Trudny powrót do szkoły

Już niedługo rozpoczęcie nowego roku akademickiego, tj. ten smutny czas kiedy trzeba zacząć się liczyć z tym, że w każdej części tego miasta można się natknąć na jakiegoś znajomego studenta, czyli generalnie koniec z zachowywaniem się jak zwierzę w miejscach publicznych. Jak nowy rok akademicki, to i nowi nauczyciele, dziś się z takimi spotkałam. Takiego człowieka, który nigdy wcześniej nie uczył bardzo łatwo rozpoznać; po pierwsze, zachowuje w się w dziwny i niespotykany mi sposób, podobno to entuzjazm. Po drugie, nie ma w nim śladu strachu. Po trzecie, często mówi superzabawne zdania typu: “przygotuję dodatkowe zadania dla chętnych” albo “ustalę dodatkowy dyżur, może ktoś będzie chciał oddać esej przed terminem”.

laughing

Lubię myśleć, że ze studentami żyje mi się dobrze. Owszem, mieliśmy parę ciężkich chwil, na przykład wtedy kiedy to opowiedziałam brawurowy dowcip o Spice girls, a oni nie tylko się nie zaśmiali, ale co gorsza spytali mnie kto to jest Spice girls?, co sprawiło że kolejne cztery tygodnie spędziłam w łóżku opłakując swoją młodość i dzwoniąc do telezakupów Mango, by dowiedzieć się czy ten krem z wyciągiem ze śluzu ślimaka to naprawdę redukuje wszystkie zmarszczki, nawet te które jeszcze nie powstały. Albo wtedy, kiedy tłumaczyli mi, że według danych ankietowych 350% studentów ma bardzo dobre zdrowie i choć te liczby mogą cieszyć, to należy je traktować z pewną ostrożnością, albowiem wśród respondentów mamy też 450 i pół osoby, które cierpią na depresje, co mnie w sumie nie dziwi, bo ja też bym miała depresje, jakby brakowało mi połowy ciała. Tak, mieliśmy ze studentami swoje trudne momenty, ale teraz już żyjemy w krainie wiecznej szczęśliwości, tj. biegamy wspólnie po akademickiej łące wiedzy, trzymając się za ręce i nucąc 2 become 1 z repertuaru Spice girls. No, tak to sobie właśnie wyobrażam. Moi studenci na pewno też. Czasem jednak ta szczęśliwość powoduje kłopoty, na przykład sprawia że tacy studenci chcą ze mną rozmawiać często i wszędzie; czasem w windzie, koniecznie w uczelnianej łazience, a ostatnio także przy koszu z przecenioną bielizną w Primarku.

I tak właśnie wczoraj, zakopana po szyję w majtkach za 50 eurocentów, napotkałam swojego studenta, który szalenie się ucieszył kiedy mnie zobaczył i zaraz po uprzejmym przywitaniu, postanowił wykazać pełne zrozumienie dla pewnej niezręczności tej sytuacji, spytał mnie mianowicie ile planuję zakupić majtek, bo jeśli powyżej ośmiu sztuk, to bardziej opłaca mi się iść piętro wyżej, albowiem tam sprzedają wielopaki. Chyba że – student ciągnął swoją myśl dalej, no bo dlaczego nie – nie chcę ośmiu takich samych majtek, tylko wolę różnorodne, no to wtedy jednak lepiej szukać w tym koszu, albo kupić kilka wielopaków i wymieszać. Thank you John, I really appreciate it – odpowiedziałam na to, odkładając do koszyka majtki za 50eurocentów i resztki własnego honoru – I’ll see you in the classroom soon. Po czym powoli i godnie oddaliłam się do wyjścia. No, a potem odczekałam za rogiem odpowiednią ilość czasu i upewniwszy się, że mój student opuścił już sklep, szybko pobiegłam na pierwsze piętro. Rzeczywiście, w wielopakach taniej. Czyli jednak – uczenie to szalenie wzbogacające doświadczenie. Czasem całkiem dosłownie.