Memento mori i blabladory, czyli trudne decyzje i jeszcze trudniejsze wyrazy

W poszukiwaniu przygód udałam się ostatnio do polskiego szpitala i muszę Wam powiedzieć, że było całkiem spoko, oczywiście oprócz tych pierwszych niezręczności, kiedy to absolutnie pierwszą rzeczą, która się rzuca człowiekowi na twarz po wejściu do placówki, jest ogromny napis KAPLICA. Co generalnie nie przeszkadza mi aż tak bardzo, ale ja to bym jednak wolała, żeby ci mili lekarze mieli trochę większą wiarę we własne możliwości. Niemniej ci wszyscy ludzie w tym szpitalu to byli absolutnie doskonali, do łez się zaśmiewali z moich żartów i odpowiednio rozpływali z zachwytu nad zdjęciami mojego kota, a na koniec to my wszyscy byliśmy już takimi najlepszymi przyjaciółmi, że już się nie możemy doczekać naszego kolejnego spotkania na tegorocznej Wigilii i chrzcinach naszych dzieci. No, miło było. Przynajmniej do czasu, aż ta miła pielęgniarka nie powiedziała, że musi mi się wkłuć w gałkę oczną.

No dobra, tak naprawdę to powiedziała, że musi mi założyć wenflon, ale w mojej głowie to totalnie brzmiało, jakby miała mi się wkłuć w gałkę oczną, a właściwie to w mózg przez gałkę oczną i jeszcze z objazdem po wszystkich najważniejszych tętnicach. Więc ja powiedziałam tej miłej pani, że bardzo proszę, zapraszam, ale ostrzegam, że ja zemdleję, a ona na to powiedziała, że nie no, proszę dać spokój, nic pani nie zemdleje, NO I ZGADNIJCIE CO. Serioszka, ja chyba sobie muszę taką koszulkę sprawić, z takim gigantycznym napisem, który wszystkich będzie informował, że ja bardzo przepraszam, ale ja jestem delikatna jak sernik, a ten napis to będzie napisany comic sansem, żeby nikt nie miał wątpliwości, że sprawa jest poważna. Znaczy – myślałam też o tym, żeby sobie tę informację wytatuować na czole, ale wiecie, to by wymagało igieł.

No w każdym razie, po wielu perturbacjach i próbach, jak już wróciłam do siebie na tyle, by znów móc rozkoszować świat zdjęciami mojego kota, to ta miła pani przyniosła mi do podpisania taki dokument, w którym ja wskazać miałam, do kogo oni mają zadzwonić gdyby zdarzyło mi się umrzeć w czasie zabiegu, nie no, serio, niech ktoś popracuje nad samooceną personelu w tej placówce. No i ja się długo zastanawiałam kogo tam wpisać, no bo na przykład męża mojego najdoskonalszego to ja nie chciałam fatygować z tej Irlandii, nie mówiąc już o tym, że on przecież gra teraz w grę w trybie multiplayer, a tego nie można pauzować. I tak sobie rozmyślałam, komu sprawiłabym najmniejszy kłopot tym umarciem swoim, i w końcu wymyśliłam sobie, że wpiszę tam osobę, która mieszka najbliżej, no i wpisałam swojego kolegę Kamila.

I serio, ten plan totalnie nie miał wad, ale to było zanim Kamil opowiedział mi oszałamiającą historię o jakimś tam psie i on mi ją tak opowiada, a ja patrzę na niego jak najbardziej zdziwiony w życiu człowiek, oczy mam wielkie jak śliwki, i nawet przez chwilę myślałam, że mi się coś wydawało, przesłyszało mi się, więc na wszelki wypadek poprosiłam go, żeby mi powiedział jeszcze raz, co to był za pies w tej jego historii, a on mówi, że to był ten, no, lablador.

LABLADOR.

No to wracam do tej miłej pani i ja jej mówię, że mam pewne wątpliwości co do stanu umysłowego tej osoby, co to ją wpisałam jako osobę do kontaktu w przypadku mojej śmierci, bo widzi pani, on w ogóle nie potrafi wymówić nazwy tych pluszowych psów, co mają uszka w trójkąciki i nosek jak węgielek, i w związku z tym, to ja teraz jestem szalenie zaniepokojona i mam takie pytanie, że w przypadku potencjalnych powikłań, to o czym tak dokładnie ten człowiek będzie musiał decydować, a ta pani na to mówi, że nie ma co histeryzować, o niczym aż tak istotnym, na przykład o tym, czy odłączyć mnie od aparatury podtrzymującej życie albo czy oddać moje narządy do przeszczepu.

A nie, to spoko, proszę pani. Bo już się bałam, że o tym jakiego mi kupić psa.