Oho, sława!

Przeprowadzałam kiedyś egzamin dla studenta, którego zdecydowanie skądś znałam. Przedmiot nie mój, indywidualny tryb nauczania, egzamin poza terminem, ale nie wnikałam w szczegóły, on go tak sobie pisał, a ja na niego patrzyłam, tym samym wzrokiem, jakim patrzą na mnie moi studenci, gdy pytam ich, co to jest wariancja, czyli że niby gdzieś coś świta, gdzieś może słyszeli, ale to było dawno, w zeszłą środę chyba, czyli wtedy, kiedy widzieli tego śmiesznego gołębia, co się kąpał w kałuży, a może jednak to był czwartek, omójboże jak on się śmiesznie kąpał, tak tymi skrzydłami trzepał po tej kałuży tap tap, no, tak tap tap tap, a w ogóle to jakie było pytanie i ile jeszcze do obiadu. Patrzę i myślę, on pisze. On pisze, on skończył, ja nie wymyśliłam. Porozmawialiśmy chwilę, poszedł, a ja – jako, że mam zapłon jak PKS na trasie Hyżne Nowa Wieś – Nieborów, to już po niecałych trzech godzinach skminiłam skąd go znam. I do dziś uważam, że król Joffrey z „Gry o Tron” nie może mieć do mnie pretensji – jak przychodzi na egzamin bez korony to niech się później nie dziwi, że go nie poznaję.

tumblr_n406ibmpmd1r5cpiuo4_250

Tą krótką anegdotką chciałam wprowadzić Was w problematykę bycia gwiazdą i władcą ludzkich serc, które to zagadnienie – jak powszechnie wiadomo – dotyczy mnie bezpośrednio, przynajmniej od czasu, jak mój mąż oznajmił, że z dniem dzisiejszym przestaje wynosić śmieci, albowiem „jest na to zbyt cenny”, jest na to „wart zbyt wiele lajków”. No i na przykład dzisiaj ja jestem w polskim sklepie, przy mojej ulubionej półce, to jest tłuszczach, oglądam sobie kostki masła, no bo to jednak warto samego siebie czasem rozpieścić i klawo spędzić czas, a wtedy zauważam, że jakaś pani stoi, czai się na mnie, patrzy, w końcu oznajmia: „Ja panią skądś znam!”.

A ja myślę sobie: Oho, sława!

Ja już włosy przyklepuję, drugi podbródek wciągam, zęby ukradkiem tipeksuję, żeby wyszły białe do zdjęcia, ja tu już cała jestem gotowa składać autografy na opakowaniu po smalcu, ręce wyciągam do trzymania obcych dzieci do chrztu, a w tym samym czasie pani przeżywa olśnienie:

– Ja panią skądś znam! – mówi –

…to pani w zeszłym tygodniu próbowała ukraść dziesięć jajek i mleko!

Tak, proszę pani, dokładnie tak. To ja. Wróciłam skitrać trochę mąki, to będą naleśniki.

***

Dziękuję wszystkim, którzy dokonali (dobrego) rozlewu krwi i wsparli Stefana, i tych, którzy pomagają w inny, ale równie ważny sposób – poprzez udostępnianie, informowanie, szukanie ochotników. Mam informacje, że #DrużynaJanina przelała już bardzo dużo krwi. Jesteście doskonali

4 komentarze

  1. Anna Tess Gołębiowska

    17 listopada 2016 o 22:23

    Takiej pointy bym nie wymyśliła, choćbym sto lat myślała! A właśnie mam na kolację naleśniki, więc mam spore szanse opluć się nad nimi ze śmiechu albo co gorsza udławić na śmierć, a wtedy się takie dobre jedzonko zmarnuje!

    Odpowiedz
    • JaninaDaily

      19 listopada 2016 o 19:27

      No nie, naleśnikami to niekorzystnie. Co innego na przykład brukselką.

      Odpowiedz
  2. Karolina Nowak

    23 listopada 2016 o 21:16

    Ale bym wszamała takiego naleśnika 🙂 gdyby to ode mnie zależało to bym zamieniła sławę na dożywotnią dostawę dobrych naleśników. No… może ktoś kiedyś wyjdzie z taką inicjatywą 🙂 jak tak to pamietaj o mnie 🙂 😛

    Odpowiedz
    • Janina

      23 listopada 2016 o 21:53

      Ja też teraz od tamtego czasu mam ochotę na naleśniki. Ale nie chce mi się robić 🙁

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *