Starość, czyli o życiu po trzydziestce

Kiedyś to było tak: człowiek szedł w melanż, o czwartej nad ranem wychodził z klubu o charakterze muzycznym, kimnął się przez przypadek na przystanku w oczekiwaniu na autobus, a obudził dopiero, jak wolontariusze na Plantach chcieli go poczęstować gorącą herbatę i ulotką, gdzie może się zgłosić po darmowe koce i talon na żurek, a jak już się obudził i po raz kolejny podjął próbę powrotu do domu, to okazywało się, że wsiadł w pojazd transportu publicznego jadący w zupełnie odwrotnym kierunku, o czym przez długi czas nie wiedział, bo mu się akurat kompas zepsuł i niwelator optyczny samopoziomujący też. No więc dojeżdżał do pętli Nowa Huta, mimo iż mieszkał po drugiej stronie miasta, krótkie afterparty z kolegami poznanymi na pętli, z czego absolutnie wszyscy nazywali się Sebastian, i voila, o 9 rano już człowiek był z powrotem w domu, co prawda bez jednego buta, ale za to w indiańskim pióropuszu i z kozą na sznurku, którą postanowił nazwać Izabela. No, o 9 rano w domu, a o 9:30 na uczelni i to nie, że ja byle jak byłam na tej uczelni, ja regenerowałam się szybko niczym ogon jaszczurki, ja na tych wykładach to byłam szalenie skrupulatna, notowałam, czasem nawet ZAZNACZAŁAM RZECZY KOLOROWYM ZAKREŚLACZEM, a potem wybijała dwunasta i szliśmy na browara, bo właśnie zaczynały się hapiałers. I to właśnie było pięć lat moich studiów.

Po trzydziestce jest tak: człowiek pije drinki sztuk dwa, trzeciego już nie pije, bo byłoby to nieodpowiedzialne i stanowiło sabotaż jutrzejszych planów zawodowych. Czołga się do domu ze zmęczenia i gdyby mógł to by totalnie zatrzymał jakiś radiowóz i poprosił o podwózkę, bo przecież jest już 22:40, co oznacza, że od 10 minut powinien być już w łóżku. Cudem udaje mu się zwyciężyć nad demonem senności i wysiąść na właściwym przystanku, i czołga się do tego domu, i czołga, i ma w sobie głębokie przekonanie, że już nigdy nie uda mu się dotrzeć do łóżka, że oto zaśnie na tym chodniku i znajdą go później wolontariusze jakiejś organizacji charytatywnej, i trzeba będzie im tłumaczyć, że nie, nie, proszę pani, ja nie jestem bezdomna, ja mam po prostu ponad 30 lat. No więc człowiek walczy – o 22:50 ostatkiem sił dociera do łóżka, trzeźwy jak niemowlę, ale wykończony jak po pięciu okrążeniach dookoła osiedla i jeszcze serii pajacyków, nie je, bo niezdrowo na noc, wodę pije, bo zdrowo na noc, idzie spać o jakiejś szokującej godzinie 23, modląc się by jego włókna kolagenowe nie zajarzyły, że jest już tak późno, budzi się następnego dnia z kotem na twarzy i wpada w totalną panikę, że na bank spóźnił się do roboty, a czuje się tak źle, ale tak źle, że człowiek natychmiast chce zadzwonić do swojego szefa, że musi wziąć urlop na żądanie, ale nie umie wymówić frazy „na żądanie”, bo jeszcze jest półprzytomny ze zmęczenia i braku snu, więc postanawia, że weźmie urlop „bo chcę” i dzwoni do tego szefa, i dzwoni, i dzwoni, ale on ma cały czas zajęte, no to nic, to człowiek wyszykuje się, ubierze, korektorem przykryje wszystkie błędne decyzje wieczora poprzedniego, szybko sprawdzi, co go ominęło we wczorajszym odcinku „Na Wspólnej”, cały już będzie gotowy do wyjścia i wtedy sobie przypomni, że przecież prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą.