Statystyka, która kłamie

Gdy brałam ostatnio udział w akcji, która promować miała adopcję bezdomnych zwierząt, to miałam pewne poczucie sprawczości – że będę próbować na wiele sposobów; dam swój wizerunek, zasięgi, będę mówić o tym tak długo, aż jak najwięcej osób dowie się o tych puchatkach, które potrzebują domu. A potem zdarzył się czwartek, wyrok fasadowego Trybunału Konstytucyjnego, który wręcz zobowiązywał do działania, a ja poczułam się totalnie bezsilna – że nic nie mogę, że tej rzeczywistości nie mam jak zmienić, nie wiem jak choćby próbować. Ale to nie była prawda.

Teoretycznie ciszy nie można stopniować, nie da się milczeć bardziej. A jednak patologiczna wersja kościoła katolickiego w tym kraju potrafi;
W kościołach było cicho, gdy trwała dyskusja o przyjęciu uchodźców (chociaż to nie do końca prawda, przecież odmawiano różaniec i śpiewano „Barkę” w intencji ochrony naszych granic przed ludźmi, którzy bezczelnie chcieli dostać się do Polski, żeby przeżyć, a taka tam fanaberia – by się ocalić życie).
Było jeszcze ciszej, gdy trwał protest opiekunów osób niepełnosprawnych – z tymi kuriozalnymi postulatami o godność, stosowne wynagrodzenie finansowe, prawa emerytalne.
Najciszej zaś jest wtedy, gdy księża krzywdzą dzieci, a raczej – pozwalają na to, by się prowokować, wszak jak powiedział arcybiskup Michalik, ta pedofilia to wina dziecka, „ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego wciąga”.

O przemocowej narracji o LGBTQ+ nie wspominam, bo to i tak nie są ludzie, a ideologia, poza tym sami sobie zasłużyli na takie traktowanie, tym swoim znieważaniem smoka wawelskiego poprzez obwiązanie go tęczą.

I mnóstwo innych mikroagresji – agitacje polityczne, pieniądze zebrane na niepełnosprawne dzieci, które jednak przekazano na remont kościoła, bo kolor na ścianach trzeba było odświeżyć i osoba którą kochałam, która nie mogła mieć nabożeństwa pogrzebowego w kościele, bo została skremowana. Kto wie, może jak już księża wyremontują wszystkie kościoły, pozłocą wszystkie obrazy, wybudują kolejny pomnik Chrystusa na kilka metrów wysokości, to znajdą czas również na to, by zwrócić się ku człowiekowi i wartościom o których tak często krzyczą z ambony.

A ja obserwowałam to wszystko i nie reagowałam. To znaczy – reagowało wszystko we mnie, ale ja sama wciąż nie. Byłam wydmuszką. Jedną z wielu, ale to w żaden sposób mnie nie tłumaczy i nie usprawiedliwia. Jestem statystyką, która kłamie.

Według danych GUS w 2017 roku w Polsce było prawie 33 miliona katolików. Albo raczej: ochrzczonych. Za tymi liczbami oczywiście jest wiele osób, które spotkamy na niedzielnych mszach i przy przyjmowaniu sakramentów. Ale są też tacy – w tym ja – których ktoś do tej organizacji wiele lat temu zapisał i tak już zostało. Mimo iż nie chcę mieć nic wspólnego z tymi pseudowartościami, że w żaden sposób nie chcę legitymizować tej instytucji swoją obecnością. Nawet jeśli jest to po prostu atramentowa obecność w kościelnych statystykach.

To jak patologiczna relacja z wujkiem na rodzinnych obiadach, który to wujek nie szanuje cię, upokarza osoby, które kochasz, mebluje ci życie i poucza, a potem każe się całować w pierścień, a ty się na to zgadzasz, bo tak jest wygodniej, bo jest ci wszystko jedno, a bo to dużo roboty, by się sprzeciwić.

A teraz, kiedy kościół i państwo splotły się ze sobą jak złote łańcuszki, tak że trudno je rozróżnić i trudno rozdzielić, ta moja hipokryzja ma większe znaczenie niż zwykle. Dlatego wpisałam wczoraj w wyszukiwarkę zapytanie, jak dokonać apostazji.

Można to zrobić tak:
1. Składasz oświadczenie woli w formie pisemnej wobec proboszcza parafii właściwej dla swojego miejsca zamieszkania. Wzór oświadczenia znajdziesz bez problemu w internecie.
2. W podpisanym oświadczeniu podajesz dane personalne, datę i parafię swojego chrztu, oraz deklarujesz, że oświadczenie jest składane dobrowolnie i ze świadomością konsekwencji.
3. Następnie jest krótka rozmowa z proboszczem, podczas której padnie pytanie o powody apostazji. To najtrudniejsza część tego procesu – wiecie, jak z tych wszystkich czynników wybrać tylko kilka.
4. Podpisujesz akt wystąpienia z kościoła w trzech egzemplarzach. Jeden zostanie umieszczony w aktach parafii, drugi wysłany do kurii, a jeden egzemplarz zostaje u ciebie. To na podstawie tego dokumentu w księdze chrztu pojawi się wpis o wystąpieniu z kościoła.
5. Udajesz się do parafii swojego chrztu, by uzyskać zaktualizowane świadectwo chrztu ze stosowną adnotacją. Ostateczny dokument potwierdzający, że nie zgadzasz się na to wszystko, co teraz się dzieje.

Myślę, że to działanie ma znaczenie nie tylko symboliczne. Pomyślcie o tym w ten sposób – wypisujemy się z siłowni, która przestała nam odpowiadać, oddajemy karnet, jeśli zbyt długo z niego nie korzystamy. I możecie powiedzieć – no dobra, ale to dlatego, że nie robiąc tego tracimy pieniądze. Mam złe wiadomości – nasza pusta obecność w kościelnych statystykach też nas wszystkich kosztuje, spłacamy ten dług od bardzo wielu lat; to co się stało w ostatni czwartek jest kolejnym, ale wcale nie ostatnim wekslem, który poręczamy swoim nazwiskiem wpisanym w księdze chrztu.

Może już dość. Może najwyższy czas przestać być statystyką, która to legitymizuje.