W poniedziałek byłam superzła na męża, ale to tak okropnie zła, albowiem on się na mnie skrzywił przez sen (!!!), a potem jeszcze na mnie fuknął (!!!!). FUKNĄŁ!!!!!! Jakbym chciała, żeby na mnie fukano rano, to bym sobie z jenotem zamieszkała, nie z mężem. No więc byłam szalenie zła, ale jak wychodziłam do pracy, to Wojtek jeszcze spał, więc zostawiłam mu karteczkę. W sensie, że na tej karteczce to było napisane, że wzięłam klucz do skrzynki, ale oprócz tego, ŻEBY WIEDZIAŁ, to ja dodałam tam kropkę nienawiści.

No i teraz tak – trzy godziny minęło, a Wojtek mnie wciąż nie przeprosił. Powiem Wam, że przez chwilę, to ja byłam taka skołowana, w ogóle nie rozumiałam, co się dzieje, aż przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy to możliwe, że kropka nienawiści okazała się niewystarczająca, no ale jednak bądźmy poważni, to była superoczywista kropka nienawiści.

Po pięciu godzinach postanowiłam podjąć kolejną próbę poinformowania męża o swoim stanie ducha, więc zrobiłam to, co zrobiłby każdy dorosły i odpowiedzialny człowiek w mojej sytuacji, to jest napisałam status na fejsbuku. Totalnie zadziałało, Wojtuś mnie przeprosił. Co prawda nie miał pojęcia za co mnie przeprasza, no bo wtedy, kiedy to wszystko się wydarzyło, w sensie gdy na mnie fukał, to on akurat spał, ale i tak byłam całkiem zadowolona z takiego obrotu sprawy. Zwłaszcza, że gdy wróciłam do domu, to okazało się, że na przeprosiny dostałam…

kurę.

No, kurę. Kura przyszła do nas z całym ekwipunkiem, miała własną grzędę i jajka, a jej absolutnie największą zaletą było to, że była cała z czekolady. I wiecie, jak ja zobaczyłam, że ona jest cała z czekolady, to pomyślałam sobie, że a dobra, może wycofam ten pozew do sądu o ustanowienie opieki naprzemiennej nad naszym nintendo, ale to było zanim Wojtek wbił mi nóż w plecy, obrócił trzy razy, a potem rany przemył wodą utlenioną i posypał solą, to jest zanim on mi powiedział, że może ja bym tej kury nie jadła tak do świąt, bo pięknie będzie wyglądała w naszym koszyczku.

Do świąt! Wiecie, do tych świąt, co to są nie za kilka minut, nie za godzinę, ale za KILKA DNI. No psychopata.

Umiejętność niejedzenia czekoladowej kury natychmiast nazywa się w psychologii odraczaniem gratyfikacji, tak słyszałam, bo sama nie znam człowieka, bo jak cała ludzkość stała do tej odroczonej gratyfikacji w kolejce, to ja stałam w tej drugiej, gdzie można było sprzedać duszę za lizaka. W pierwsze dziesięć minut, gdy Wojtek poszedł odebrać telefon, zjadłam wszystkie jajka, bo założyłam, że one są takie niewielkie, że mój mąż i tak nie zauważy ich braku. W tym momencie chciałam wyrazić nadzieję, że podobną niepamięć do rzeczy niewielkich Wojtek wykaże, gdy kiedyś przyjdzie mi przez przypadek zostawić własne dzieci w parku, bo akurat pobiegnę za samochodem do sprzedaży lodów. Czekoladową grzędę zjadłam, korzystając z tego, że mój mąż był akurat zajęty robieniem sobie zdjęć z koniem w grze. Najgorzej jednak było z tą kurą.

Ta kura tak stała na tym stoliku, cała z czekolady, i jak ona tak stała, a ja sobie myślałam, że o nie, kuro, ty mnie nie prowokuj, ja jestem dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem, ja jestem meduzą samokontroli, ja składam się w 98 procentach z silnej woli i w 2 procentach z hartu ducha, ja jestem niepomna twoich czekoladowych uroków, w ogóle cię nie zjem.

Znaczy – nie jak mąż jest w domu, poczekam aż wyjdzie.

Wojek wraca. Szuka kury. Im bardziej on szuka tej kury, tym bardziej ja się staram na niego nie patrzeć. Ale ja jestem człowiekiem miękkim jak masło, ja w końcu nie wytrzymuję presji, zjadłam ją – krzyczę – zjadłam twoją kurę!!!

– Zjadłaś…? – mówi na to Wojtek smutno, ale to tak naprawdę smutno, w tych jego uczuciach nie ma nic udawanego, czysty kryształ emocji

– Zjadłaś…? – powtarza z niedowierzaniem – …Julitę?!

No Kitku, nie wiedziałam, że sprawy między wami zaszły już tak daleko.

***

Wpis dedykuję kurze Julicie (2017-2017) [‘] [‘] [‘]