Doktor Jamnik i ból niedostępnej szarlotki

Odwrotnie niż moi studenci, ja generalnie uważam, że czasem, gdy czasem czegoś nie wiemy, to nie należy zgadywać. Zwłaszcza jeśli na przykład pracujemy na recepcji u lekarza, no bo to ja tam ostatnio wchodzę, a pani na mój widok od razu krzyczy: „pani do dermatologa?” i to człowiek potem cały jest w strachu, co dokładnie wyrosło mu na tej twarzy w czasie tej krótkiej drogi z przystanku autobusowego. Inne zawody, w których warto powstrzymywać się od głośnego zgadywania: pilot samolotu, pracownik domu pogrzebowego, chirurg plastyczny.

Niemniej jak już ustaliłyśmy z tą miła panią z recepcji cel mojej wizyty i że ja nie potrzebuję dermatologa, otóż proszę pani, tak po prostu wygląda moja twarz, to następnie udałam się na oględziny do swojego najlepszego przyjaciela, którego na potrzeby tej i wszystkich przyszłych historii postanowiłam nazwać doktor Jamnik. Prawdą jest, że nasza przyjaźń została ostatnio lekko przetrącona surową pięścią rzeczywistości, co trochę wynikało z mojego szkalowania psów rasy jamnik, a trochę z jego decyzji jakoby pokłuć mnie nie jeden, nie dwa, ale pięć razy w ciągu jednego dnia (!!!!). A musicie wiedzieć, że jeśli ja do czegokolwiek jestem w życiu przywiązania, to właśnie do ciągłości skóry, w którą obleczoną jest Janina, i bardzo nie lubię, gdy mi się tą ciągłość narusza przyrządami o charakterze ostrym. No chyba, że jest się kotkiem i ma się słodkiego pycholka, to wtedy można, wiadomo.

Doktor Jamnik tym razem występował z kolegą, nie wiem dlaczego, najpewniej dlatego, że uznał, że jak on to wszystko ludziom opowie, to nikt mu nie uwierzy, więc wziął sobie świadka. No i ten miły lekarz pyta mnie, czy mnie cośtam boli, a ja mówię mu – zgodnie z prawdą – że „trochę boli, ale Matki Boskiej to nie wzywam”, na co on westchnął głęboko i poczuł się w obowiązku wyjaśnić koledze, że „ona zawsze tak ma”. A ten kolega mi na to zaproponował, że może by pani to określiła na skali od 0 do 10 albo na skali 0 do 5, jak mi wygodniej, wszystko to jedno, a potem usłyszeliśmy takie puk puk i wiecie co to było?  TO LEE CRONBACH PRZEWRACAŁ SIĘ W GROBIE!!!!!

No więc ja wyjaśniłam temu drugiemu panu całą koncepcje rzetelności testów i spójności wewnętrznej narzędzia, a jak mu już wyjaśniłam, to on sobie poszedł, mam nadzieję, że osobiście wsadzić się do więzienia w ramach pokuty.

– Więc chwilowo jesteśmy przy tym, że Matki Boskiej pani nie wzywa… – przypomniał mi nieśmiało doktor Jamnik

No otóż – powiedziałam. Bo wzywanie Matki Boskiej to taki wyższy wymiar bólu, taki znacznie bardziej zaawansowany niż ból typu: ała, który to rodzaj bólu tak człowieka gniecie w środku, ale bez elementów wokalnych, to jest taki ból typu: ból zęba, ból użądlenia przez szereszenia, ewentualnie jak ktoś jest wykładowcą akademickim to to jest to, co który odczuwamy za każdym razem, gdy sprawdzamy egzaminy. I z tej trójki to ja nie chcę wyrokować, który jest najgorszy, ale i tak wszyscy wiemy, że ten ostatni.

Niemniej omawiane przeze mnie wzywanie Matki Boskiej to jest wyższy poziom bólu, to jest odczucie okraszone odpowiednią dozą wokalizacji i kaskadą łez na policzkach, to jest bardzo konkretny rodzaj traumy, która przytrafia się na przykład wtedy, gdy człowiek nadepnie na klocka lego albo gdy zamówi szarlotkę w cukierni, a pani mówi, że już nie ma. Więc w tym kontekście to mnie owszem, boli, ale Matki Boskiej nie wzywam, więc możemy zoperacjonalizować to moje doznanie gdzieś pomiędzy użądleniem przez owada a brakiem szarlotki w cukierni, czy to wystarczająco odpowiada na pana pytanie?

– Znaczy ja wpisałem „umiarkowany” już pięć minut temu, teraz fejsa przeglądam.