższej im natury. Dla przykładu w dialekcie Nunaviku istnieją 53 określenia śniegu, w tym „matsaaruti”, oznaczający mokry śnieg, po którym łatwo ślizgają się sanie, czy „pukak” do opisania śniegu puchatego niczym wata cukrowa, o płatkach które wyglądają jak kryształki soli. Podobnie ludy paupaskie – często przenoszące się z miejsca na miejsce – mają w swoim języku bardzo wiele odpowiedników czasownika iść, natomiast Beduini – żyjący z krajach Arabii, Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – niezwykle szeroki katalog określeń na piasek.  


[1] Inuici to lud zamieszkający północne koło podbiegunowe, niegdyś nazywany Eskimosami. Obecnie słowo „Eskimos” uznane jest za obraźliwe ze względu na swoją etymologię – oznacza „zjadacza surowego mięsa”. 

To, gdzie żyjemy wpływa więc na nasz język, nasz język zaś na nasze postrzeganie rzeczywistości. I jest to rzecz absolutnie fascynująca, bo sprawia, że ludzie mówiący w różnych językach mogą inaczej postrzegać rzeczy, które wydają nam się uniwersalne, jednakowe dla wszystkich – na przykład postrzeganie czasu (na przykład Indianie Hopi w ogóle nie pojmują czasu w sposób linearny, bo w swoim języku nie mają określeń na czas przeszły, przyszły i teraźniejszy) czy przestrzeni. Ej, a mieliście  kiedyś tak, że niezwykle się śpieszyliście na wyprzedaż klusek w pobliskim barze mlecznym i by znaleźć najkrótszą drogę do ów skrobiowej jaskini, to zapuściliście GPS, a on Wam powiedział, że „kieruj się na północny wschód”?

No i potem to człowiek kompas wyciąga, mchu szuka, mierzy kąt padania promieni słonecznych, no generalnie robi z siebie totalnego człowieka-idiotę, próbując określić północ w samym środku miasta, no chyba że pochodzi z plemienia Kuuk Thaayore, to wtedy nie, wtedy to totalnie jest nawigatorem przestrzeni na miarę delfinów, psów myśliwskich, ewentualnie dzieci do lat trzech, gdy schowasz przed nimi ostatni kawałek szarlotki.

Albowiem członkinie i członkowie plemienia Kuuk Thaayore nie znają w ogóle kierunków typu: „prawy”, „lewy”, „przed czymś” czy „z tyłu”. Do określenia położenia i kierunku używają właśnie kierunków świata – dotyczy to zarówno miejsc geograficznych, budynków, ludzi czy przestrzeni. Kolega w robocie nie siedzi więc po ich lewej, a po zachodniej stronie. Kubek znajdziesz w południowej szufladzie. Obok tego drzewa na północnym-wschodzie widać wspaniałego borowika.

Ta cecha ich języka sprawia, że mają doskonały zmysł nawigacji, na miarę wielu zwierząt – gdy spytacie ich o dowolny kierunek świata, to bez problemu wskażą go palcem, choć większość osób z kultury zachodniej będzie miała problem z określeniem gdzie znajduje się na przykład północny-wschód, no zajmie nam to całkiem sporo czasu, zwłaszcza jak doliczymy do tego krótką przerwę na zjedzenie wszystkich własnych kartkówek z geografii.

A to że mówimy różnymi językami ma też inne skutki, nie tylko taki, że jak się umówimy z jakimś typem z Kuuk Thaayore na grzybobranie to nigdy się nie znajdziemy, bo my pójdziemy „na prawo i za krzakiem trochę w tył”, a on na południowy-wschód. Bo wiecie, że język, w którym mówimy może wpływać też na nasze… przekonania moralne?

Winny po polsku, niewinny po angielsku! 

Dokładniej rzecz ujmując to chodzi o to, że jeśli zaproponuje nam się działania niezgodne z naszymi przekonaniami, normami społecznymi lub prawem, to jesteśmy skłonni bardziej się na nie zgodzić, jeśli padną… w języku innym niż nasz ojczysty (o ile jest to język obcy dla nas zrozumiały). Badań które sprawdzały tę zależność jest całe mnóstwo, ale jedno z najdziwniejszych (ze względu na zastosowany przykład) jest to przeprowadzone przez Geipel i jego naukową drużynę, które z niewiadomego powodu z całego wachlarza zachowań naruszających normy społeczne postanowili wykorzystać przykład jedzenia własnego psa.

Dokładniej rzecz ujmując, to pytali badanych o to, czy byliby skłonni poświęcić własnego Azorka – z tym, że pytali o to albo w ich ojczystym języku, albo w języku obcym, w którym też byli biegli. Okazuje się, że badani chętniej deklarowali skłonność do podjęcia tak e… nieoczywistego wyboru żywieniowego w momencie, gdy proponowano im taki scenariusz w języku obcym, niż gdy w ich własnym.

Podobne wyniki osiągnęli naukowcy, którzy umiłowali trochę bardziej typowe przykłady – na przykład pytając, na ile osoba badana jest skłonna sprzedać samochód, przemilczając jego wady albo powiedzieć białe kłamstwo (to takie, kiedy mówimy komuś, że wcale nie widać tej plamy po kawie na jego bluzce, jednocześnie odrzucając kolejne połączenia od NASA, że „halo, w twoim pobliżu odnotowano kolejny obiekt widoczny z kosmosu!!!”). 

W tych badaniach mierzono dwie rzeczy: po pierwsze, czy przy zmianie języka jesteśmy mniej czy bardziej skłonni poprzeć zachowanie naruszające normy. Po drugie: na ile jesteśmy pewni swoich sądów moralnych. Okazuje się, że używanie języka obcego sprzyjało mniej surowym osądom moralnym i jednocześnie sprawiało, że badani byli ich mniej pewni. Ewentualne naruszenia norm były zaś oceniane łagodniej. Co więcej – badania kwestionariuszowe przeprowadzone wśród osób dwujęzycznych pokazują, że w obcym języku łatwiej nam się przeklina i łatwiej rozmawia o tematach wrażliwych czy tabu (co pokazują na przykład badania Jean-Marca Dewaele lub Anety Pavlenko z 2004 roku).

Wnioski są proste: to wszystko oznacza, że jak piszecie list do świętego Mikołaja, w którym przyznać się musicie do wszystkich niecnych uczynków mijającego roku, to najlepiej zrobić to w obcym języku, bo wtedy łatwiej Wam będzie naszkicować tamże swój portret moralny wyciosany z kryształowego kruszcu najwyższej jakości zachowań moralnych.

Te różnice między oceną tych samych sytuacji w zależnie od języka, w jakim są nam przedstawiane, tłumaczy się tym, że mówienie w obcym języku tworzy emocjonalny dystans między nami a sytuacją, który to dystans ułatwia podejmowanie trudnych moralnie decyzji. Ponadto norm społecznych uczymy się i ćwiczymy je najczęściej w naszym ojczystym języku, dlatego nasze sądy moralne i związane z nimi emocje aktywują się słabiej, gdy sytuacje moralnie niepewne słyszymy w obcym języku.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? No słuchajcie, po pierwsze, to może oznaczać, że jak nie możecie iść na angielski, bo Wam Azorek zjadł pracę domową, to może to wcale nie jest przypadek, MOŻE AZOREK WIE. Po drugie zaś: że warto uczyć się języków obcych chociażby po to, żeby następnym razem, gdy koleżanka stoczy nieudany bój z kawiarką i spyta nas, czy widać na jej odzieniu wierzchnim, że oto została pokonana przez espresso i grawitację, to odpowiedzieć jej: “Dieser Fleck auf deinem T-Shirt ist unsichtbar, es ist immer noch so weiß wie ein mit Mehl bedeckter Labradorwelpe”.

NIE MA ZA CO.

A słuchajcie, okazuje się, że całkiem sporo Polek i Polaków jest na tę okoliczność przygotowanych!

„Polacy nie gęsi…” – mówią po angielsku

Z badania Pracuj.pl przeprowadzonego w 2023 roku za pomocą kwestionariusza internetowego wynika, że aż 70% z 2044 badanych zna jeden język obcy w takim stopniu, który umożliwia komunikowanie się w nim w robocie. ¼ polskich pracowników zna dwa języki obce, a 5% – trzy. Istną Beatą Kozidrak tej językowej sceny koncertowej jest język angielski – 55% respondentów twierdzi, że zna go na poziomie co najmniej średniozaawansowanym. Rzadką rodzynką w tym językowym serniku są zaś języki takie jak arabski czy chiński, które zna jedynie 4% respondentów, bo znacznie milsze naszym synapsom są języki europejskie – głównie niemiecki (42% Polek i Polaków mówi w tym języku na poziomie co najmniej średniozaawansowanym), francuski i hiszpański (po 11%).

Co ciekawe, okazuje się, że język włoski ekscytuje nas nienachalnie (jego znajomość deklaruje 8% respondentów), co może wynikać ze znacznego ochłodzenia stosunków politycznych pomiędzy naszymi krajami, od czasu jak Romek na wakacjach w 1998 pojechał do Rzymu z własną puszką ananasów, by położyć je następnie na podanej mu marghericie.

Niemniej dobre wieści są takie, że języków obcych uczymy się wcale nie po to, by następnie szabrować normy społeczne i nadwyrężać poczucie moralnej równowagi, ale raczej po to, by zwiększyć swoje szanse na rynku pracy.  42% badanych postrzega znajomość języka obcego jako atut, który wpływa na wysokość wynagrodzenia (24% nie zgadza się z tym stwierdzeniem), 60% pracowników jest zdania, że to dzięki tej umiejętności otrzymali awans, a 52% – że to znajomość języka obcego pozwoliła im zmienić pracę na lepiej płatną. 

I… ciekawszą. Okazuje się bowiem, że coraz popularniejsze staje się u nas workation, czyli możliwość wykonywania pracy z różnych lokalizacji na świecie. 49% kandydatów chętniej aplikuje na ofertę pracy, jeśli firma umożliwia pracę zdalną z zagranicy. Najbardziej pożądanym kierunkiem jest Hiszpania (24% badanych chciałoby móc pracować z tego kraju), a na kolejnym miejscu są Włochy, oczywiście jeśli najpierw uda nam się nazbierać wystarczające ilości czerwonych i białych goździków na przeprosinowy bukiet wielkości Pałacu Kultury, ułożony w kształt kiełbasy chorizo.

A warto te goździki zbierać, bo 56% badanych twierdzi, że to łączenie pracy zdalnej i podróży daje najlepsze szanse na uniknięcie wypalenia zawodowego. Które to wypalenie, stan niezwykle silnego wyczerpania życiowego,  według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia dotknie  65% Polek i Polaków choć raz na przestrzeni życia. 

Jeśli więc łączenie pracy i podróży mogą mu zapobiec, to zdecydowanie warto spróbować. Jeśli nie po to, by zaimponować rodzinie przy następnej Wigilii znanymi sobie 480 określeniami na śnieg, to chociażby po to, by móc łapać ASAPy w trochę przyjemniejszej scenerii niż Ruda Śląska Chebzie. Na przykład w Barcelonie. Ewentualnie Neapolu, ale to dopiero od lipca, bo wtedy zaczyna się kwitnienie goździków.

***

Podobał Ci się ten rozdział? To wspaniale, bo mam dla Ciebie jeszcze 15 kolejnych. O tu:

Autorem zdjęcia głównego jest Grzegorz Gołębiowski.

***

Bibliografia

Athanasopoulos P., Damjanovic L., Krajciova A., Sasaki M. (2011). Representation of colour concepts in bilingual cognition: the case of Japanese blues. Biling 14, 9–17.

Brown, R. W., & Lenneberg, E. H. (1954). A study in language and cognition. The Journal of Abnormal and Social Psychology, 49(3), 454–462.

Day, R.S.(n.d.). Basic Cognition. Dostęp on-line: http://www.duke.edu/~ruthday/basiccog.html (dostęp 10.06.2023)

Dewaele, J. M. (2004). The emotional force of swearwords and taboo words in the speech of multilinguals. Journal of multilingual and multicultural development25(2-3), 204-222.

Franklin A., Drivonikou G. V., Clifford A., Kay P., Regier T., Davies I. R. (2008). Lateralization of categorical perception of color changes with color term acquisition. Proc. Natl. Acad. Sci. U.S.A. 105, 18221–18225. 

González-Perilli F., Rebollo I., Maiche A., Arévalo A. (2017). Blues in two different spanish-speaking populations.Front. Commun. 2,18.

He, H., Li, J., Xiao, Q., Jiang, S., Yang, Y., & Zhi, S. (2019). Language and color perception: Evidence from Mongolian and Chinese speakers. Frontiers in psychology10: 551.

Lenneberg, E.H. and Roberts, J.M. (1955) The Language of Experience: A Study in Methodology. Massachusetts Institute of Technology, Centre for International Studies, Cambridge.

Liu Q., Li H., Campos J. L., Teeter C., Tao W., Zhang Q., et al. (2010). Language suppression effects on the categorical perception of colour as evidenced through ERPs. Biol. Psychol. 85, 45–52. 

Pavlenko, A. (2008). Emotion and emotion-laden words in the bilingual lexicon. Bilingualism: Language and cognition11(2), 147-164.

Roberson D., Davies I. (2005). Free-sorting of colors across cultures: are there universal grounds for grouping? J. Cogn. Cult. 5, 349–386.

Robson, D. (2013). There really are 50 Eskimo words for ‘snow’. The Washington Post14. Dostępny on-line: https://static1.squarespace.com/static/58b47afb3e00be93576ade5f/t/5941990c2e69cfedd6c65f27/1497471244402/130114-wapo-eskimo-snow.pdf (dostęp 10.06.2023)


6 komentarzy

  1. Zuza

    19 czerwca 2023 o 22:26

    Czwarty krąg piekieł dla par, które tarasują przejście, kłócąc się o to, że jedno z nich odgrzało rybę w mikrofalówce w miejscu pracy.

    Odpowiedz
    • Janina

      20 czerwca 2023 o 08:57

      To jest totalne nadpiekło, Uber-piekło!!!

      Odpowiedz
  2. Maciej 2pfoto

    20 czerwca 2023 o 12:51

    Ciekawe jak Japońscy fotografowie opisują zdjęcie pary w jeansach na tle wiosennie zielonych liści i trawy.

    Odpowiedz
  3. Aga

    20 czerwca 2023 o 13:51

    Czyli na wyjazd należy zabrać ze sobą – goździki, łyżkę cedzakową i brak zasad moralnych w języku obcym – zapisane!

    Odpowiedz
    • Janina

      26 czerwca 2023 o 12:21

      Dokładnie tak! Już niedługo te porady znajdziesz w każdym folderze biura podróży!

      Odpowiedz
  4. Barbara

    6 lipca 2023 o 11:57

    Janino, dziękuję Ci za “Stowarzyszenie Ludzi Kochających Środek”! Gdy już wiem, że to jest organizacja, a nie jakiś chaotyczny i wyjątkowy brak empatii, będzie mi łatwiej ich mijać 🙂 Albo próbować ominąć. A jeszcze nienazwani są tacy, którzy stoją na środku drogi, patrząc w wyświetlacz komórki, i gdy już już masz ich wyminąć, to nagle ruszają w prawo albo w lewo… Najczęściej jednak, intuicyjnie, oscylują w twoją stronę 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *