Niewyspana mama-orka i największa skrzynka pocztowa na świecie [ULUBIONE KSIĄŻKI POPULARNONAUKOWE 2019 – część 2]

Mój dzień zaczął się dziś o drugiej nad ranem, kiedy to mój kot uznał wskoczenie na karnisz pod sufitem za pomysł wyborny, niemniej jego plan nie obejmował już sposobu na zejście z tej lokalizacji, to znaczy – trochę obejmował, ale zapomniał przedyskutować ze mną mój aktywny udział w tej akcji ratunkowej. W sumie wiadomo, jak jest: jak spadać to z wysokiego karnisza, jak kraść to miliony. W tym kontekście cieszę się, że zdecydował się na to pierwsze, niż jakby miał podkradać hajs z portfela.

No chyba, że podkradałby drobne na książki popularnonaukowe, to wtedy nie miałabym żalu. A na jakie książki popularnonaukowe? No i dokładnie o tym sobie dziś porozmawiamy. Zresztą po raz drugi, bo pierwszą część wpisu polecającego najciekawsze pozycje z tej dziedziny znajdziecie tu: KLIKU KLIKU

1. “Wirus paniki” Seth Mnookin, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka

Zawsze tłumaczę moim studentom, że gdy angażują się w jakikolwiek projekt badawczy, to jasne, że zaczynamy od opisania danego zjawiska (czyli odpowiadamy sobie na pytanie: „jak jest?”), ale warto na tym nie poprzestawać. W gruncie rzeczy krok kolejny jest trochę bardziej skomplikowany, ale i kluczowy – polega on na wyjaśnieniu dlaczego jest jak jest? I właśnie to w swojej książce zrobił Seth Mnookin.

Owszem opisuje jak jest – jak duże są ruchy antyszczepionkowe na całym świecie i jak duże są efekty ich działań, mierzone między innymi spadkiem wyszczepialności. Ale to już wiemy, na ten temat powstaje rocznie kilkanaście raportów przeróżnych instytucji, na czele z raportem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). To, co jest najmocniejszą stroną tej książki, to próba wyjaśnienia, jak to się stało, że w XXI wieku, kiedy dzięki osiągnięciom nauki nigdy nie żyło nam się tak bezpiecznie i tak długo, tak wiele osób ogłasza odwrót od tego, co zostało zbadane i udowodnione, na rzecz słuchania osób bez wykształcenia medycznego i bez jakichkolwiek dowodów na głoszone przez siebie tezy. To znaczy – zdaje się pytać Seth Mnookin – w którym momencie w kwestii własnego zdrowia zaczęliśmy ufać bardziej inżynierowi maszyn budowlanych, a nie lekarzom?

Dobra to jest książka, dokładnie stara się rozszyfrować wszystkie mechanizmy, które doprowadziły do takiego stanu rzeczy – i błędy poznawcze na poziomie indywidualnym, i prawa rządzące życiem społecznym. Nie zapomina o błędach świata naukowego – na przykład w kwestii komunikowania zarówno swoich osiągnieć, jak i potencjalnego ryzyka. A to wszystko autor skąpał jedynie w wiarygodnych źródłach, badaniach naukowych i wywiadach własnych, które przeprowadził z ludźmi po obu stronach barykady.

Gruba to książka, bo i (za)wartości tak dużo. Niemniej czyta się bardzo dobrze, w sumie trochę tak, jak gdybyście oglądali niezły serial kryminalny (co w gruncie rzeczy nie jest aż tak złym porównaniem; mamy sprawców, mamy tych, którzy próbują ich zatrzymać, a przede wszystkim – mamy ofiary).  Dużo mnie nauczyła ta książka – nie tylko w kontekście tych wszystkich mechanizmów społecznych i indywidualnych, które powodują że ruchy antynaukowe rosną w siłę. Przede wszystkim pozwoliła mi zastanowić się nad samą sobą, w jaki sposób ja mogę zmienić swoje podejście i sposób komunikacji w taki sposób, by więcej osób chciało mnie słuchać. I że nie może się to dziać poprzez brak szacunku i szyderstwo.

Dłuższą recenzję ten książki napisałam w osobnym wpisie: KLIKU KLIKU, tutaj jednak polecam ją znowu, bo naprawdę jest warta uwagi. Dużo nas uczy o nas samych i o naszej roli w tym sporze z antyszczepionkowcami.

2. “Turbopatriotyzm” Marcin Napiórkowski

Wszyscy znamy z wiadomości lub internetu jednego czy drugiego miłego chłopca, na oko kilkunastoletniego, z godłem wydziaranym na plecach i racą w dłoni. Ten na którego ja natrafiłam oglądając relację z marszu niepodległości miał nie więcej niż 15 lat. Zarostem to go co prawda życie jeszcze nie obdarowało, ale głębokim przekonaniem, że warto niektórych ludzi wysłać do gazu, to już owszem. Miły chłopiec miał na sobie bluzę z kotwicą Polski Walczącej i mówił coś o śmierci wrogom ojczyzny. Tak jest, miał na swojej wątłej klacie znak Polski Walczącej, czyli – przypomnijmy – ten sam, który w czasie wojny malowali na murach podobni jemu kilkunastoletni chłopcy, a następnie ginęli za sprawy, których teraz nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

I on ma na sobie tę bluzę, i opowiada o gazowaniu wrogów ojczyzny, i to od razu widać, że ten znak na ubraniu to nie jest przypadek, niespójność jakaś czy tam niestosowność, bo on też jest gotów zginąć za ojczyznę, jemu nie są obce powstania, konspiracja i poświęcenie, on pierwszy będzie krew przelewał za naszą polską ziemię, znaczy – gdy tylko nauczy się, jak pisać poprawnie słowo żołnierz, a matka w końcu pozwoli mu wychodzić z domu po 22. Niestety pewne mosty są już spalone; nazwy Szare Szeregi to na przykład nigdy nie wypowie, bo zęby już dawno stracił w tej ostatniej bitwie o ojczyznę pod osiedlowym sklepem monopolowym, gdzie akurat natrafił się jakiś wróg, ciemny taki, ciemny jak szatan, choć potem okazało się, że to jakieś okropne nieporozumienie, że to jednak nie był żaden uchodźca, ale człowiek, który właśnie wrócił z wakacji w Sopocie.

Znamy te zjawiska. Próbuję się z nich śmiać, ale prawda jest taka, że w znacznie większym stopniu się ich boję. Tego, że wciąż mają się tak dobrze w naszym społeczeństwie i tego, że rosną w siłę. A gdy odczuwam niepokój to całkiem skutecznie obniża go ten moment, gdy dane zjawisko zaczynam rozumieć, gdy jest mi mniej zagadkowe. No bo tak, mamy dużo „prawdziwych patriotów” na ulicach i wszelkich marszach. Ale dlaczego właśnie teraz mamy ich tak dużo? I dlaczego wciąż rosną w siłę?

No i znowu nie musimy się nad tym zbyt długo zastanawiać, bo większość roboty wykonał za nas Marcin Napiórkowski w swojej książce „Turbopatriotyzm”. Oprowadza nas po dwóch rodzajach tożsamości narodowej i ładnie pokazuje, że ta walka pomiędzy dwoma różnymi sposobami pojmowania patriotyzmu, w tym tej interpretacji, która interesuje nas najbardziej: zorientowanej na przeszłość, wspólnych wrogów i agresywne demonstracje. Granice tych tożsamości nie wyznacza tylko partyjna polityka, ale wszystko, co nas otacza. Polami bitwy jest główny nurt internetu i te jego perfyeria, do których strach czasem zaglądać, ale również centra miast, wydarzenia na ulicach, moda…

W gruncie rzeczy ta książka jest podobna do „Wirusa paniki” w tym sensie, że jest bardzo rzetelną próbą zrozumienia zjawiska „turopatriotyzmu”. Autor nie poprzestaje na stwierdzeniu „nie zgadzam się”, ale drąży temat dalej przy udziale swojej ogromnej wiedzy z zakresu semiotyki kultury, a także swojej badawczej ciekawości.

Temat trudny, bo dla wielu z nas szalenie emocjonalny, ale czyta się tę książkę dobrze – dużo w niej konkretu, faktów, wyjaśnień naukowych, ale sporo też ironii i sarkazmu, wiele razy zaśmiałam się szczerze. No i w gruncie rzeczy temat dotyczy bardzo bliskiej nam rzeczywistości, na którą nie zawsze się zgadzamy – jeśli chcemy ją zmienić, najpierw musimy ją zrozumieć. Ta książka doskonale w tym pomaga.

3. “Farerskie kadry. Wyspy, gdzie owce mówią dobranoc” Maciej Bencz

Tak jak ostatnio, tak i tym razem przemycam w tym spisie polecajek książkę, która jest raczej reportażem niż książką popularnonaukową, ale reportażem naszpikowany danymi, faktami i wywiadami jak pieróg mięsem. No i to jest książka o rzeczach miłych, bo o owcach. Ile wiecie o Wyspach Owczych? No, ja tak samo dużo, w sensie, że nic. Ale mój boże, ta książka jest tak napisana, że totalnie nie chce się jej przestać czytać, to jest tak jakby człowiek właśnie sobie uświadomił, że totalnie kluczowe dla jego istnienia jest to, by posiąść jak najwięcej informacji o tym kraju.

A jest to kraj fascynujący – ich populacja wynosi 1/10 Poznania, a wydaje się tam per capita 5 razy więcej książek niż u nas (w tym Quo Vadis i wiersze Herberta przetłumaczone na farerski), gdzie znajdziemy największą skrzynkę pocztową na świecie i ledwie pięć skrzyżowań, na których trzeba czekać na zielone światło.

I jeszcze fakt, który szalenie mnie wzruszył – te cmentarne nagrobki z surowego kamienia z krótką jedynie sentencją: Takk fyri (dziękuję).

Niemniej ta książka to nie jest po prostu zbiór ciekawostek – to bardzo piękna opowieść o historii, kulturze i ludziach bardzo niewielkiej wyspy o bardzo słabej łączności z tym, co dookoła. Jest napisana z niezwykłą miłością, szacunkiem i zrozumieniem w stosunku do Farerów i całej kultury wysp. I jest napisana tak dobrze, że przeczytałam ją w dwa dni, ale to i tak tylko dlatego, że mam zwyczaj podkreślania w książkach fragmentów ciekawych i wzbogacających, a tu co rusz musiałam sięgać po ołówek.

Polecam serdecznie ten reportaż o dobrym miejscu na ziemi – wszak tak wiele owiec nie może się mylić. I będziecie zdziwieni, jak wiele od mieszkańców tych wysp (nie tylko owiec) możemy się nauczyć.


4. “Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt” Marta Alicja Trzeciak

Nie dajcie się zwieść – to nie jest tylko książka o rodzicielstwie zwierząt, z której przyjdzie nam się dowiedzieć, że tapiry zawsze odprowadzają swoje dzieci do przedszkola, a oposy notoryczne zapominają pakować swoim dzieciom drugie śniadanie do szkoły. To jest opowieść o rodzicielstwie zwierząt i naszym własnym. W jakich aspektach zwierzęcy i ludzcy rodzice są do siebie podobni? (Dobre wiadomości – jeśli Wasz niemowlak nie daje Wam spać to jesteście w brawurowym towarzystwie orek i delfinów). W czym jesteśmy różni i dlaczego? Czemu więź matczyna i ojcowska kształtuje się odmiennie?  Z jakich uwarunkowań to wynika i dlaczego tak to sobie wymyśliła ewolucja? Nie no, poważnie, dlaczego właściwie wymyśliła to właśnie tak, że strzyżyk będzie złym ojcem, jeśli nie nawiąże kontaktu wzrokowego ze swoim potomstwem zaraz po wykluciu? A co, gdy mały kojot zapomni wynieść śmieci – czy zostanie ukarany? Jaka jest rola kar u zwierząt i czego możemy się od nich w tym względzie nauczyć?

Takie przeplatanie faktów z rodzicielstwa zwierząt i ludzi, a także wyjaśnianie, skąd się biorą i dlaczego mądra natura tak to wymyśliła, w gruncie rzeczy pozwoli Wam się nauczyć czegoś nie tylko o tym, jak mama-orka wychowuje małą orkę, ale również czegoś o naszym własnym podejściu do rodzicielstwa i wychowywaniu dzieci. A także o tym, jakie czynniki ewolucyjne, biologiczne i społeczne to nasze rodzicielstwo uwarunkowały.

Bardzo to ciekawa pozycja, właściwie co rusz coś mnie zaskakiwało, co rusz uśmiechałam się na jakąś historię o zwierzęcym rodzicielstwie. A to, że przy okazji mogłam te procesy trochę lepiej zrozumieć, to już w ogóle była piękna wisienka na tej literackiej wuzetce.

5. “Mózg w żałobie” Dr Lisa M. Shulman

I ostatnia polecana przeze mnie książka również będzie nieoczywista – znajdziecie tam naukowe wyjaśnienia procesu radzenia sobie z traumą. Ale wszystko będzie podszyte bardzo osobistą historią dwójki lekarzy-neurologów, z których jedno nagle umiera na raka. Zaczynamy od samego początku; diagnoza – leczenie – śmierć – żałoba. Co samo w sobie jest historią, którą znamy bardzo dobrze z książek, filmów, a także – niestety – życia. Jednak to, co czyni tę książkę wyjątkową jest to, że jest napisana przez ludzi, którzy są ekspertami w nauce o mózgu. Przechodzimy więc przez proces żałoby, ale oprócz osobistych przeżyć autorki znajdziemy też badania naukowe dot. traumy, różne podejścia psychologiczne, czy medyczne wyjaśnienia stanów, które żałobie towarzyszą.

Uwaga, to nie jest publikacja naukowa o żałobie, więc jeśli ktoś takowej szuka, to w tym wypadku zdecydowanie się rozczaruje!

Jest to ładne połączenie trzech perspektyw – osobistej, naukowej i terapeutycznej – w próbie zrozumienia i poradzenia sobie z własną żałobą. I od razu mówię, że najwięcej jest tu tej perspektywy osobistej. Jeśli więc ktoś szuka typowej naukowej pozycji na temat roli śmierci i żałoby w społeczeństwie – niech poszuka wśród innych tytułów. Niemniej jeśli ktoś chce trochę bardziej zrozumieć proces, którego najpewniej już kiedyś był lub kiedyś będzie częścią – to to jest ku temu dobra okazja.

Zresztą ta książka jest też ciekawie wydana – znajdziecie tam też puste kartki w linie na własne przemyślenia i zadania, które możecie wykonać, jeśli akurat sami przechodzicie przez trudny czas i radzicie sobie z podobnymi trudnościami. Niemniej nawet jeśli w tej chwili ten problem Was nie dotyczy , to warto tę książkę przeczytać, by dowiedzieć się trochę więcej o sobie i o tym, jak biologia mózgu wspiera nas w radzeniu sobie z traumą.


I trochę mi przykro, że dzisiejszą polecajkę muszę skończyć tak smutnym akcentem, niemniej mam nadzieję, że wybaczycie mi to z racji tego, że było dziś i trochę pluszu (owce) i miłości (mama-orka). Obiecuję, że to nie ostatni odcinek tego cyklu, choć zastanawiam się, czy trzecia część nie będzie trochę inna – książki popularnonaukowe, których nie polecam (na przykład dlatego, że zawierają błędy, a nie dlatego, że mam takie widzimisię).

Póki co macie dziesięć książek (część 1: TU), po które możecie pobiec do księgarni i myślę, że będą państwo zadowoleni. Jeśli sami macie jakieś książki popularnonaukowe, które są warte polecenia, to koniecznie o nich napiszcie, a jeśli już czytaliście coś z tej lub poprzedniej listy, to też koniecznie dajcie znać, jak wrażenia!

Buzi buzi,