Całkująca zebra i dlaczego warto uczyć dzieci, że logarytm to nie jest gatunek muzyczny

Wpis powstał we współpracy z mBankiem i promuje serię darmowych e-booków do poznawania matematyki, które zostały wydane przez mFundację

Wyobrażam to sobie tak: Francis Galton, kuzyn Charlesa Darwina, skończył tamtego dnia pracę nad swoim autorskim gwizdkiem dla psów, zmęczył się, siedzi. Siedzi, nic nie robi, trochę padaka, poszedł więc do mamy poskarżyć się, że mu się nudzi, a mama mu na to powiedziała, że inteligentni ludzie się nie nudzą, to stwierdził, że no dobra, to w takim razie pójdzie sobie teraz poodkrywać regresje statystyczną. No i poszedł, i odkrył, czyli dzień jak co dzień, typowy wtorek. I wiecie, ja bardzo lubię tę historię, bo weźcie to sobie wyobraźcie, że siedzicie sobie na niedzielnym obiedzie i jeden typ pyta o pochodzenie gatunków, drugi o regresję do średniej, a jedyne pytanie, które Wam się nasuwa, to czy ktoś mógłby podać masło.

Niemniej powinniśmy być wdzięczni Galtonowi, bo oprócz tego gwizdka dla psów, to on zainteresował się jeszcze innym ważnym tematem, to jest zaczął stawiać pytania o niektóre nasze umiejętności i ich genezę – „nature versus nurture” – zastanawiał się – natura czy wychowanie?

I to jest ważne pytanie również w kontekście czegoś, co po angielsku nazywane jest number sense, a po polsku nie znalazłam dokładnego tłumaczenia tego terminu, zadowolimy się więc tłumaczeniem janinowym, number sense, czyli takie drygi do matematygi.

O rany, ale się rozbawiłam własnym żartem. Dam Wam pięć minut żebyście się wszyscy przestali turlać po panelach ze śmiechu. A wiecie skąd będziecie wiedzieć, że pięć minut minęło?

Otóż odpowiadam: bo będziecie umieli to policzyć, a to za sprawą naszego nowopoznanego kolegi Number sense, które to pojęcie oznacza nasze intelektualne możliwości do liczenia i szacowania.

Bo ja wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma w sobie głębokie przekonanie, że się do matematyki nie nadaje, deltoid to miasto w Ameryce, a jeśli chodzi o umiejętność liczenia procentów to zatrzymał się na poziomie liczenia browarów przy kasie w Żabsonie, ale ja jestem ostatnią osobą, która czemuś takiemu przyklaśnie i żadnej foki też do tego nie namówię, bo pamiętajcie, że ja jestem tym człowiekiem, który twierdzi, że nie ma głąbów matematycznych, są tylko źli nauczyciele.

Zresztą nie musicie mi wierzyć na słowo, oto jest ktoś, kto postanowił to sprawdzić.

Bo słuchajcie, gdy zastanawiamy się w nauce, czy jakaś umiejętność jest nam zapisana w genach, czy też raczej jest wytworem społeczeństwa i kultury (owo słynne Galtonowskie „nature versus nurture”, natura czy wychowanie), to bardzo często przyglądamy się wtedy dwóm grupom badanych: po pierwsze, zwierzątkom. To pozwala nam sprawdzić, czy dana umiejętność występuje u innych gatunków niż człowiek, a także czy jest niezależna od języka. Po drugie, dzieciom. Dzieciom to w ogóle fajnie się przyglądać, bo one są takie obłe i mają oczy nieproporcjonalnie duże do reszty ciała, czyli trochę takie misie koala, a trochę foki. Niemniej w tym wypadku przyglądamy im się, by sprawdzić, czy dana zdolność występuje u najmłodszych, czyli tych, którzy jeszcze nie mieli możliwości potaplać się zbyt długo w tej sadzawce konwenansów społecznych. I wygląda to tak, że bierzemy sobie jakąś zebrę i jakiegoś Kazia z grupy „borowików” pobliskiego przedszkola, dajemy im całkę do rozwiązania i mierzymy im czas. Choć w takim wypadku należy wziąć pod uwagę, że będziemy go najpewniej mierzyć w latach.

Jeśli jednak nie żyjecie w zgodzie z kalendarzem azteckim jak ja, to być może niekoniecznie macie czas, by czekać, aż osoby badane (mam tu na myśli niemowlaki, nie zebry) pójdą na studia. Dlatego też w pewnym momencie postanowiono przyjrzeć się sprawie z trochę innej perspektywy –

w 2014 roku Maria Grazia Tosto i jej badawcza drużyna przeprowadzili badanie na 837 parach bliźniaków jednojajowych i 1422 parach bliźniaków dwujajowych. Celem tych badań było zmierzenie czegoś, co nazywamy „odziedziczalnością” (ang. Heritability) – jest to proporcja wariacji w jakiejś funkcji czy umiejętności, która może zostać wyjaśniona poprzez wariacje w DNA.

Uwaga, ważne: jest to statystyka opisowa, specyficzna dla konkretnego wieku i populacji, w tym wypadku brytyjskich dzieci w wieku 16 lat. Niemniej nawet jeśli dla polskich dzieci konkretny odsetek odziedziczalności byłby różny, to i z brytyjskiego przykładu możemy się czegoś nauczyć. Albowiem słuchajcie, mam dobre wiadomości dla nauczycieli, złe dla wszystkich tych, którzy lubią spędzać lekcje matematyki w szkolnym sklepiku, bo uważają, że porównywanie objętości dwóch drożdżówek to jedyne, do czego się nadają.

Okazał się bowiem, że odziedziczalność tych intelektualnych umiejętności liczenia wynosi… 32%*, yay!!!

*i nie było żadnych różnic między płciami!

Mówię „yay”, które okraszyłam dodatkowo słodką kruszonką trzech wykrzykników, albowiem wiecie, to oznacza, że jeszcze mamy 68% do zagospodarowania, wszyscy możemy się tego liczenia nauczyć. I ja generalnie uważam, że wszyscy powinniśmy. Co więcej – powinniśmy zacząć zaprzyjaźniać się z liczbami i przytulać mentalnie do graniastosłupów od najmłodszych lat, kiedy jeszcze na niczyjej drodze nie staną nudne definicje, straszące kartkówki i być może osoby, które będą nam wmawiały, że się do tego nie nadajemy.

I właśnie dlatego chciałam Wam przedstawić stronę „m jak matematyka”, którą to nazwę łatwo pomylić z „M jak miłość”, czyli wszystko się zgadza, bo matematyka to miłość.

W ramach tego projektu mFundacja wydała aż trzy darmowe książki – „Dziecinnie prosta matematyka” (dla rodziców i opiekunów dzieci w wieku od urodzenia do 6 lat), „Matematyka jest wszędzie” (dzieci 6-12 lat) oraz propozycja scenariuszy lekcji matematyki dla nauczycieli. Do tej pory rozdystrybuowano je w niemal 200 000 egzemplarzy (wersje papierowe i e-booki), a akcja wciąż trwa, bo wersje elektroniczne wszystkich książek możecie pobrać na stronie www.mjakmatematyka.pl

Zupełnie za darmo! A jeśli uważaliście na lekcjach matematyki to wiecie, że „za darmo” to całkiem niedużo. Na przykład znacznie mniej niż „nie za darmo”.

Pierwsza książka, „Matematyka jest wszędzie” to żadne tam wzory ze znaczkami, których nikt nie rozumie i nie wie nawet jak je zapisać na komputerze, więc musi je non-stop kopiować w Wikipedii. Nie znajdziecie tam też definicji czy teoretycznych rozważań, bo nie o to chodzi – graliście kiedyś w grę „Gdzie jest Wally?”, w której szukało się na obrazkach miłego człowieka w okularach i pasiastym ubranku? To w tej książce rolę Wally’ego odgrywa matematyka, a szukamy jej wszędzie – w sklepie, na spacerze, na wakacjach, no i w kuchni. Zresztą w kuchni to znajdziecie nie tylko matematykę, najczęściej również mnie.

Książka „Dziecinnie prosta matematyka” jest zaś takim dziobakiem edukacyjnego świata – nie znajdziecie takiej publikacji nigdzie indziej, tylko w jednym konkretnym miejscu. Bo formuła jest zupełnie innowacyjna – znajdziecie tam rozdziały podzielone według wieku dziecka, a w ich ramach wypowiedź psychologa o danym etapie rozwojowym, a także zestaw zabaw do przeprowadzenia w domu. Wszystkie te przykłady i eksperymenty zaznajamiają mikroludzi z kluczowymi umiejętnościami takimi jak rachowanie, myślenie przyczynowo-skutkowe czy geometria.

No i trzeci e-book o dość mylącym tytule, który stanowi: „Wielcy polscy matematycy znani i nieznani. Scenariusze lekcji matematyki i nie tylko”. No ja bardzo przepraszam, ale ja czytałam tę publikację wielokrotnie i nie znalazłam tam swojego nazwiska wśród tych wielkich matematyków, co uważam za ogromne niedopatrzenie, bo nawet jeśli mam jedynie 165cm wzrostu to to nie jest powód, żeby mnie szykanować. Oprócz tego kardynalnego błędu e-book jest wspaniały, bo znajdziecie tam scenariusze lekcji, które pokażą dzieciom, że nauka jest wspaniała – głównie matematyka, ale nie tylko. I to jest doskonałe, bo totalnie widzę, jak po zrealizowaniu tych lekcji, które są jedna wielką intelektualną przygodą, dzieci gromadnie zaczną pisać w zeszytach ćwiczeń (tam w tych miejscach, gdzie pada pytanie kim będziesz w przyszłości), że jednak nie lekarz, nie strażak, one chcą w przyszłości zostać Marie Skłodowską-Curie. I TAK TRZEBA ŻYĆ!!!

Fajne to publikacje i fajna akcja, bo trochę udowadnia, że matematyka może być dla dzieci takim kucykiem przedmiotów szkolnych, którego chce się pogłaskać i ukochać, i chce się z nim zaprzyjaźnić. Te książki to takie kompleksowe matematyczne zaopiekowania się dziećmi, przytulenie ich w synapsy i to w taki sposób, że głównie jest radość, radość i jeszcze raz dobra zabawa.

A to jeszcze nie wszystko! Pierwsza dobra wiadomość: są obrazki (!). Druga dobra wiadomość: wśród proponowanych zabaw jest również zabawa w cukiernię (!!). Trzecia dobra wiadomość: mówiłam już o radości i dobrej zabawie?

Niemniej nie będę ukrywać – oczywiście, że ta publikacja nie jest pozbawiona wad. Główną z nich jest ta, że gdy Wasze dzieci nauczą się rachować, to skończy się oszukiwanie ich na pieniądze z Komunii.

Więcej o mFundacji przeczytacie tutaj: KLIKU KLIKU. Fajna jest to rzecz – taki to jest trochę pluszowy plaster na wszystkie rany zadane nam niegdyś przez naukę matematyki w szkole, i trochę też taki przytulas dla samej matematyki, zapewnienie, że jednak jest tam ktoś, kto ją kocha, że wcale nie jest takim najsmutniejszym chłopcem na tym dansingu dyscyplin naukowych i przedmiotów szkolnych.

mFundacja prowadzi działania skierowane do uczniów, nauczycieli i środowisk akademickich, i wspiera nauczanie matematyki na każdym etapie edukacji.

I ja uważam, że to są szalenie ważne działania – po to, byśmy wszyscy stawali się mądrzejsi. I po to, żeby nigdy już nikt nie próbował zabić żadnej Janiny poprzez opowiadanie w telewizji, że “Jest 50% szans na deszcz w sobotę i 50% szans na deszcz w niedzielę, mamy więc stuprocentową pewność, że w weekend będzie padało”. I ja, gdy to słyszę, to jestem tym psem: