Telewizyjna chwila sławy i splendoru!!!

Ej, wiecie jak są takie sondy uliczne, że jakiś reporter czai się na ludzi niczym wąż w pomidorach i jak oni przechodzą, to on ich tak hyc, łapie, i zadaje im jakieś teoretycznie proste pytanie z wiedzy ogólnej, a oni odpowiadają źle i potem wszyscy się śmieją?

No, to ja się nigdy nie śmieję. Ja lubię myśleć, że jestem dość bystra, mama to zawsze powtarzała, że jestem najmądrzejszym króliczkiem na całym świecie, niemniej totalnie to sobie wyobrażam, jak ktoś mnie tak atakuje znienacka, z zaskoczenia, kiedy ja akurat trochę sobie myślę o obiedzie, a trochę śpiewam sobie w mózgu Beatę Kozidrak, i ktoś mnie o coś pyta, a ja wtedy odpowiadam coś oszałamiająco idiotycznego.

WTEM. DZIŚ. OTO NADESZŁA MOJA CHWILA SPLENDORU!!! Idę sobie spokojnie Marszałkowską, na śniadanie idę, więc wiecie, w głowie to mi już tylko gra, że jajka na bekonie, la la la, i nagle widzę, że biegnie do mnie pani z mikrofonem, pan z kamerą, oho, ja cała w stresie, cała się spięłam niczym traszka na kamieniu, cała się przygotowuję do tego telewizyjnego debiutu –

włosy przyczesałam, komórki mózgowe popieściłam, totalnie byłam gotowa na to, by oszołomić świat mediów tradycyjnych swoim intelektem i erudycyjną brawurą, a potem nonszalancko okrasić to szczyptą ciekawostek geopolitycznych, wyspecjalizowaną wiedzą ekspercką i krótkim nawiązaniem do historiozofii. No i pani biegnie, biegnie, wreszcie dobiegła. I przystaje, podtyka mi ten mikrofon, w końcu zadaje to jedno, kluczowe dla stanu świata, pytanie:

– A co pani dostała od mikołaja?

A ja odpowiedziałam:

– Nic.

Czyli to jednak prawda – życie nigdy nie daje nam więcej, niż jesteśmy w stanie unieść.