Spis ludzi, którzy zrujnowali mi życie [Najdoskonalsze książki, które ostatnio przeczytałam]

Nie jestem wcale zazdrosna o swojego męża. To znaczy – totalnie jestem świadoma, że przytrafiła mi się najpiękniej wypieczona drożdżówka w tej życiowej cukierni, doceniam każdy moment, gdy dzieli się ze mną ostatnim ciasteczkiem i całuje w nos, po prostu myślę sobie – gdy widzę, że ktoś go podrywa – a śmiało, a próbuj, ta słodycz już od dawno budzi się obok tylko mnie. (A najbardziej w nim kocham to, że gdy taksówkarz koniecznie chce z nami porozmawiać, to on bierze na siebie całą konwersację i ja mogę milczeć). Nie bywam zazdrosna o męża, o przyjaciół, o niczyj czas ani uwagę, ale mójboże, umieram z zazdrości, gdy napotykam na kogoś, kto pisze lepiej ode mnie, rozpaczam nad każdym doskonałym zdaniem, które nie ja wymyśliłam i każdym porównaniem, na które nie wpadłam. No i właśnie dzisiaj na to zapraszam – na spis ludzi, którzy zrujnowali mi życie zręcznością z jaką panują nad słowem.

„Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata”, Tomasz Michniewicz

Pojechałam do lasu. Na wycieczkach oglądaliśmy najbrzydsze zwierzątka świata wyciosane z drewna, sporo marzliśmy, bo zima zaskoczyła Janiny, a potem wracaliśmy do naszej cudnej chatki (serio, chatki!)  i czytałam „Chrobot”. I czytałam. I nie mogłam przestać. Czytałam, gdy jadłam, gdy ćwiczyłam, gdy piłam (w pewnym momencie naprawdę bardzo trudno jest przyjąć te historie w normalnym stanie świadomości), a gdy skończyłam, to przez trzy dni milczałam – nie chciałam rozmawiać o niczym i trochę chciałam też nie czuć, tak skutecznie mnie ta książka wydrenowała z radosnych emocji, w zamian oferując tylko smutek i poczucie winy. Ale to było ważne, każdy powinien to poczuć i każdy przeczytać.

Siedem historii dzieci dorastających w różnych miejscach świata  –  w Ugandzie, USA, Kolumbii, Indii, Finlandii, Zimbabwe i Japonii. Śledzimy ich od dzieciństwa aż do dorosłości – bardzo różnego dzieciństwa i różnej dorosłości, spodziewać się można, że nie wszyscy martwią się rano zgubioną kredką, pustym słoikiem po maśle orzechowym i pracą domową z cyklu rozwojowego mchu. (Niemniej to też nie jest takie proste równanie, że pieniądze i możliwości to proste dzieciństwo). Napisane wszystko jest tak, że to jak śledzić najlepiej skrojony hollywoodzki dramat, taki który nie zawsze jest miły i przyjemny, ale człowiek wciąż chce wiedzieć, co będzie dalej i w ogóle nie potrafi go wyłączyć . I w sumie, jak się nad tym zastanowić, to historii napisanej przez Tomasza Michniewicza zdecydowanie nie powinniśmy wyłączać ani odkładać w połowie.

 

 

„Taśmy rodzinne”, Maciej Marcisz

Było tak: poszłam do brata, popatrzeć na noworodka, bo mam taką przypadłość, że patrzenie na mikroludzi bardzo mnie uspokaja, w nich wszystko jest prawdziwe, nieudawane, dobre, przecież historia nie zna takich przypadków, że jakiś niemowlak wykupił komuś ostatnią flądrę w Lidlu albo zwyzywał kogoś na ulicy zupełnie bez powodu. Nie mówiąc już o tym, że mam jakąś ogromną słabość do osobników nazbytnio obłych o bardzo dużych oczach, to jest: fok, niemowlaków i kotów o twarzach szerokich jak talerz.

Poszłam, a tam moja szwagierka mówi, że książkę kupiła, ale przy okazji też dziecko urodziła, więc nie ma czasu jej przeczytać, może chcę pożyczyć? A ja chciałam i wzięłam ją, zaczęłam czytać natychmiast po przyjściu do domu, a skończyłam nad ranem, czyli taki to świetny układ, że ona ma niemowlaka, a to ja nie spałam.

Mój boże, jak to jest napisane, to w ogóle nie jest książka dla ludzi takich jak ja, co umierają z zazdrości o słowo pisane. Dawno nie czytałam tak dobrej powieści, choć notorycznie takich szukam, no bo ileż można czytać książki o najpiękniejszych funkcjach matematycznych w historii, przecież wiadomo, że nic nie przebije iterowania odwzorowania logistycznego, no bądźmy poważni.

Jest sobie Marcin Małys, który ma 30 lat, 63 tysiące złotych długu, a że wiadomo, że biednemu to całe życie pod górkę w za ciasnym beretcie, to jeszcze ojciec decyduje się go wydziedziczyć i wszystkie miliony przekazać na cele dobroczynne. Zróbcie sobie tę przyjemność i sprawdźcie, co było dalej, bo ja co prawda pożyczoną książkę oddałam, ale zaraz potem poszłam do księgarni i kupiłam osiem egzemplarzy, bo ja mam dużą rodzinę, a uważam, że absolutnie każdy powinien „Taśmy rodzinne” przeczytać.

Wszystkim Wam nie kupię, no bo ja mam kota na utrzymaniu, ale sami sobie sprawcie tę radość, gwarantuję, że nie będziecie rozczarowani.

View this post on Instagram

Kupowanie książek to dla mnie zawsze przygoda, bo ja przecież notorycznie muszę zmieniać księgarnie, jak luj spod bloku sklepy monopolowe, z tym że ja to raczej dlatego, że we wszystkich okolicznych już dawno zrobiłam z siebie człowieka-idiotę. A to żart o grzybach, co nie grają w kręgle opowiedziałam, a to wyjaśniłam pani, że się nie lubię rozwijać, no i oczywiście klasyczek, poszłam poprosić o zwycięzce nagrody Nike, ale totalnie nie umiałam sobie przypomnieć tytułu i mówię do pani, czy jest ta książka, co wygrała, o tym tytule, co nie pamiętam, a pani powiedziała, że "Nie ma", a ja powiedziałam, że a to dziękuję, przyjdę później. O, a na przykład ostatnio to w księgarni zgubiłam bułki sztuk pięć. No, serio, poszłam kupić książkę z kajzerkami pod pachą, a w drodze do domu zorientowałam się, że już ich nie mam, a przecież nie wrócę do tej księgarni, weźcie to sobie wyobraźcie, że ja tak chodzę między półkami i pani mnie pyta, czy w czymś pomóc, czy szukam czegoś konkretnego, a ja na to: "kajzerek". Tyle dobrego, że jestem w stanie poradzić sobie emocjonalnie z tą ofiarą chlebową, którą poniosłam, albowiem kupiłam wtedy książkę tak rozkosznie doskonałą, że dawno nie czytałam niczego tak dobrego, a czytałam ją do piątej nad ranem, skutkiem czego następnego poranka nie wstałam na trening, czyli widzicie – same zalety. Zróbcie sobie tę przyjemność i przeczytajcie "Taśmy rodzinne" Macieja Marcisza, bo ja uważam, że absolutnie każdy na to zasługuje, poważnie, mój podziw dla autora jest nieskończony. A jakby ktoś przy okazji wizyty w księgarni znalazł moje kajzerki, to uczciwego znalazcę proszę o zwrot.

A post shared by Janina Daily (@janina.daily) on

 

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Marcin Wicha

Z tej Wielkiej Niedzieli pamiętam tylko tyle, że umarła. Pamiętam, że wyszłam na chwilę uczesać się do łazienki, wychodziłam i jeszcze oddychała. Kilka minut później zobaczyłam w lustrze stojącą za mną siostrę, i patrzyła tak, że już wszystko wiedziałam, nie musiała nic mówić.

Wyszłam tylko na chwilę, chciałam się uczesać.

Za to cała pozostała reszta świata ciągle mówiła – o tym, że to bardzo magiczna data, umrzeć w dniu zmartwychwstania. Pytałam ich zawsze wtedy, co ten dzień tak naprawdę zmienia, bo przecież słonego smaku śmierci nie, nikt nie potrafił mi na to odpowiedzieć, ale widocznie chcieli myśleć, że istnieją lepsze i gorsze dni na umieranie. Pamiętam, że zadzwoniłam do przyjaciela i tak bezpiecznie mi się z nim milczało. że wymiotowałam cały dzień w łazience i po raz kolejny odkryłam, że gdzieś pomiędzy łopatkami a kończącym się karkiem mój pies ma anatomiczne zagłębienie na zbieranie łez. Pamiętam, że w lodówce obok serników stały niezużyte szklane fiolki z morfiną i cały czas przychodziły do mnie wiadomości, życzące mi Wesołych Świąt (było w tym coś okrutnego ze strony rzeczywistości, bo przecież nie ludzi; nie mogli wiedzieć, bardzo o to dbałam). Pamiętam to wszystko intensywnie i ostro, to było 10 lat temu.

Trochę o tym jest książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – o wszystkim, co zostaje po śmierci bliskiej osoby. Bo jest w tym jakiś paradoks, że w emocjach robi się wtedy bardzo pusto, a w pokojach zaczynają piętrzyć się wszystkie bezdomne przedmioty, książki, kartony drobiazgów, i je trzeba jakoś uporządkować, zdecydować, co dalej. W gruncie rzeczy o to chodzi w żałobie – o to „co dalej?”.

Ta książka zdecydowanie zasługuję na kategorię, której przypisano jej na sklepowych półkach – tak, to jest literatura piękna. Wręcz boleśnie przepiękna.

 

„Krysia. Mała książka wielkich spraw”, Michalina Grzesiak

Jeśli ktoś z Was ma taki zwyczaj, że czytanie książki rozpoczyna od patronów medialnych, to już doskonale wiecie, że od jakiegoś jest w księgarniach pozycja sygnowana moim logo, a że w tym logo jest foka, to można rzec, że to jest takie seal of approval, czaicie, SEAL of approval. „Krysia. Mała książka wielkich spraw” Michaliny Grzesiak to jest najpiękniejsza książka o miłości jaką czytałam od dawna, co jest tym wspanialsze, że to list miłosny od matki do córki. Córki szczególnej, bo w małej Krysi jest tyle rozkosznej ciekawości, ona tak uparcie próbuje zrozumieć dorosły świat (w sumie wszyscy kiedyś próbowaliśmy, tylko większość z nas już dawno się poddała), nadać mu znaczenie, że człowiek nic tylko się uśmiecha przy czytaniu, a potem nagle smutnieje, że tak mało w nim już zostało Krysi. No, taka to historia kilkuletniej dziewczynki, która punktuje celnie wszystko, co w tej naszej dorosłej  rzeczywistości zaprojektowaliśmy nie tak.

Książka w sam raz na teraz, bo mi tak idealnie pasuje do jeszcze zimnych wieczorów i herbaty w łapkach. Sama chętnie napisałabym coś równie ładnego dla mojego Kitku, oczywiście gdybym umiała tak dobrze pisać, a mój kot mnie kochał. Michalinie gratuluję, rączki całuję, zazdroszczę pióra i… córki. Wam polecam. Nie rozdaję swoich fok na okładki byle komu.

 

„Emigracja”, Malcolm XD

A dajcie Wy mi spokój, ta książka jest taka śmieszna, tak zręcznie napisana, że przecież szlag mnie trafia, gdy o tym pomyślę, cała jestem gotowa położyć się krzyżem w salonie i rozpaczać, że to nie mi przypadł taki talent, oczywiście gdyby nie to, że cały mój salon zajmują kocie zabawki, kocie tunele, kocie domki i kocie drapaki. W tej książce jest wszystko: jest przezabawna, jest doskonale napisana, nawet mądry przekaz ma, jezuchryste, no świętego by ruszyło.

Nic więcej nie napiszę, bo przecież tego się nie da opowiedzieć, jeśli chcę oddać tej książce sprawiedliwość, to ja powiem tylko: „Przeczytajcie”, a wy za jakiś czas powiecie mi: „dziękuję, Janino, to było doskonałe”.

***

No i nie ma za co, zapraszam do księgarń, bibliotek, półek z książkami, bo nie ma większej przyjemności niż czytać doskonałe zdania, które ktoś napisał. Na dniach polecę Wam jeszcze jedną książkę, taką ha ha śmieszną, a teraz jeszcze uprzejmie przypomnę dwa inne wpisy książkowe, tym razem o najciekawszych książkach popularnonaukowych:

Część 1: Za dużo kości w nadgarstku i o co chodzi w hormonach – kliku kliku

Część 2: Niewyspana mama-orka i największa skrzynka pocztowa na świecie – kliku kliku