Dzień jak co dzień w robocie, czyli żul w indiańskich mokasynach

Przychodzą do mnie moi studenci i na pewno zastanawiacie się, dlaczego przychodzą do mnie studenci w samym środku wakacji, otóż już odpowiadam: to dlatego, że tego dnia wyglądałam jak kompletny pajac. Wiadomo, jak jest – jak się akurat człowiek wybierze do roboty brokatem obsypany, w najpiękniejszej z wszystkich swoich tiar i z eleganckim pudlem na sznurku, to nikogo znajomego nie spotka, ale jak tylko przychodzi dzień, że każdy mijający mnie człowiek chwyta za telefon, że „halo, policja? proszę natychmiast przyjechać, bo ktoś tu popełnia zbrodnię na modzie”, to co rusz na jakiegoś studenta natrafiam.

giphy (10)

Musicie wiedzieć, że gdy człowiek jest nauczycielem i akurat wygląda jak pajac, to jest jak taki ptyś rzucony w sam środek stada przedszkolaków, jak krakowska sucha rzucona labradorom na żer, czyli że bez szans. Ja generalnie mam w sobie głębokie przekonanie, że ci nasi studenci to mają taką stronę internetową, na której wymieniają się informacjami, który z ich nauczycieli wygląda dziś najgorzej i gdzie go można spotkać, a następnie wyruszają polować na nasze upokorzenie i brak godności odziane w indiańskie mokasyny i sztruksy po dziadku.

W celu zobrazowania swojego stylu na pajaca powiem tylko, że chwilę wcześniej spotkałam inną swoją studentkę i spytałam ją, co słychać, a ona mi na to powiedziała, że dostała pracę i to jest bardzo skomplikowane, bo to jest bardzo poważna praca i ona musi w niej wyglądać jak porządny i dorosły człowiek, a ona przecież nawet nie wie, gdzie się kupuje takie ubrania dla dorosłych ludzi i potem spytała mnie, czy może ja wiem, a potem spojrzała na mnie i powiedziała, że w sumie nieważne, spyta kogoś innego.

Nie mówiąc już o tej sytuacji, kiedy przyszłam na zajęcia i okazało się, że mam na sobie dokładnie taką samą bluzę jak jeden z moich studentów i do dziś nie potrafimy dojść do porozumienia, które z nas popełniło błąd, więc niech to wystarczy za podsumowanie – że ubieram się jak swój własny student. Przypominam: osiemnastoletni. Przypominam: mężczyzna.

No więc przychodzą ci studenci, wiedzeni zapachem mojego upokorzenia jak rekiny krwią, i oni mówią, że potrzebują pomocy, bo mają taki kłopot, że żadne obliczenia im nie działają, a termin oddania pracy licencjackiej już niedługo, a ja mówię, że spoko i kiedy dokładnie mają ten termin, a oni mówią, że trzy tygodnie temu, a ja mówię, że to rzeczywiście niedługo.

Co zrobić, chyba będą musieli trochę przyśpieszyć.

giphy (12)

A potem włączają komputer i czekamy, a gdy tak sobie czekamy, to ich tak nachodzi, żeby jakoś podtrzymać konwersację i pytają mnie czy byłam może wczoraj na Grafton street, a ja mówię, że nie byłam, a ten jeden mówi do tego drugiego, że przecież tłumaczył mu, że to nie ja, a ten drugi mówi, że no dobra, ale jednak podobieństwo było uderzające, a ja ich pytam, o co im chodzi, a oni mówią, że tak pytają, bo nie byli pewni, bo wczoraj widzieli na ulicy takiego żula, co to wyglądał dokładnie jak ja.

– Znaczy – uściślił ten pierwszy – to oczywiście była kobieta, pani żul to była.

Nie no, dobrze, że doprecyzował, inaczej mogłoby być niezręcznie.

No i opowiadają mi dalej, że ponoć ten żul to chodził i zbierał pieniądze do takiego papierowego kubka i wyglądał totalnie jak ja, totalnie jak ty, Janina! – cieszy się ten drugi, a ja mówię, że w sumie spoko, ale czy w ogóle ich nie zdziwiło to, że ich wykładowca zbiera sobie pieniadze do papierowego kubka, a oni mówią, że w sumie trochę zdziwiło, trochę zastanowiło, no – mówi ten pierwszy – coś mu się nie bardzo zgadzało, coś mu nie pasowało, trochę nabrał podejrzeń, że to może jednak nie ja…

…bo ten żul to jednak miał trochę jaśniejsze włosy.

Mój boże, aż strach do starbaksa chodzić, żeby mi potem dobrzy ludzie nie wrzucali na ulicy drobnych do kawy. Ale słuchajcie, nie ma tego złego, ja tak sobie tutaj naszkicowałam taką listę rzeczy do zrobienia w tym tygodniu:
1. Kupić nowe ubrania
2. Jak najszybciej.