Co czytać, gdy już skończą się nam w chałupie okonie i Xanax [5 KSIĄŻEK, KTÓRE POLECAM]

Izolacja dzień 1094204803240290403290423402394020423. Naród polski pogrąża się w chaosie, a przynajmniej we wzajemnej agresji, wie to każdy, kto ostatnio walczył w Żabsonie o ostatniego banana, ewentualnie był w internecie. No, internet mnie ostatnio bardzo stresuje, większość dyskusji, w których muszę brać udział, to nie moje walki. A wiecie, to okładanie się po cybernetycznych pyskach surowym okoniem nie byłoby nawet takie złe, gdyby nie to, że w owym internecie pracuję. Bywają takie dni i takie dyskusje, że nie pojawiam się tam bez Xanaxu, a ta benzodiazepinka uzależnia, więc niedługo skończy się rumakowanie, zostały mi trzy tabletki, czyli środa, czwartek, piątek, może być tak, że w sobotę wyrzucę router za okno. No i właśnie dlatego coraz częściej przechodzę w stan analogowy, a nie ma doskonalszego sposobu, by go celebrować niż przy dobrej książce, oto zapraszam Was na kolejny ekstremalnie subiektywny wpis o ludziach, którzy ładnie składają zdania. Czyli co czytać, kiedy już skończą Wam się w chałupie okonie i Xanax. Pięć tytułów, tym razem dobrane bez żadnego klucza (oprócz tego, że były to lektury dobre). No, dziś wymieszałam gatunki jak sałatkę jarzynową, taki ze mnie hipis.

1. „Robin. Biografia Robina Williamsa”, Dave Itzkoff, tłum. Maciej Studencki

Nie lubię biografii. To znaczy – takie mam w sobie głębokie przekonanie, w księgarniach zawsze krążę obok nich jak labrador dookoła martwego zająca w lesie, z tym że znacznie mniejszym entuzjazmem niż te psy o trójkątnych uszkach. Nie wiem, może to dlatego, że kojarzą mi się z tymi takimi notkami biograficznymi ze szkolnych podręczników, że Mieszko I, urodzony w roku 922, jak kiedyś poszedł w elo melo z Dobrawą, to następnego dnia obudził się chrześcijaniniem. Zmarł w 992 roku, niestety w sposób znacznie mniej spektakularny niż taki na przykład Bolesław, syn Kazimierza II Sprawiedliwego, który zginął przygnieciony drzewem, które sam podcinał, Jezu, jaki wstyd w kronikach. No, tak mi się te książki kojarzą, niemniej była jedna biografia, którą od początku bardzo chciałam przeczytać, człowieka o którego życiu prywatnym wiedziałam niewiele, a o śmierci niestety znacznie więcej. Robin Williams, aktor który umarł ze śmiechu.

To jest ważna historia, nie tylko o tym doskonałym aktorze, ale o wszystkich, którzy zarabiają na cudzym głośnym śmiechu, a po odegraniu kolejnych przedstawień zostają sami z ciszą.

Jak zaczęłam, to nie mogłam przestać tej książki czytać, choć przecież wiedziałam, że im szybciej przerzucam strony, tym szybciej dotrę do znanego nam zakończenia. Polecam każdemu, nie trzeba być miłośnikiem Robina Williamsa, by docenić to życie i tę książkę.

Książkę kupicie na przykład tu: KLIKU KLIKU

(nie zarabiam na Waszych kliknięciach w jakiekolwiek linki z tego wpisu, po prostu chcę Wam ułatwić zadanie ewentualnego zakupu, jako królowa naszego Stowarzyszenia Leniwych Buł)

2.  „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”, Michał Jędryka

Jestem dziewczyną o serduszku z węgla czule wyciosanym dzieciństwem na Śląsku. Łączy mnie z tą przestrzenią nostalgia fikołków na trzepaku i taniego wina pitego nad najbrudniejszą rzeką świata, ale nie, nie lubię tych krajobrazów – budynków otynkowanych smogiem, chodników i ścian popękanych górniczymi tąpnięciami, zbiorów cegieł (niegdyś kamienic), które już dawno powinny być zburzone, ale gdzieś pomiędzy wybiciem szyb i zaklinowaniem drzwi ktoś o nich zapomniał. No ale – nostalgia to potężne uczucie, więc mimo wszystko lubię tam wracać i lubię o tym miejscu czytać, mimo iż rzadko kiedy są to dobre historie.

 „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” Michała Jędryka to książka, która przypomina, a większości z nas pewnie przedstawia po raz pierwszy, tę historię Śląska lat 70., kiedy nagle okazało się, że dwie klasy szkolne trzeba połączyć w jedną, bo połowa uczniów z niewiadomych powodów zniknęła z domów i z listy obecności.

To prawdziwa historia Jolanty Król, Profesor Hager-Małeckej i Wiesi Wilczek, lekarek i pielęgniarki, które jako pierwsze rozpoznały u katowickich dzieci mieszkających w okolicy huty rzadką i groźną chorobę: ołowicę. A potem postanowiły tę epidemię powstrzymać. A to – przypominam – lata 70, wtedy liczyły się zupełnie inne statystyki niż te dotyczące chorób, upośledzeń i zgonów.

Niektórzy mówią o tych wydarzeniach jako o „polskim Czarnobylu”, niemniej tak naprawdę rzadko kiedy ktokolwiek o nich wspomina. Dobrze, że Michał Jędryka tak. To bardzo dobra książka o bardzo ważnych i bardzo przemilczanych wydarzeniach. Myślę, że najwyższy czas o nich przypomnieć, zwłaszcza że ta historia – co autor również doskonale uchwycił – wciąż ma swój ciąg dalszy, jeszcze trwa.

Książkę kupicie na przykład tu: KLIKU KLIKU

3. „Kwestia ceny”, Zygmunt Miłoszewski

A czasem bywam taka szalona i lubię czytać o czymś innym niż choroby, samobójstwa i przemoc. Czasem nawet nachodzi mnie myśl, że powinnam to robić znacznie częściej, ale to nie moja wina, że kocham reportaże, a stosunkowo niewiele z nich jest o jednorożcach szydełkujących piżamy dla bezdomnych kotów. W każdym razie – wszyscy wiemy jak jest w trakcie izolacji; większość z nas leży krzyżem na balkonie, obstawiliśmy się doniczkami i parawanami zrobionymi z dwóch zasłon i starego parasola, a wszystkim domownikom tłumaczymy, że nie, nie możemy wynieść śmieci, bo jesteśmy właśnie na Costa Del Balkon, a ta paproć zwyczajna udaje nam baobab.

Więc jeśli na owych balkonowych wakacjach mielibyście przeczytać tylko jedną książkę, to to powinna być najnowsza książka Zygmunta Miłoszewskiego, bo tam jest jak w monopolowym – tam wszystko jest pyszne.

Jest przygoda, radość i dobra zabawa, czyli trochę jak na zielonej szkole we Władysławowie, tylko lepiej, bo bez kontroli czystości i konieczności oglądania swoich kolegów z miotłą na głowie, udających Nicka z Backstreet boys podczas Mini playback show.  I jest też wiele bardzo trafnych i cały czas swędzących mnie w mózg pytań o istotę nauki, czyli to trochę tak, jakby ktoś mnie bardzo mocno przytulił w me akademickie serduszko.

Wśród powieści przygodowych ta jawi się jak najwspanialej wysmażony kotlet z firmowej stołówki i to jeszcze taki, do którego dodają kompot w gratisie. Będą państwo zadowoleni, gwarantuję. W sumie nie musicie mi wierzyć na słowo, zawsze możecie posłuchać samego autora, który niedawno wyznał mi – cytuję – że chciałby „żeby ta książka robiła czytelnikowi w głowie ihaaaaa!”. Proszę państwa – oto właśnie Zygmunt Miłoszewski, człowiek słowa, czechosłowacki koń zimnokrwisty literatury.

Książkę kupicie na przykład tu: KLIKU KLIKU

4. „Statystycznie rzecz biorąc. Czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla”, Janina Bąk

(bardzo mi przykro, to nigdy nie przestanie mnie bawić)

fot. Arkadiusz Wołek

 

Wszyscy wiemy jak jest – człowiek wstaje rano, słoneczko czule gilgocze go piętach, Kitku rozkosznie drze ryja na melodię „Rzeki marzeń” i niby wszystko jest spoko, niby wszystko w porządku, ale jednak jest coś, co człowieka w takiej sytuacji dręczy i to jest odpowiedź na immanentne dla ludzkości pytanie, to jest: na urodziny lepiej kupić czekoladki czy kokainę?

No i cyk, już nie musicie się nad tym zastanawiać! Zupełnie anonimowa i nieznana mi autorka napisała książkę, której wcale nie chciałam kupić, ale wtedy natrafiłam na niesamowicie wysublimowaną akcję promocyjną tego produktu i tam mi powiedziano, że KUP JĄ!!!, no to kupiłam i Wy też musicie kupić, bo jak nie kupicie, to tak książka nie będzie kupiona i wtedy to ja nie wiem, co będzie, niczego nie będzie.

A tylko teraz w Empikach stacjonarnych i on-line „Statystycznie rzecz biorąc” kosztuje 20zł, pffffff, dajcie spokój, toż to interes życia, bo niby zapłacicie za nią dwie dyszki, a przecież tak naprawdę ten żart o bażancie, który w niej znajdziecie, to jest zupełnie bezcenny.

Oto jest książka, z której można się dowiedzieć, czy jak wsadzicie głowę do piekarnika, a nogi do lodówki, to będzie Wam w sam raz? czy 117% Polaków może się mylić? A także – skąd wiemy, że owca rozpoznałaby na ulicy prezydenta?

To ostatnie zdradzam zresztą podczas czytania fragmentów tego rozdziału, o tu:

Tutaj KUPICIE  JĄ za ledwie dwie dyszki: KLIKU KLIKU

(to może być ten jeden jedyny link, za który jednak dostaję jakiś pieniądz).

5. „Każdego szkoda”, Julia Oleś

Bardziej od książek wydanych w self-publishingu boję się tylko książek wydanych w self-publishingu przez moich znajomych. Nie zrozumcie mnie źle – wiem, że opieka wydawnictwa nie zawsze wiąże się z naklejką „dzielny autor” gwarantującą jakość. Niemniej takim książkom ufam trochę bardziej, bo wraz z samowydającymi się współczesnymi Dostojewskimi czy coś, są też przecież książki, które no… które powodują, że ja potem przez trzy lata nie odbieram od kogoś telefonów i udaję martwą, bo nie mam odwagi, żeby mu powiedzieć, co naprawdę myślę o jego książce i jak ją oceniam, no po prostu nie zostałam stworzona do kopania małych kaczuszek, nawet gdy są metaforyczne.

Szczęśliwie wiedziałam, że Julia Oleś umie pisać, jej literki znam od wielu, wielu lat. Poza tym wraz ze swoją książką przesłała mi Prosecco, cóż za geniusz marketingu, nawet jeśli okazałoby się, że jest to lektura słaba, to pod koniec byłabym już na takiej bani, że następnego dnia bym totalnie nie pamiętała, że ta książka jest zła.

Potrzebowałam tej lektury. Potrzebowałam jej jako ktoś, kto od dziesięciu lat jest zakochany w tym samym mężczyźnie, słodkim tak, że jest kwestią czasu, kiedy producenci zabawek zaczną szyć pluszaki na jego wzór.

I przecież wiem, gdzieś tam słyszałam, czasem mignęło mi w gazetach, że bywa też inna rzeczywistość i inne historie, takie które kompletnie nie mieszczą się w moim rozumieniu, ale wiem, że się zdarzają i wiem, że to ważne, żeby o nich mówić. Gdzie jest przemoc fizyczna, psychiczna i emocjonalna, niemożność odejścia, a wszystko to liczone w latach i kolejnych traumach. Nie byłam nigdy w przemocowym związku. Nikt nie powinien być. Dobrze, że Julia Oleś o tym pisze, każdy powinien o tym przeczytać.

Książkę kupicie na przykład tu: KLIKU KLIKU

***

I to, moi drodzy, jest wszystko, co. przygotowałam dla Was na dziś, albowiem obawiam się, że teraz muszę iść… czytać. Oto bowiem przybyła dziś do mnie książka na którą już od dawna zacierałam swoje wysuszone żelem antybakteryjnym rączki – „Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii”, Jeffrey A. Lieberman, tłum. Maciej Miłkowski. Jak przeczytam, to dam Wam znać spod swojego balkonowego baobabu, czy to też jest jedna z tych książek, na które warto wydać równowartość kawalerki w Tarnowskich Górach. Bo na te powyższe to już mogę powiedzieć, że warto.

***