Pierwszy dzień powrotu do rzeczywistości po wakacjach jest jak zapinanie się w jeansy po kilkunastu dniach chodzenia w sukienkach – trochę niewygodnie, krępująco ruchy. A z każdą kolejną, przyziemną czynnością rzeczywistość przybliża się bardziej. Zalogować się do systemu faktur – przestrzeń zmniejszyła się o kilkadziesiąt centymetrów. Odebrać maile służbowe – jakby pół metra bliżej. Przeczytać żmudną umowę – znów ciaśniej.
Tymczasem przez ostatnie dwa tygodnie było zupełnie inaczej, jakby więcej powietrza i choć palącego skórę, czasem niemal wrzącego, to i tak oddychało się łatwiej. Również dlatego, że były to wakacje bez social mediów, jakichkolwiek internetowych relacji z mojej strony, doświadczania momentów bez logowania się do odpowiedniego portalu. A przez ten czas, kiedy byłam daleko – dosłownie, nie dosłownie – to wydarzyło się mnóstwo:
- Posprzątałam w głowie i znalazłam tam miejsce na jakieś milion pytań o świat, na które chciałabym poznać odpowiedź (na przykład: czy ktoś jeszcze w ogóle pisuje poematy trzynastozgłoskowcem?)
- Przeczytałam jedenaście książek (będę o każdej z nich opowiadać tutaj po kolei i powoli, jak landrynki rozpuszczane cierpliwie na języku)
- Opublikowałam jeden post, bo wydawał mi się ważny (nie był)
(czy to możliwe, że tak naprawdę nigdy nie jest?).
Okazało się więc, że gdy miałam rzeczywistość tylko tu-i-teraz i analogowo, kiedy nie dzieliłam jej z tysiącem par oczu, to dopiero wtedy należała prawdziwie do mojej osoby. O czym piszę w pełni zdając sobie sprawę z tej ironii, że oto celebrowałam rezygnację z czegoś, co wiele lat wcześniej sama sobie narzuciłam – i do czego wracam. Nie potrafię tego wyjaśnić (choć bardzo polecam), więc kto wie, może po prostu muszę kiedyś o tym napisać trzynastozgłoskowiec.