Mój mąż, mój mąż, mój mąż i owca

No i to jest moje życie właśnie. Raz do mnie koledzy zadzwonili, raz!, że halo, Janina, chodź przebiegniemy maraton półwarszawski, a ja powiedziałam, że to świetny pomysł, chłopaki, i przysięgam, że nie wiem dlaczego tak powiedziałam, bo nawet nie byłam wtedy pijana. I wszelkie zaświadczenia lekarskie sobie załatwiłam, że mogę biec i nawet do psychologa poszłam, by sprawdzić, czy wszystko ok, no bo umówmy się, że jak człowiek się decyduje z własnej woli przebiec 21 kilometrów, to jednak coś nie halo. No i obczajcie to, człowiek 32 lata szukał wymówek, żeby biegać tylko, kiedy ktoś go goni, a kiedy już zszedł z kanapy, kiedy już cały gotowy był na rekord maratonu półwarszawskiego, to ciach, pandemia.

Co mi zostało, biegam dookoła bloku (sprawdziłam, można), straszna nuda, bo 21 kilometrów dookoła bloku, to słuchajcie, trochę długo trwa. Ja biegnę, biegnę, biegnę, a mój mąż się nagle drze z balkonu, „Janina, Janinaaaa” – krzyczy, a ja myślę sobie, mój boże, jakie to wspaniałe, że on mi tak kibicuje i to tak wytrwale, bo całkiem długo się darł, „Janinaaaa, Janinaaaaa, Janinaaaaaa…”

Aż serce rośnie!

„Janinaaaa, Janinaaaaaaa, Janinaaaaaaaa…”

Boże, co za wsparcie!

„Janinaaaa, Janinaaaaaaaa, Janinaaaaaaaaaaa…”

„…browara mi w Żabsonie kup”.

Pół godziny później. Wracamy do małżeńskiej aktywności fizycznej, która – przypomnijmy – wyglądała tak, że ja biegałam dookoła bloku, a mój mąż kibicował mi jak oszalały z balkonu, żebym jak najszybciej dotarła na metę, to jest pod półkę z browarami w Żabsonie. Nie poddałam się, wracam, mówię: „Wojtuś, idziesz pobiegać ze mną”, a on mówi, że akurat nie może, bo jest okropnie zajęty, a ja mówię, że niby co robi, a on mówi, że w grę gra i sobie wziął taką supermoc, że rozumie mowę zwierząt i teraz mu jakaś owca pyskuje. I jeszcze mówi, że nawet jakby chciał ze mną iść do lasu, to to i tak by się nie udało, bo mu przecież kabla z PlayStation nie starczy, a potem patrzy na moją minę, patrzy i mówi, że ja teraz tak wyglądam, że jakbym chciała, to totalnie mogłabym grać tę dziką owcę w grze. To poszliśmy. Ja biegnę, Wojtuś za mną. Ja biegnę zwinnie niczym łasica goniona przez koguta, odwracam się nagle – Wojtka nie ma. No trudno – myślę sobie – pewnie zrobił dodatkowe kółko, trasę zmienił albo sprinty trzaska w przeciwnym kierunku, biegnę dalej, patrzę, znów pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

„Wojtuś – mówię – co ty robisz? Gdzie ty byłeś?!”.

A on mówi: „W domu. Po pączka wstąpiłem”.

I dziś:  18 marca, co oznacza, że równo 14 lat temu udałam się na pierwszą randkę ze swoim mężem, które to spotkanie o charakterze romantycznym wypadło wybornie, co oznacza mniej więcej tyle, że Wojtek przyszedł na nie z kolegą, no bo dlaczego nie, a na wstępie ów kolega powiedział mi, że na jego oko to wyglądam mniej więcej na trzydzieści jeden lat, a ja wtedy miałam osiemnaście. Lata mijają, jakość naszej małżeńskiej komunikacji się nie zmienia, na przykład wczoraj – ja stoję w kuchni, pod nogami kot, parzę herbatę i tak mi się ciepło pod palcami zrobiło, to i przy okazji w serduszku *, więc ja stoję w kuchni i ja mówię do Kitku, że „kocham Cię, Kocie” i pytam, czy chce pastę odkłaczającą, a mój mąż mówi mi na to z pokoju obok, że nie, chwilowo dziękuje, już dzisiaj jadł.

*CHWILA EDUKACJI! To zjawisko nazywamy „haptic metaphor effect”, wiem, bo czytałam o nim ostatnio W TAKIEJ JEDNEJ KSIĄŻCE

Mój boże, kocham tego mojego męża nad życie, cieszę się, że poznaliśmy się te kilkanaście lat temu. I że rozpoznaliśmy, bo to wcale nie było oczywiste, skoro na początku byliśmy dla siebie tylko awatarami, w tym ja takim narysowanym w paincie. A wiecie, to nie każdy jest owcą, żeby być geniuszem w rozpoznawaniu cudzych twarzy, o czym przekonacie się już dziś o 21, bo o tej godzinie do wszystkich z Was, którzy zostawili maila na stronie http://www.statystycznie.com/ pokopytkuje wideo na którym czytam fragment mojej książki, dokładniej rzecz ujmując rozdziału „Skąd wiemy, że owca rozpoznałaby na ulicy prezydenta?”. Fragment jeden z wielu, a na kolejne będziecie musieli polować poprzez rozwiązywanie zagadek na miarę „Ojca Mateusza”, zaczniemy od rebusu, który również znajdziecie w dzisiejszym mailu, no chyba, że do tego czasu nie przestanę się śmiać z tego, jaki on jest śmieszny, no to wtedy nie. Wciąż można się zapisać, polecam, zapraszam, mam nadzieję, że przebieracie rączkami i raciczkami w oczekiwaniu.