Z mówieniem po angielsku jest jak z jazdą na rowerze – niby spoko, ale czasem pod górkę. Na przykład u mnie: przez długi czas miałam poczucie, że mój angielski jest jak najpiękniej wyrośnięta bułeczka drożdżowa, nadziana dorodnymi idiomami jak najsłodszymi z rodzynek, i oblana lukrem gramatyki pięknej i precyzyjnej jak koronkowe serwety plecione przez motyle. Kiedyś to nawet się pomyliłam i źle wykręciłam numer, i zamiast do elektrowni, to dodzwoniłam się do królowej Elżbiety i ona tak się wzruszyła moją konstrukcją future perfect continuous, że w podzięce za tak piękne, intelektualne spotkanie, chciała mi oddać Walię, Szkocję i księcia Harry’ego.

giphy-13

I generalnie to istniała tylko jedna fałszywa nuta w tym moim przepięknym tangu z językiem Szekspira, i to byłby mój akcent. To oznacza mniej więcej tyle, że cała byłam, że heloł maj dijer frend weri najs tu mit ju, a gdy mnie kiedyś jakiś drwal usłyszał, jak pytam po angielsku o drogę, to natychmiast chciał mnie zatrudnić w swoim tartaku, żebym mu tam tym swoim akcentem drewno ciosała.

Mój pomysł na rozwiązanie tego problemu wydawał mi się być – jak wszystkie pomysły w moim życiu – brawurowy, z tym, że okazał się być – jak wszystkie pomysły w moim życiu – totalnie bez sensu. Dokładniej rzecz ujmując, to zawiódł w tym momencie, kiedy wymyśliłam sobie, że w celu wyszlifowania ostrych krawędzi moich angielskich głosek, udam się żyć wśród tubylców, co samo w sobie nie było takie głupie, ale skoro już chciałam zostać Czajkowskim angielskiej wymowy, to może niekoniecznie trzeba było wyjeżdżać do Szkocji.

Dla tych, którzy nigdy w Szkocji nie byli i obce im są meandry ichniejszego akcentu, to ja może podam przykład. Przykład jest taki, że pierwszego dnia swojego pobytu na pewnym szkockim uniwersytecie, wpłynęłam na niespokojną taflę językowego oceanu, a wpłynęłam tamże żaglowcem uzbrojonym w lata rzetelnej edukacji językowej, a żagle miał on zrobione z przepięknie zdanego certyfikatu językowego. No i ja ten certyfikat, te piąteczki w szkole, wiecie, i mój pierwszy dialog w kraju spódnic w kratę wyglądał tak, że miły pan Szkot spytał mnie, co studiuję, a ja mu powiedziałam, że z Polski.

Mhm, dokładnie tak było:

– What do you study?
– I am from Poland.

Dziękuję, dobranoc.

anigif_optimized-18397-1430310085-2

A jak już swój piękny polski akcent wytarzałam czule w panierce akcentu szkockiego, to pomyślelibyście, że nie może być gorzej, ale to nie jest prawda, bo potem udałam się do Irlandii. Musicie wiedzieć, że piękno akcentu irlandzkiego również jest dość dyskusyjne, to znaczy, że jakby irlandzki akcent był psem, to byłby jamnikiem zmieszanym z pudlem, czyli generalnie to niby spoko, ale szanujmy się. I tak właśnie, moi drodzy, doszliśmy do tego momentu, kiedy hybryda wszystkich akcentów sprawiła, że moi studenci w ogóle nie potrafili wykminić skąd pochodzę, aż w końcu nasłuchali się mnie na tyle, by dojść do jedynego słusznego wniosku, że wszystko wskazuje na to, że jestem z RPA. Tak po prawdzie, to nie byłam jakoś bardzo szczęśliwa z tego powodu i nawet poszłam się poskarżyć swojemu szefowi, że moi studenci myślą, że jestem z Afryki Południowej, a on jak to usłyszał, to uderzył się otwartą dłonią w czoło i powiedział, że wreszcie ktoś to wykminił, bo on przecież od dwóch lat się zastanawia, gdzie taki angielski słyszał. No co Wam powiem. Jaki kraj, taka Charlize Theron.

No i na przykład dzisiaj ja wkraczam na pedagogiczne salony nowego roku akademickiego, a tam zupełnie świeży narybek naszych uniwersyteckich sieci, więc gwar, radość i dobra zabawa, no bo oni jeszcze nie wiedzą. Uwaga, zaczynam. Ja i mój wierny, acz kulawy, kundel przy boku, a ten kulawy kundel to jest metafora mojego akcentu. No i ja sobie tak opowiadam o różnych rzeczach, i na przykład mówię, że musimy deduct something from something, patrzę na pierwszy rząd, a tam poruszenie, ewidentnie coś nie poszło, więc powtarzam, że deduct something from something, DEEEEE – DUUUUUCT, a człowiek z pierwszego rzędu patrzy na mnie oczami wielkimi jak bajgle, patrzy, w końcu nie wytrzymał i konspiracyjnym szeptem spytał kolegi:

– What did she say?
– I am not sure – mówi mu na to ten drugi –

…but I think something about a dead duck.

Wiadomo, najgorzej. Wszyscy tak mieliśmy. Ten moment, kiedy przychodzisz na zajęcia ze statystyki, a laska nawija o martwych kaczkach.

 ***

A teraz Wy się tak naczytaliście, statystyki czytelnictwa w kraju poszybowały w górę jak mój poziom cukru we krwi po wizycie u babci, a wszystko na marne, bo tak naprawdę wszystko, co trzeba wiedzieć o szkockim akcencie, zawarte jest w tym dramatycznym dziele kinematografii o dwóch Szkotach, co utknęli w windzie: