Za dużo kości w nadgarstku i o co chodzi w hormonach [ULUBIONE KSIĄŻKI POPULARNONAUKOWE 2019]

Jeśli chodzi o przykłady doskonałych zbiegów okoliczności ze strony rzeczywistości, to mój mąż podszedł właśnie do zlewu, albowiem życie i system kolejkowy wychłostał go koniecznością zmywania, on podszedł, spojrzał na ten Mount Everest czule utkany z brudnych kubków i talerzy po bigosie, i dokładnie w tym momencie R.E.M w radiu zagrzmiało: „and everybody hurts sometimeeeees”.

Więc mój mąż zmywa i cierpi, a ja tymczasem postanowiłam dokonać czegoś nie mniej heroicznego, to znaczy, że stworzyłam listę zalet Polskich Kolei Państwowych, tak jest LISTĘ ZALET PKP. Wygląda tak:

1. W pociągach dobrze się czyta książki.

No nie ma za co. Jak chcecie to możecie śmiało ją wydrukować, nosić w portfelu i wyciągać przy okazji trudnych chwil zwątpienia, kiedy to okazuje się, że Wasz pociąg do Iławy przyjedzie, co prawda jedyne dziesięć minut później niż planowa godzina, niemniej trzy tygodnie później i w sumie zamiast wagonów będą podstawione zaprzęgi ciągnięte przez bawoły.

Niemniej ponieważ w tym roku przyszło mi spędzić wiele godzin w PKP-owskich zaprzęgach, to udało mi się też przeczytać bardzo wiele książek. Czasem, gdy jestem bardzo zmęczona, to najbardziej lubię czytać te takie marne kryminały, w których fabuła rozpada się jak naleśniki na patelni i w ogóle nie ma sensu; tam ofiara pozoruje swoją śmierć w łódce a potem wspina się po skale, by wysyłać rodzinie anonimy, albo morderca wmurowuje trzy ciała w ścianę i dwadzieścia lat później zatrudnia się przy remoncie owego mieszkania, by móc wciąż ukrywać te zbrodnie. No mówię Wam, autorzy tych dzieł to nie byli prymusami w szkole logicznego myślenia, ale ja im to totalnie wybaczam, bo i tak zawsze chcę wiedzieć, kto zabił. A czasem, gdy mam trochę więcej siły, to lubię czytać książki popularnonaukowe. Takie, które wyjaśniają mi świat, również w dziedzinach, o których nie mam pojęcia, niemniej muszę od razu powiedzieć, że jeśli chodzi o wyzwania intelektualne, to ja jestem nienachalnie zdeterminowana, więc moja zasada jest taka, że muszą to być książki o rzeczach ciekawych, trudnych i naukowych, ale napisane tak, że to jednak człowiekowi chce się czytać dalej, a nie wyrzucić tę książkę w połowie czytania za okno, oczywiście gdyby okna w PKP się w ogóle otwierały.

Uwaga, przedstawiam swoją bardzo subiektywną listę książek popularnonaukowych, które w zeszłym roku czytało mi się niezwykle dobrze i z przyjemnością porównywalną ze zlizywaniem lukru z pączka. Jest to lista, a nie ranking, bo z książkami jak z dziećmi – wszystkie należy kochać jednakowo, no chyba że któreś zdecyduje się studiować pedagogikę, no to wtedy nie.

 

1. “Factfulness” Hans Rosling

Zaczynamy od prawdziwej wadowickiej kremówki literatury popularnonaukowej, od mojej ulubionej książki na całą świecie, którą to polecam od kilku lat i polecam absolutnie wszystkim, wliczając w to ludzi przypadkowo spotkanych na ulicy i wszystkie okoliczne wróble (mewom nie, bo one są nienormalne i kradną ludziom frytki).

Hans Rosling to wspaniały biostatystyk, który wraz ze swoim synem i synową napisał ksiażkę o tym… że wszystko jest dobrze. Wziął na tapet najważniejsze statystyki światowej demografii, po czym rozpakował je delikatnie i z miłością niczym najwspanialszą z czekoladek, by przekonać nas, że hej, świat nie jest taki zły (to dobra wiadomość), niemniej my bywamy fatalni w interpretacji doniesień dotyczących świata (to nie najlepsza wiadomość).

Wiecie, w gruncie rzeczy dość szybko zrozumiałam, że ten kotek co leży na jezdni płasko jak naleśnik, to najpewniej wcale nie ucina sobie drzemki, a także wcale nie jest prawdą, że nasz królik uciekł w nocy przez okno na piknik ze swoimi puchatymi przyjaciółmi. Więc gdy co jakiś czas słyszałam, że umarł ktoś znany, kto bliski był moim emocjom, na przykład Wisława Szymborska albo Leonard Cohen, to tak wzdychałam, jakby trochę głośniej, ale jednak wciąż ze zrozumieniem, że tak to się w życiu dzieje, że kotki są przejeżdżane, a ludzie umierają. Niemniej w dniu kiedy dowiedziałam się, że umarł Hans Rosling, mój boże, przysięgam, że serce mi wtedy pękło dokładnie na sześć części, niczym najdoskonalszy rozkład normalny. Bo to był taki człowiek, który kochał statystyki i to z wzajemnością, on opowiadał o tych liczbach tak, że po jego wykładach każdy natychmiast pragnął córki, by móc ją nazwać Estymacja, a potem kupić jej jamnika, co wabi się Wskaźnik.

Oczywiście, że nie byłam zadowolona z tego, że Hans Rosling tak nagle spakował swoje statystyczne zabawki i opuścił naszą piaskownicę, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zostawił po sobie najdoskonalszą rzecz na świecie – książkę, która mnie oszołomiła. A wiecie co znaczy jej tytuł ?“Factfulness”, a słowo to definiowane jest najwspanialej na świecie: “factfulness: the stress-reducing habit of only carying opinions of which you have strong supporting facts”. Bo to nie jest książka o statystyce i nie jest o liczbach, to jest książka o myśleniu i o tym, jak robić to lepiej.

I pomyślałam, że oszaleję jeśli Wam jej nie polecę po raz setny, bo to jest najmilsze co się przytrafiło mojemu mózgowi od bardzo długiego czasu, to jest absolutny ptyś dla intelektu, Hans Rosling to wszystko opisał w sposób tak emocjonujący, że gdyby ta książka miała zostać zekranizowana, to jej głównego bohatera – statystykę – najpewniej grałby Chuck Norris, a w roli czarnego charakteru (złej interpretacji) wtórowałby mu Steven Seagal. Osobiście nie mogę się owej ekranizacji doczekać, ale w oczekiwaniu na seans kinowy pełen gwałtownych wzruszeń i uniesień serc, polecam książkę, bo serio, każdy powinien ją przeczytać.

2. “Talking to strangers. What we shoud know about the people w don’t know”, Malcolm Gladdwell

Było tak, że strasznie nudziłam się na lotnisku w Sztokholmie, bo miałam jeszcze trochę wolnego czasu do samolotu, a okazało się, że ludzie-Szwedzi niewiele wiedzą o życiu i nie ustawiają się w kolejce do wejścia na osiem tygodni przed odlotem, na wypadek jakby ktoś z nich miał się nie zmieścić. Technicznie rzecz ujmując, to nie ustawiają się w tej kolejce do kilku minut przed rozpoczęciem boardingu, co jest zachowaniem nie tylko dziwnym, ale i nieodpowiedzialnym, bo pomyślcie o tych wszystkich ludziach, którzy wejdą do tego samolotu na końcu i potem przez cały lot będą musieli stać. Póki co nikt nie stał. Oprócz mnie, bo ja stałam w lotniskowej księgarni i bardzo potrzebowałam kupić coś na czas podróży i wszystkich czekających mnie przesiadek, ale trochę się śpieszyłam, bo to nie miałam aż tylu czasu, by nauczyć się szwedzkiego i móc skorzystać z pełnej oferty rzeczonego sklepu. I wtem! Patrzę! Książka o której nie słyszałam, ale o jej autorze i owszem (i tylko dobre rzeczy). Wiecie, to był trochę zakup jak wtedy, gdy bierzemy zupełnie nieznane nam ciastko w ulubionej cukierni, bo smaku co prawda nie znamy, ale ufamy że nasza ukochana „Wisienka” nie sprofanowała ciastka z waniliowym kremem.

Mój boże, jaka to jest doskonała książka! Również o tym, jak zdarza nam się mylić – tym razem we własnych osądach i wyciąganiu wniosków o innych ludziach i wydarzeniach. Gladwell opisuje konkretne przypadki, najczęściej szalenie medialne, w których coś poszło nie tak – zawiodła komunikacja i interpretacje zdarzeń, czasem z tragicznymi skutkami. Bo wiecie, jak Wy powiecie babci przy Wigilii, że poprosicie masło, a ona poda Wam margarynę, no to wiadomo, będzie trochę histerii i łez, intencje dobre, ale niesmak pozostał (dosłowny, he he he). Niemniej w tej książce mowa o takich błędach w ludzkich osądach, które mają znacznie poważniejsze konsekwencje – w postaci niesprawiedliwych wyroków sądowych, śmierci, a nawet… II Wojny Światowej. A wszystko wyjaśnione jest za pomocą psychologii, nauki, konkretnych błędów poznawczy, nie że Gladwell tak sobie napisał, że coś jest takie a takie, bo tak mu się przyśniło, a potem jeszcze rodzynki w owsiance ułożyły mu się w kształt mózgu. Są wyjaśnienia naukowe i jest bibliografia dla prymusów, jakby ktoś chciał zabłysnąć na kolejnym rodzinnym obiedzie.

A, i jeszcze jedna rzecz – ta książka jest napisana jak najlepszy kryminał (trochę lepszy od tego, w którym typ przerabiał ofiary na cegły), więc czyta się ją szybko i z niesłabnącą ciekawością. No, jak kryminał. Tylko trochę smutniejszy, bo ofiary są całkowicie prawdziwa, a mordercą – nasze własne błędy rozumowania i osądu.

 

3. “Pobudzeni. Skąd się wzięły hormony i jak kontrolują praktycznie wszystko”, Randi Hutter Epstein

Zaczęło się tak samo – utknęłam ostatnio na niewielkim dworcu gdzieś na końcu świata, dwie godziny do pociągu, a na samej stacji tylko jeden kiosk z gazetami, książkami i batonikami o charakterze czekoladowym. Pomyślałam sobie: nie mogę już patrzeć na ten komputer, znajdę sobie coś do czytania, ale tak jakoś postanowiłam zaszaleć i wybrać coś innego niż kryminał, trochę dlatego, że czytanie jest ich totalnie bez sensu, bo wiadomo, że zabił kamerdyner, a trochę z powodu takiego, że akurat żadnego nie sprzedawano. Szukałam więc dalej – może coś takiego innego, może coś od czego rośnie mózg, może jeszcze się czegoś nauczę, no i wybór nie był oszałamiający, bo z takich książek, które mają nas umądrzyć, to była tylko jedna o historii endokrynologii. Słuchajcie, moje zainteresowanie historią jest dokładnie na tym samym poziomie, co zainteresowanie endokrynologią, to jest żadne. ALE MÓJ BOŻE JAK TO SIĘ DOBRZE CZYTA, jak najlepszą powieść akcji.

Właściwie to nie jest tylko opowieść o historii endokrynologii, ale o historii nauki w ogóle i tego jak ewaluowało nasze myślenie o świecie i zdolność jego poznawania. To też małe serduszko rysowane na szybie pionierom medycyny (i nauki w ogóle), takim ludziom typu Harvey Cushing czy Florence Haseltine, z których wszyscy się śmiali i przyklejali im do pleców kartki z napisem „kopnij mnie”, a oni robili swoje, bo owszem, ich pomysły były rewolucyjne, ale oni nie tyle byli przekonani o swojej nieomylności, co chcieli wiedzieć, jak jest naprawdę. Bardzo dobrze się tę książkę czyta, bo to trochę historia o tym, w jaki sposób poznawano i uczono się rzeczy, które w tej chwili są dla nas oczywiste. Jak nauka dotarła do tego momentu, kiedy to wiemy, że hormony to niekoniecznie są takie małe kulki, co pływają w krwi i odbijają się od ścianek naczyń krwionośnych jak piłeczki ping-pongowe. Choć oczywiście są ludzie, którzy wciąż tak uważają (ja).

Ładna to historia o nauce i dojrzewaniu naszego rozumowania, choć z elementami smutnymi, a przy tym ekstremalnie ważnymi – bo poświęcono tam też sporo miejsca ofiarom naszych prób zrozumienia świata (wśród których mamy i ludzi, i zwierzęta). Jest to też książka świetnie napisana. Z tym, że od razu zastrzegam, że czy tam się medycznie wszystko zgadza to nie wiem, bo w swoim rozwoju nauk biologicznych zatrzymałam się na jamochłonach i cyklu rozwojowym mchu, z tym że z tego drugiego to dostałam 3-.

 

4. “Człowiek i błędy ewolucji” Nathan H. Lents

Jak już się pochwaliliśmy jako rodzaj ludzki, poklepaliśmy po plecach własne rozumowanie i zdolność do odkrywania świata, to teraz czas na prztyczek w nos od losu, czyli ten moment, kiedy okaże się, jak wiele rzeczy w człowieku poszło nie tak. Zacznijmy od początku. Właściwie to początku początków, bo od dedykacji, która widnieje na wstępie. Umówmy się – nawet jeśli ta książka Wam się nie spodoba, to będziecie musieli przyznać, że jest to pozycja o najdoskonalszej dedykacji na świecie. Brzmi ona:

„Wreszcie coś, o czym dużo wiesz!”
– moja mama (gdy się dowiedziała, że piszę o ludzkich słabościach

To taka książka o pomyłkach natury, ale takich z którymi żyjemy na co dzień we względnej zgodzie, o tych momentach, kiedy to trochę zawiodła ewolucja i podarowała nam trochę za dużo kości w nadgarstku czy nerw krtaniowy wsteczny, który totalnie mógłby mieć kilka centymetrów (no bo łączy górną część gardła z mózgiem), ale z jakiegoś powodu nasze ciało zbudowało dla niego drogę dłuższą niż obwodnica A8 (tylko mniej zakorkowaną, no bo wtedy byśmy umarli. Chyba. Przypominam, że miałam 3- z cyklu rozmnażania mchów). Z tym że tym nerwem to nie przejmowałabym się za bardzo, bo na tę samą przypadłość cierpią strusie i ich nerw o długości dwóch metrów, czyli i tak trzy metry krótszy niż u żyrafy. A czemu właściwie tak to się wszystko potoczyło i jakie są konsekwencje takich drobnych błędów ewolucji, to wyjaśnia nam właśnie tak książka. Podczas czytania człowiek zupełnie inaczej zaczyna patrzeć na własne nadgarstki.

Trochę jak kot, gdy kładą na nim książkę tylko po to, by zrobić zdjęcie do wpisu.

Ciekawostka! Znajdziemy w tej książce też rozdział o tym, dlaczego zdarza nam się myśleć źle, popełniać błędy poznawcze, wyciągać nieprawidłowe wnioski – to znaczy, dlaczego natura nas tak skrzywdziła i co przegapiła ewolucja, że wciąż mamy wśród nas ludzi, którzy myślą, że wychodząc na spacer z psem statystycznie mamy po trzy nogi. Czyli w sumie to taki doskonały dodatek do tego, o czym pisali Rosling i Gladwell (czyli punkty 1 i 2 mojej listy).

A jeśli jeszcze Was nie przekonałam, że jest to książka, którą chcecie przeczytać, to na koniec zostawiłam absolutną petardę – słuchajcie, tamże znajdziecie odpowiedź na pytanie, które wszystkich nas dręczy od wielu lat, spędza sen z powiek i mąci spokój duszy. Tak jest, z tej książki w końcu się dowiecie, czemu głowonogi nie noszą okularów.

 

5. “Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim ZOO” Lars Berge

Oto jest moja lektura sylwestrowa, czyli książka, z którą spędziłam całą wczorajszą imprezę. ALE BYŁA IMBA!!!!

Zdaję sobie, że jest to książka nie do końca popularnonaukowa. Ale wiecie dlaczego ją w tym zestawieniu umieszczam? BO MOGĘ!!! Właściwie to reportaż, ale o silnych podwalinach naukowych. To znaczy, że Berge owszem zaczyna od próby wyjaśnienia bardzo konkretnego zdarzenia – zabicia przez wilki ich własnej opiekunki w szwedzkim ZOO (nie tak dawno, bo w 2012 roku), ale natychmiast zaczyna myśleć o tym wydarzeniu znacznie szerzej; czy to wina wilków czy też samych ludzi? Jak ewoluowało nasze myślenie o środowisku i naturze? Czy to w ogóle możliwe by człowiek zaprzyjaźnił się z dzikim zwierzęciem? Bardzo to ciekawa opowieść, choć nie będziecie się śmiać wcale. Raczej w mózgu będą Wam się pojawiały takie małe znaki zapytania, notować tam będziecie rzeczy do przemyślenia.

Cały reportaż oparty jest na rzetelnych przekazach naukowych, ogromnej ilości źródeł dotyczących samego wydarzenia czy historii ogrodów zoologicznych, a i tak czyta się go jak najlepszy… traktat. No, chyba tym właśnie jest ta książka – jest to taki traktat o tym, jak odnosimy się do natury (spoiler: źle) i że czasem przychodzi nam spłacać zaciągnięte wobec niej długi.

Zdjęcie dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne. Sama nie posiadam zdjęcia okładki, bo czytałam e-booka

 

Zaczęłam tę książkę czytać przedwczoraj, a skończyłam wczoraj i niech to będzie najlepsze świadectwo tego, jak dobrze jest napisana. Zostawiła mi w głowie bardzo dużo pytań, tak się od tamtego czasu wciąż zastanawiam nad wieloma rzeczami, na przykład nad rolą ogrodów zoologicznych. Podkreślam: zastanawiam (czas niedokonany), bo wniosków jeszcze żadnych nie wyciągam. Wszak Gladwell i wszyscy pozostali autorzy z tej listy nauczyli mnie, by nie robić tego zbyt pochopnie.

A gdy już przeczytacie tę książkę, to obejrzyjcie najsmutniejszy dokument świata w podobnym temacie – “Blackfish”. Dostarczy Wam dodatkowych pytań, ale też kilku odpowiedzi. I mam nadzieję, że sprawi, że już nigdy nie przejdziecie się do cyrku czy innych parków “rozrywki”, w których ryby żonglują piłkami lekarskimi za kawałek śledzia.

***

UWAGA! TO NIE KONIEC. Mam w głowie jeszcze (co najmniej) pięć kolejnych książek popularnonaukowych, dzięki którym trochę zmądrzałam i które koniecznie chcę Wam polecić. Zrobię to w drugiej części tego wpisu. Teraz nie mogę, bo idę zjeść smalec z fasoli. Tak jest, SMALEC Z FASOLI. Oto są rzeczy, co do których zmieniłam zdanie w minionym roku: aktywność fizyczna, obecność choinki w chałupie i smalec z fasoli. I w gruncie rzeczy, również w myśl tego wpisu – tego nam wszystkim życzę z okazji roku 2020; otwartości na to, co nam nieznane albo co wydaje nam się trwałe i nie ma opcji, nigdy już nie zmienimy zdania na dany temat, prędzej piekło zamarznie, daj spokój, Krystyna, oczywiście, że w czasie burzy wszystkie serniki opadają a ludzie owszem, czasem się mylą, ale ja to akurat nigdy nie.

Sobie zaś życzę (i jest to życzenie szalenie egoistyczne), by w przyszłym roku ktoś na swojej liście ulubionych książek popularnonaukowych umieścił tę, którą napisałam. „Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby zdobyć Nobla?”, wydawnictwo W.A.B., premiera w marcu 2020.

***

Druga część cyklu, w którym polecam ciekawe książki popularnonaukowe: KLIKU KLIKU. Tym razem można się dowiedzieć czegoś o niewyspanej mamie-orce i największej skrzynce pocztowej na świecie.