O ludziach.

Wczorajszy dzień mnie skrzywdził. To znaczy – gdyby jeszcze chodziło o rzeczy i okoliczności, to jestem dorosła, wiedziałabym, że tak czasem bywa, nie mamy kontroli. Ale zrobili to inni ludzie, brudne komentarze w internecie (jakby oblepione błotem), i ich natężenie sprawiło, że pokruszyłam się jak biszkopt. Przez natężenie mam na myśli nie tylko ich ilość, ale również to, jak bardzo wypchane były negatywnymi emocjami, złymi życzeniami i jeszcze każdy zawierał w sobie garść kruszonego szkła, a takie odłamki zostają w człowieku, bardzo trudno je potem usunąć. Kilka godzin to we mnie rosło, puchło, aż już zabrakło we mnie miejsca na te wszystkie złe słowa – rozpłakałam się w autobusie. A wtedy pewien starszy pan, który siedział obok mnie, on tak dotknął mnie w ramię (delikatnie, jakby bojąc się, że naprawdę się rozpadnę) i powiedział: „proszę pani, nie wiem, co się stało, ale chciałem powiedzieć, że wszystko będzie dobrze”. I to było jedne z najważniejszych „będzie dobrze” w moim życiu.

Być może ludzie są jednak dobrzy. Wiecie jacy jeszcze są? Ważni.

Równo rok temu miałam operację. To ważny dla mnie dzień, takie mikroświęto. Okazało się na przykład, że jestem człowiekiem niezwykle przywiązanym do ciągłości swoich tkanek i pewną histerią reaguję na pomysł ich przecięcia. Okazało się też, że jestem śmiertelna (to mnie szczerze zdziwiło), a także jak bardzo potrafi boleć i wiele-nie-pozwolić (to mnie denerwowało). I mówiłam wtedy mojemu mężowi, że nie może mnie dotykać, że tylko trzymać za rękę – i on trzymał dzień w dzień, aż dni zamieniły się tygodnie, tygodnie w miesiące i nie mam żadnych wątpliwości, że nie puści jej przez kolejne lata. Trzyma mnie jak rodzic dziecko na przejściu dla pieszych, by mieć pewność, że nic mnie nie skrzywdzi. Nie mamy ślubu kościelnego, więc nigdy nie przysięgaliśmy sobie, że „w zdrowiu i w chorobie”. Ale wiem, że w zdrowiu, w chorobie, na życiowych skrzyżowaniach. Poczekamy sobie razem na zielone światło, a potem przejdziemy na drugą stronę spokojnie, za rękę.