Jak sobie urządzisz, to i tak się nie wyśpisz

Wpis powstał we współpracy z Domiporta.pl

Najgorzej to jest, gdy Sabina wprowadza się do nowego przybytku i mówi mężowi, że jezuchryste, Henryk, co ten pies tak piszczy?, a Henryk mówi, że nie wie, może wodołaz Zbyszek jest po prostu głodny, więc Sabina daje mu jeść, ale to nic nie pomaga, bo pies wciąż piszczy, a potem jest 10 lat później i wodołaz Zbyszek wciąż piszczy, i wtedy Henryk odkrywa, że to jednak nie pies, a drzwi od tarasu.

Wiecie, te takie małe rzeczy w świeżo zakupionym mieszkaniu, które suspensu totalnie uczyły się od Hitchcocka. Ja jestem bogata w takie doświadczenia niczym bigos w kiełbasę, nie mają przede mną tajemnic wszelkie mieszkaniowe sztuczki dekoracyjne typu smarowanie podłogi smalcem, że niby polerka. Nie mówiąc już o tym, że przez pięć lat nie mogłam korzystać z własnego balkonu, bo akurat zamieszkała tam rodzina gołębi i nie chciały się wyprowadzić, bo twierdziły, że mają kredyt hipoteczny na ten kawałek kafli.

Więc teraz uwaga, przedstawiam 3 podstawowe rzeczy, na które powinniście zwrócić uwagę, gdy wprowadzacie się do nowego mieszkania.

1. WINDA, KTÓRA NIENAWIDZI LUDZI

Winda. Przebiegłe urządzenie, które oprócz kilku guzików i mechanizmu, który pozwala jej jeździć łiiii do góry i łiiiii do dołu, posiada jeszcze wbudowaną funkcję nienawiści do ludzkości. Nie no, serio, bo pomyślcie sobie, jak to zawsze wygląda: wzywacie windę. Czas przyjazdu owej windy liczymy z następującego wzoru: jak bardzo jesteśmy spóźnieni (w minutach) podzielone przez (tu otwieramy nawias) stopień wypełnienia pęcherza mnożony przez poziom głodu (zamykamy nawias). Jak ktoś nie bardzo wie, jak skracać wzory, bo na lekcji matematyki akurat stał w kolejce po drożdżówkę, to ja skrócę ten wzór za Was i on wygląda tak, że im bardziej człowiekowi się śpieszy, tym wolniej winda jedzie. Skutek jest taki, że wzywasz tę windę w okolicach września, a potem musisz się tłumaczyć matce, czemu się spóźniłeś na Wigilię i nie zdążyłeś na sernik. Za karę przez cały wieczór musisz grać w bierki z kuzynem Rysiem i tłumaczyć wszystkim, że to co kapie ci do barszczu, to nie łzy, to deszcz.

2. ŚMIETNIK TYPU ALCATRAZ

Na początku to jeszcze człowiek ma nadzieję. Na początku to jeszcze wydaje ci się, że zwykły klucz wystarczy, ale szybko okazuje się, że osiedlowy śmietnik jest zdecydowanie najpilniej strzeżonym miejscem w tym kraju. By się do niego dostać musisz wpisać 28 cyfrowy kod oparty na perfekcyjnej kombinacji ciągu Fibonacciego i rozszerzenia liczby Pi, zrobić dwa filkołki w tył, a potem jeszcze zaśpiewać piosenkę. Oczywiście w pewnym momencie szlag cię trafi i w końcu postanowisz sforsować drzwi śmietnika niczym ranny jeleń, zapomniawszy że wszystko widzi stały monitoring osiedlowy w postaci pani Heli spod piątki. W ramach pokuty przez kolejne pięć lat musisz słuchać o problemach z pęcherzem jej jamnika Azorka.

3. NIEOCZEKIWANI LOKATORZY

Dwa dni po przeprowadzce orientujesz się, że oto tuż pod twoim balkonem mieszka pewien ekstrawertyczny opos, który wieczorami urządza grilla dla całej swojej rodziny i kumpli z wojska. By poradzić sobie z niechcianym lokatorem udajesz się z petycją na rajd po sąsiadach, ale wtedy okazuje się, że opos nazywa się Kazimierz, jest najlepszym przyjacielem całego bloku, a panu Henrykowi spod trójki to nawet będzie trzymał dziecko do chrztu.

Wiecie, wszyscy kiedyś mieliśmy takiego nieoczekiwanego lokatora – na przykład Wojtek to kiedyś aż w panikę wpadł, że zamieszkał u nas zwierz tajemny, który po nocy zawsze pochłaniał ostatnie ciasteczko i makaron z patelni, niemniej szybko się pogodził z jego obecnością, gdy okazało się, że zawsze grzecznie zmywa po sobie naczynia. No i jeszcze wtedy, gdy wyjaśniłam mu, że to się nazywa żona.

Niemniej jeśli ktoś właśnie sobie przypomniał, że to nie żona używa po kryjomu jego szczoteczki do zębów, no bo od ośmiu lat mieszka sam, to może się udać na portal Domiporta.pl, partnera dzisiejszego wpisu. Domiporta w ramach swojej akcji #Lepiejznajdźmieszkanie obiecuje obsypywać wszystkich pluszem jedynie doskonałych ofert mieszkaniowych, które nie wymagają rozwiązywania sudoku przy wynoszeniu śmieci i mają windy, które na ósme piętro wjeżdżają szybciej niż dokładka na niedzielnym obiedzie u babci.

Więc kto ma dość dzwonienia na io io io policję, że „halo?, proszę przyjechać, bo winda ukradła mi godność!!!!”, to idzie sobie na Domiporta, no chyba, że już nie musi, bo już dawno nie pamięta takiego mieszkaniowego piekła na ziemi, odkąd jego oposy spod tarasu wyprowadziły się na studia i teraz to nawet kartki na święta nie przyślą.