Generalnie to jako człowiek żyjący na tym łez padole okropnie długo, lat dwadzieścia siedem i dwa miesiące, mam przeczucie graniczące z pewnością, że ja już absolutnie wszystko w życiu widziałam. To poczucie dodatkowo wzmacnia fakt, że uczę statystyki, więc nieobce są mi gwałty na wszelkiej matematycznej materii i wszystkich możliwych prawach logiki. Nie mówiąc już o tym, że ja dużo latam Rajanerem, a umówmy się, że jak człowiek widział pięć kilogramów mielonki turystycznej zmieszczonej do buta, to już niewiele więcej go zdziwi. No chyba, że pracuje na uniwersytecie.

Było tak: poszłam do biurowej kuchni na przerwę, bo przez ostatnią godzinę zajęta byłam jedzeniem pół kilograma żelkowych misiów haribo, a je się ciężko gryzie, więc bardzo się zmęczyłam. Przy kuchennym stole siedzi kolega Jacob i wpatruje się z zachwytem z okno. Jacob jest widocznie oszołomiony tym, co widzi; palcem na coś pokazuje, krzyczy: Janja, Janja, look! i tyle jest w nim niedowierzania, i tyle zachwytu, że aż sama się nie mogę doczekać co za tym oknem zobaczę. Kucyki skaczące przez płonące obręcze? Stado małych szczeniaczków tarzających się w trawie? O! O! A może nasi studenci nazbierali stokrotek, upletli z nich ogromny wianek i ułożyli go w kształt wielkiego, kwiatowego serca z naszymi inicjałami w środku? Kochani studenci! Już niedługo egzaminy, więc bardzo mnie rozczula, że znaleźli chwilę by upleść dla mnie wianek. Ze łzami w oczach i wzruszeniem w sercu podchodzę więc do okna by zobaczyć, co wprawiło w takie zdumienie mojego irlandzkiego kolegę i patrzę, i widzę, i oczy zachodzą mi mgłą, serce tapla się w ciepłym jeziorze rozkoszy, na moich policzkach łzy żłobią wąwóz – pomnik mojego wzruszenia, bo za oknem widzę…

kolejkę studentów do biblioteki.

To wszystko dlatego, że u nas sesja egzaminacyjna. No dobrze, trochę Was oszukuję. W końcu jest połowa czerwca, więc to byłoby bez sensu, żeby moi studenci skończyli już rok akademicki. Tak naprawdę już od jakiegoś czasu oferuję Wam skrzętnie zanotowane historyjki retrospektywne, bo rok akademicki skończył się na początku kwietnia. Tak jest, irlandzki student uczy się dokładnie przez 24 tygodnie w roku, a właściwie to przez 22 tygodnie w roku, bo w środku każdego semestru ma jeszcze tygodniową przerwę, na wypadek jakby się zmęczył dręczeniem mojej osoby i ignorowaniem wszelkich zasad matematyki. A potem, jak już rok akademicki się skończy, to taki student ma miesiąc przerwy, a potem ma sesję. Jeśli myślicie, że to trochę przesada, to śpieszę Was uspokoić, że w Irlandii czasem ktoś pomyśli o zmianie tego stanu rzeczy, na przykład ostatnio pod naszymi oknami trwał protest przeciwko irlandzkiemu systemowi edukacji, który to protest gorący popieram, biorąc pod uwagę że część protestujących zrobiła błędy gramatyczne na swoich transparentach.

Czas przedsesyjny jest dla mnie ważny i poruszający nie tylko dlatego, że jestem wolna od targania ze sobą kaganka oświaty. Również dlatego, że to jest ten piękny, wzruszający moment, kiedy po całym roku pracy widzę, jak dużo w ciągu tego roku moi studenci się nauczyli i jak wiele rozumieją.

nic_nie_rozumiem

Tym samym w okresie przedsesyjnym studenci na mnie polują. Najczęściej w celu zadania jakiegoś ważnego statystycznego pytania. Wszędzie. Na korytarzu, w kawiarni, w ubikacji. Zawsze. Nie znam dnia ani godziny. Zachodzą mnie od tyłu bezszelestnie jak babcia polująca na miejsce w autobusie i dopadają gwałtownie jak człowiek-Polak ostatniego karpia w Lidlu.

Na przykład ostatnio – idę sobie korytarzem, człowiek szczęśliwy, człowiek zadowolony, kątem oka widzę: mój student idzie za mną. Przyśpieszam kroku. Nogi krótkie, ale determinacja silna, więc zyskuję trochę przewagi. Postanawiam, że przed wrogiem najlepiej się schować. Postanawiam, że najlepiej w krzakach. Przypominam sobie, że jesteśmy na uniwersytecie, więc dookoła nie ma krzaków. OK, ale jest winda. Winda to nawet lepiej niż krzak, bo ma stalowe drzwi. Przyśpieszam ku windzie. Student też przyśpieszył, więc przechodzę w lekki trucht. Oho, utrudnienie na drodze. Na samym środku korytarza akurat muzułmańscy studenci rozłożyli dywany i się modlą. Szybka analiza: co mówi komisja etyki na temat zasad ruchu drogowego w przypadku muzułmańskich studentów na drodze? Akurat tego zagadnienia nie pamiętam, ale zakładam, że mówi, że przez takich studentów nie należy przeskakiwać. Więc zwalniam, mijam studentów z godnością, obieram azymut na windę i biegnę, i biegnę, i wsiadam, i drzwi się zamykają, i zamykają, a wtedy mój student wtyka w nie głowę i mówi: Hello Janina, so nice to see you.

A potem mówi, że przez chwilę to myślał, że przed nim uciekam, a ja mówię, że nie uciekałam, po prostu sobie robiłam przebieżkę po kampusie, często tak robię, bo w zdrowym ciele zdrowy duch, a on pyta czy często też robię przebieżki na obcasach, a ja go pytam czy on jest studentem czy też detektywem, a on mówi, że przede wszystkim to on w tej chwili jest zagubionym człowiekiem, a ja mu mówię że w takim razie ma sześć pięter drogi na to, bym odpowiedziała mu na wszystkie pytania, ale ani piętro więcej, proszę bardzo, o czym chce porozmawiać – o regresji liniowej, logistycznej, wielorakiej, a on mówi, że nie, właściwie to o wódce.

No człowieku.

vodka

Pamiętacie moich bohaterskich studentów, którzy w ramach wolontariatu w krajach trzeciego świata, wybierali się do Polski poganiać lamy i ujeżdżać niedźwiedzie polarne? Kto nie pamięta, niech zajrzy do tego wpisu. Otóż tak, to był właśnie jeden z tych studentów i oto po raz kolejny przyszło mi udzielić im wsparcia z dziedziny edukacji międzykulturowej, i tym razem to się doskonale składało z tą tematyką, może być tak, że o wódce wiem wszystko. Może być tak, że z połączenia słów wódka i terminator na studiach miałam przezwisko: wódkorator.

OK, nie miałam. Ale żałuję.

Więc mówię mojemu studentowi, że to nie ma kłopotu, tematyka dla mnie w sam raz, ale on mówi, że nie, nie, tym to on się w ogóle nie przejmuje, jeśli chodzi o picie trunków wszelakich, to on dużo trenował w ciągu roku, oczywiście – dodaje natychmiast – w przerwach od intensywnej nauki statystyki, jedyne co go martwi, to to że czytał ostatnio, że w Polsce bardzo często wraz z kieliszkiem wódki ludzie jedzą martwe, surowe zwierzęta.

– Jedzą kogo czego co? – dopytuję uprzejmie, a on ponownie pyta, czy to prawda, że my jemy do wódki surowe, martwe zwierzęta, a ja mówię, że to raczej byłoby dość skomplikowane by jeść surowe, żywe zwierzęta, co nie zmienia faktu, że nie bardzo wiem o czym do mnie rozmawia. Mówię mu więc, że może być tak, że padł po prostu ofiarą wybornego żartu ze strony jakiegoś człowieka-Polaka i jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to niech pamięta, że słowo “kurwa” wcale nie znaczy po polsku “dzień dobry”, a on mówi, że akurat z tym “kurwa” to on się domyślił co to znaczy, po tym jak kiedyś w klasie potknęłam się o kabel i runęłam na podłogę, i wtedy powiedziałam bardzo dużo polskich słów, i bardzo dużo kurwa.

Nie, serio, czy ktoś już zbadał ten fenomen studenckiej pamięci, że w zakresie wszelkich definicji i wzorów to taki student prezentuje pamięć masła, a gdy człowiek ten raz jeden w życiu spadnie z piedestału poważnego i szanowanego nauczyciela, to studenci będą to pamiętać na zawsze, wieki wieków, amen? Tak czy siak, mówię, że ma rację, “kurwa” to rzeczywiście polski odpowiednik angielskiego “oh boy!”, niemniej nie mam pojęcia o co mu chodzi z tymi surowymi zwierzętami, a on mnie pyta czy ja wiem cokolwiek o swojej własnej kulturze, a ja mówię, że wygląda na to, że nie, ale bardzo bym się chciała nauczyć, to jest na przykład czy my jemy wszystkie zwierzęta na surowo czy też tylko niektóre, bo jak się nad tym zastanowić, to obstawiam, że logistycznie rzecz ujmując z takim koniem to byłoby ciężko, zdecydowanie najłatwiej jest złapać jakąś kurę przy drodze i zaciągnąć na surową ucztę w typowym, polskim domu. A on się pyta co my jesteśmy, zwierzęta?! Nie wiemy w tej Polsce co to jest obróbka cieplna?! You know, Janina – tłumaczy mi serdecznie – cooking, frying, baking

Dręczyły mnie te surowe zwierzęta, nie mówię, że nie. Człowiek już myśli, że wszystko w życiu przeżył, a tu się nagle okazuje, że nawet człowiekiem-Polakiem nie potrafi być właściwie. Wróciłam więc do biura i postanowiłam przedyskutować temat ze swoim kolegą z biurka obok, człowiekiem do szpiku kości irlandzkim, bo nie dość, że jest rudy, to jeszcze nosi kaszkiet. Niemniej kolega z biurka obok posiada również polską żonę, więc pytam go czy jego żona często je surowe zwierzęta, ale kolega z biurka obok akurat był bezużyteczny, bo powiedział, że on nie ma pojęcia co robi jego żona, bo od dłuższego czasu mają ciche dni, to znaczy od czasu jak kazała mu przez tydzień słuchać polskiego kandydata do Eurowizji.

I gdy już, już powoli godziłam się z tym, że nigdy nie poznam rozwiązania tej zagadki, wtedy dostałam od mojego studenckiego podróżnika maila. Mail wyglądał tak:

Hi Janina,
Raw animal attached.
Best wishes,
Tom

I załącznik:

2TATAR_wolowy_

Czyli jednak, jak zwierzęta.