O książkach, które dźgają w miękkie [Polecajki książkowe]

Marcin Kącki, autor świetnych reportaży, spytał mnie ostatnio dlaczego właściwie tak lubię ten gatunek literacki. Właściwie nie musiałam się nad tym długo zastanawiać – lubię, wręcz potrzebuję tych cudzych opowieści, by załatać liczne dziury, które mam w rozumieniu świata, brutalniej rzecz ujmując: w wiedzy. Czasem wynika to z tego, że nie uważałam w szkole, czasem po prostu nie miałam dotychczas okazji, by się tego nauczyć. Bywa też tak, że niegdyś dotknęłam jakiegoś tematu, ale było jeszcze za wcześnie, musiałam chwilę poczekać i do niego dorosnąć. Chcę wiedzieć więcej, a raczej chcę jak najmniej nie wiedzieć, by nie krzywdzić nikogo swoim zbyt uproszczonym pojmowaniem świata. Dzisiaj zapraszam Was na wpis, w którym polecam książki, które nie zawsze są łatwe, ale bardzo są potrzebne.

 David Vann „Halibut na księżycu”, tłum. Dobromiła Jankowska

Są takie doświadczenia, których nie wyjaśni mi nawet najlepiej spisana cudza opowieść, których musisz być częścią, żeby być w stanie pojąć. Na przykład: miłość do własnego dziecka. Mogę sobie wyobrażać, jak to czuć, ale nie mam wątpliwości, że to wyobrażenie jest tylko wielokrotnie odbijaną na tanim ksero kartką prawdziwych doświadczeń. Kolejny przykład: choroba psychiczna.

To jest trochę tak, że osoba chorująca nagle zaczyna mówić innym językiem niż jej zdrowe otoczenie, trudno znaleźć punkt wspólny i trudno zrozumieć, gdy ktoś opisuje nam życie na planetach, do których nie mamy dostępu. Ale trzeba, ciągle musimy próbować. „Halibut na księżycu” Davida Vanna (tłum. Dobromiła Jankowska) to książka, którą poleciła mi Anna Dziewit-Meller (o jej książce też w tym wpisie jeszcze przeczytacie) i wspaniale, że poleciła, bo ta historia, oparta na faktach, tak trafnie wyjaśnia o jakim cierpieniu mowa, gdy w rodzinę uderza choroba psychiczna – cierpieniu osoby chorującej i cierpieniu osób jej bliskich. Taki to trochę elementarz wszystkich trudnych emocji, które się z tym wiążą, irracjonalnych zachowań i szukania rozwiązań. Przeczytajcie. To jest taka książka, która dźga nas w miękkie, ale w zamian pozwala bardzo wiele zrozumieć.

Rebecca Makai „Wierzyliśmy jak nikt”, tłum. Sebastian Musielak

Porozmawiajmy o tym, jak homofobia, uprzedzenia i stygmatyzacja odbierają życie. Tylko w latach 1983-1984 w samym USA niemal 4000 osób zmarło wskutek AIDS, jeszcze wtedy nazywanym GRID (gay-related immune deficiency). Unikano testów, wizyt lekarskich, mówienia o chorobie z obawy, że ktoś się dowie o tym, kogo się kocha, i spora część rodzin wywoziła chorych do wiejskich szpitali, które co prawda nie mogły im zapewnić odpowiedniego leczenia, ale zapewniały anonimowość i brak wstydu wśród inni.

Jestem niezła w liczeniu, ale tego jednego policzyć nie umiem – ile z tych żyć można było uratować, gdyby ta choroba nie była tak bardzo stygmatyzowana, gdyby nie trzeba było wstydzić się testów i leczenia, bo nic nie przyśpieszyło badań nad wirusem tak bardzo, jak ten moment, gdy AIDS zaczął powoli wychodzić z podziemia. I o tym właśnie, o tych latach 80, których powinniśmy się wstydzić jest doskonała książka „Wierzyliśmy jak nikt” Rebecci Makkai (tłum. Sebastian Musielak).

Trochę szatkuje emocje, ale myślę, że tyle możemy zrobić, powinniśmy zrobić dla wszystkich ofiar, których można było uniknąć.

Agnieszka Jelonek, „Koniec świata, umyj okna”

Zaczęło się od tego, że nie mogłam oddychać. Mój boże, ciągle brakowało mi powietrza i czułam, jakby każdego ranka ktoś plótł coraz ciaśniejszą sieć dookoła moich płuc; nie pozwalała wziąć pełnego wdechu i broniła dostępu tlenu do krwi. Z czasem nabierałam coraz większego przekonania, że jest w tym coś nieuleczalnego, ale nie chciałam nikogo niepokoić swoją nagłą śmiercią, więc poszłam po prostu do lekarza by dowiedzieć się, ile czasu jeszcze mi zostało, tak zawsze robią w filmach i jeszcze na końcu cudownie zdrowieją, po prostu chciałam spróbować. A potem zmierzono mi wszystkie parametry i poziomy odpowiednich związków we krwi, i siedziałam sobie spokojnie w sterylnej przestrzeni, ale nikt nie przyszedł mi powiedzieć, jak długo jeszcze będę żyć, spytano mnie raczej, co takiego stało się cztery tygodnie temu, wtedy gdy nagle przestałam oddychać?

Strasznie uparty był ten lekarz w szukaniu jakichś dramatów, które dotknęły mnie ten określony czas temu; – Pani Janino – powiedział wtedy – ma pani klasyczne zaburzenia nerwicowe, coś się musiało wtedy stać, może narzeczony panią rzucił lub ktoś śmiercią groził?

To niezwykłe, że czasem boimy się tak mocno, że to aż fizycznie boli. To bardzo trudno sobie wyobrazić, bardzo trudno zrozumieć, a już najtrudniej komukolwiek wyjaśnić. A jednak udało się to Agnieszce Jelonek w książce „Koniec świata, umyj okna”, która to książka jest na dodatek doskonale napisana, piękny opis niepięknego tematu.

Szacuje się, że aż 30% osób zachoruje na zaburzenia lękowe przynajmniej raz w życiu. Mam dużo nadziei, że dla większości z Was wszystko, co zostało opisane w tej książce pozostanie w sferze fikcji. Ale i tak powinien ją przeczytać absolutnie każdy; literacko to będzie rozkosz, emocjonalnie – nic przyjemnego. Ale spróbujmy się z tym zmierzyć – dla osób, dla których temat zaburzeń lękowych i ataków paniki nie jest czymś, co skończy się po zamknięciu książki.

Han Kang „Wegetarianki”, tłum. Justyna Najbar-Miller, Choi Jeong In

Pierwszych podejrzeń nabrałam przy piętnastej stronie. Po sześćdziesięciu byłam już pewna – oto definitywnie mam IQ masła. Było to rozczarowujące o tyle, że mama całe życie mi powtarzała, że jestem najmądrzejszym króliczkiem na całym świecie. Tymczasem życie zrujnowała mi książka „Wegetarianka” (autorka: Han Kang, tłumaczenie: Justyna Najbar-Miller, Choi Jeong In) – sława międzynarodowa, poważne nagrody, uznanie krytyków, jak również Janina, która po lekturze postanowiła natychmiast napisać do wydawnictwa z propozycją, by zmienić tytuł książki na: „CO?!”.

Tak też napisałam na Instagramie: że oto jest taka książka, podobno wybitna, a ja po lekturze to mam ochotę honorowo zrzec się wszystkich swoich tytułów naukowych i zapisać się na jakieś zajęcia bardziej odpowiadające moim umiejętnościom intelektualnym, na przykład na takie prowadzone w łódzkim ZOO, gdzie razem z szympansem Tadeuszem nauczę się wrzucać jabłka do wiadra i robić gryzak z patyka i kawałka sznurka.

No i słuchajcie, reversed marketing to bardzo potężne narzędzie, bo wtedy tłumnie zaczęliście mi pisać, że oto musicie mieć tę książkę, oto zaczęliśmy obserwować narodowy test na inteligencję, a wśród tych wiadomości była też ta od Magdy  – która to Magda napisała, że kupi ode mnie mój egzemplarz „Wegetarianki” za 500zł (500zł!!!), jeśli przeznaczę tę kwotę na cele charytatywne.

Nie może tak być – że jakaś cudna Magda przeznacza tyle pieniędzy na fundację „Życie jest fajne”, która pomaga dorosłym autystom i w czasie pandemii jest w ogromnych kłopotach, a Janina nie. Więc ja dorzuciłam kolejne 500zł, wiecie, idąc tym tropem, że życie jest fajne, a „Wegetarianka” nie, choć w przypadku Magdy to raczej życie jest fajne, a „Wegetarianka” – się zobaczy.

W każdym razie jedno na pewno się zgadza, jedno jest pewne – życie jest fajne. Dzięki takim doskonałym ludziom jak Magda. Zostawiam Was z taką cudną historią – dla uśmiechu i miłego ciepła w okolicach serduszka, tymczasem ja idę nie zrozumieć jakiejś kolejnej książki, bo okazuje się, że zdecydowanie warto, totalnie się opłaca mieć IQ kalafiora.

To nie jest książka dla mnie, ale wiele jest osób, które myślą zupełnie odwrotnie. Więc jeśli lubicie eksperymenty literackie, to spróbujcie się z nią zmierzyć. I koniecznie dajcie mi znać, gdy uda Wam się ją zrozumieć. Znajdziecie mnie obok żyraf w niedalekim ZOO.

Wojciech Engelking „Serce pełne skorpionów”

A teraz czas na chwilę literackiego wytchnienia.

Albowiem jest tak: dzień 9384029302902309, wydawnictwa wciąż odmawiają wprowadzenia oznaczenia „Przyjazna brokułom” na okładkach książek, które pozwolą mi odróżnić powieści, które zrozumiem, od tych które będą mi się jawić jak konieczność grania w podwodne bierki przy jednoczesnym rozwiązywaniu sudoku. Jadąc na koniu. Tyłem. To zaś sprawia, że każda kolejna książka po którą sięgam może przybliżyć mnie do czułego myślenia o sobie samej, jako osobie, dla której jedyną sensowną formą obcowania za sztuką będzie robienie wyklejanek z plasteliny z moimi przyjaciółmi z pobliskiego przedszkola. I to wcale nie z tymi z grupy starszaków.

Jeśli więc zastanawiacie się, dlaczego teraz mam w całej chałupie rozwieszone serpentyny, z lampy spada brokat, słychać czuły szept tańczących z powietrzem balonów z helem, układających się w napis: „CONGRATULATIONS!”, to już wyjaśniam: albowiem ostatnio natrafiłam na powieść, którą nie tylko zrozumiałam, ale która również sprawiła mi ogromną przyjemność, choć nie oszukuję się – znacząco obniżyła moje szanse w najbliższej rozgrywce podwodnych bierek, albowiem kosztowała mnie kilka zarwanych nocy.

„Serce pełne skorpionów” Wojciecha Engelkinga, polecam serdecznie, przyjazna Janinom i brokułom najpewniej też, gdyby nie to, że one nie czytają książek, bo w wolnym czasie wolą kąpać się w gorących źródłach, ewentualnie jeździć na nartach. Znaczy nie wiem, nie pytałam, ale tak to sobie wyobrażam.

Pisał Wojciech Engelking, a redagował mój najdoskonalszy na świecie redaktor – Maciej Makselon – co samo w sobie jest gwarancją jakości, a przy okazji sprawia, że był to wspaniały czas dla nas wszystkich, bo jak redagował, to miał czas dręczyć moją osobę przez jedyne 45030504395309 razy dziennie, a ta oszczędność mojego czasu przydała się w sam raz potem, kiedy to przyszło mi dmuchać te balony, bo jednak wydmuchanie hasła „Congratulations!!!” zajęło mi znacznie więcej czasu niż hasła: „Brocolli IQ”.

Polecam serdecznie, będziecie Państwo zadowoleni.

Anna Dziewit-Meller „Od jednego Lucypera”

Pracowałam ostatnio, ale byłam cały czas jakaś taka, jakoś tak poszatkowana jak połówka jabłka krojona na bardzo cienkie plasterki. Każdy czasem miewa taki dni. I przypomniałam sobie wtedy, kto zawsze przygotowywał tak dla mnie jabłko, obierał ze skórki, wycinał gniazdko, kroił na plasterki – nawet gdy miałam już dwadzieścia kilka lat, serce połamane jak sklejka głupimi miłościami, emocje splątane złymi wyborami. Moja babcia, moja śląska babcia. Ta sama, po której odziedziczyłam – według wielu członków rodziny – niebieskie oczy, skłonność do depresji i trudny charakter.

Kochałam ją nad życie. Myślałam o niej czule przy każdej stronie tej książki, którą trzymam na zdjęciu – wcale nie dlatego, że jestem dziewczyną z sercem z węgla wyciosanym dzieciństwem na Śląsku, to znaczy – nie tylko dlatego. Ale przede wszystkim to jest po prostu brawurowa książka, oszałamiająca, obezwładniająca. A umówmy się, że właśnie za to wszyscy kochamy literaturę.

Anna Dziewit-Meller „Od jednego Lucypera”. Zróbcie sobie tę przyjemność, nieważne, czy chodziliście do szkoły z widokiem na hałdy czy też wciąż myślicie, że wszyscy na Śląsku chodzą w tych śmiesznych górniczych czapkach i grają w orkiestrach. To jest po prostu książka po przeczytaniu której czuję się wdzięczna, że w ogóle powstała.

***

I wiecie, najwspanialsze jest to, że to jeszcze nie wszystko – jeszcze długą mam listę książek, którymi chciałabym się z Wami podzielić, ale chwilowo tutaj stawiam kropkę, by nie przepełnić za bardzo Waszych księgarnianych koszyków. Czytajcie, mierzcie się z tym, co trudne, acz pięknie napisane, a gdy już skończycie koniecznie dajcie mi znać, czy dana książka coś w Was zmieniła, czy raczej zirytowała na tyle, że odłożyliście ją w połowie. Bo pamiętajcie – jeśli z daną autorką lub autorem mówicie innymi literacko językami, to nie ma się co zmuszać do lektury. Życie jest za krótkie, by czytać książki, które nam się nie podobają.