W “Gołębniku”. Czyli pies o puchatym ogonie i przepięknie położone kable

Tekst powstał w ramach współpracy z Polską Organizacją Turystyczną i Krajową Siecią Obszarów Wiejskich

Istnieją takie rzeczy, które w dzieciństwie wydają się człowiekowi absolutnym koszmarem, piekłem na ziemi i kożuchem na zimnym budyniu życia, tylko po to, by kilkanaście lat później być jak ciepłe skarpety z owczej wełny na stopach skąpanych w lodowatych nurtach dorosłości. Czapki z pomponem. Noszenie kapci. Pulpety w sosie pomidorowym. I to ogłoszenie, które można znaleźć na stronie gospodarstwa agroturystycznego „Gołębnik”:

W pokojach nie mamy zasięgu, wi-fi i telewizji – trzeba rozmawiać, można czytać, leżeć pod gruszą

2 i pół godziny od Warszawy i 10 minut od Kazimierza Dolnego jest miejsce, w którym mieszka pies o najbardziej puchatym ogonie na świecie. Chodzi krok w krok za swoimi właścicielami – państwem Ewą i Tomkiem Gołębiami – gdy oprowadzają nas po swoim gospodarstwie. Dzielnie drepcze po stromych zboczach starych sadów – jabłkowego i gruszkowego, omiata ogonem pomidory w ekologicznym warzywniaku, czasem szczeknie na żabę w stawie oczyszczanym tylko roślinami i minerałami, bez ani grama chemii.

Trudno uwierzyć, że jeszcze dwa lata temu było tu dosłowne wysypisko śmieci – sprzątali ten teren w siedem osób; z dziećmi i znajomymi, a powierzchnia do sprzątania była imponująca, bo aż cztery hektary. Teraz jest tutaj 5 pokoi dla gości i odnowiona Stodoła, gdzie spotykają się na wspólnych śniadaniach i obiadokolacjach. To zresztą w tej Stodole zgubiłam na dłuższy czas męża, a gdy go w końcu odnalazłam, to oto stał wpatrzony w jedną ze ścian, wzdychał cicho oszołomiony pięknem tego, co widzi i trzaskał milion zdjęć, by zachować te cudowne artefakty wspomnień, gdy już zbladną pod wpływem niedoskonałej pamięci.

– Ja jestem programistą – tłumaczył wzruszony pani Ewie – ja chciałbym mieć w serwerowni tak wspaniale położone kable.

Technicznie rzecz ujmując, to oto mam przed sobą ludzi, którzy oto postanowili żyć tak, jak im przykazał mem. Z tym, że ja to raczej żyje według tego mema, gdzie jest ten pies przebrany za chemika i napis: „I have no idea what I’m doing”, oni – trochę ambitniej. Rzucili to wszystko i wyjechali… nie, nie w Bieszczady. Do Rzeczycy.

Miejsca, które dość łatwo jest pokochać, chyba że ktoś jest dyslektykiem, no to raczej nie.

RZE-CZY-CA.

Mówią, że chcieli założyć biznes, by mieć dla siebie coś swojego, na stałe, by zarabiać na emeryturę. Od pracy dla kogoś znacznie milsze jest bycie na swoim. Od byciu na swoim – bycie na swoim w jakimś pięknym miejscu. Dlatego od początku wiedzieli, że przeniosą się z miasta na wieś, bo zamiast sznura samochodów na Marszałkowskiej znacznie milej obserwuje się niebo zakorkowane od nadmiaru ptaków. Gdy wymyślili sobie, że wyprowadzą się spod Warszawy, to rozważali wiele różnych lokalizacji – Kotlinę Kłodzką, może Zachodniopomorskie. Ale sami mówią, że Lubelszczyzna jest im mentalnie bliska. To gospodarstwo było pierwszym ogłoszeniem z OLXa na które natrafili. Weszli na podwórko i wiedzieli, że to to. Serio, a ja od trzech tygodni przeglądam ogłoszenia, bo nie mogę się zdecydować na sokowirówkę.

Większość rzeczy robili sami – rozpoczynając od tych wspaniale położonych kabli, przez malowanie sufitu, sprzątanie terenu, odnawianie pokoi dla gości. Domy to drewniany szkielet wypełniony kostkami słomy, warzywniak – uprawa biodynamiczna, przy budowie walczyli o każde drzewo i nie pozwalali ich ściąć. To miejsce to trochę taka miłosna walentynka wysłana przyrodzie, naturze i ekologii. Jestem w stanie sobie totalnie wyobrazić takiego borsuka, co to przychodzi tu z lasu i widząc z jakim szacunkiem traktowane jest tu jego otoczenie i kumple zwierzątka, drapie łapką w drzwi właścicieli i szepcze: „dziękuje”.

A kosztowało ich to nie tylko mnóstwo czasu i pracy, ale i pieniędzy. Własnych pieniędzy, bo akurat trafili w jakąś czarną dziurę dofinansowań. Pracowali nad tym miejscem od 2017 roku, pierwszych gości przyjęli osiem miesięcy temu.

Goście przyjeżdżają, a potem wracają, zabierając ze sobą przyjaciół, by podzielić się z nimi tym słodkim kawałkiem rzeczywistości. Gdyby cała Polska była sernikiem, to „Gołębnik” byłby tym, największym kawałkiem ciasta z najgrubszą warstwą polewy czekoladowej. Teraz trudno znaleźć u nich wolny termin. Ale warto próbować, bo tutaj jest tak:

5 pokoi dla gości. Ogromna przestrzeń, na której można odpocząć, czytać, robić totalnie nic. Plac zabaw dla dzieci. Jest miejsce na cudny ślub w plenerze i niepowtarzalne wesele. W lecie można pospacerować po sadach lub okolicznym Kazimierzu. W zimie – pojeździć na nartach, bo tuż obok znajdują się trzy wyciągi, w sam raz dla początkujących narciarzy, ewentualnie sportowców nienachalnych, co to jak tylko trzy przysiady zrobią, to już dzwoni do nich endomondo, że ktoś im konto ukradł. Posiłki gotuje pani Ewa – tylko z lokalnych produktów, bo od okolicznych gospodarzy zawsze chętnie kupią robione przez nich sery, miody, jajka od najszczęśliwszych na świecie kur. Zanim kupią, upewniają się, że owoce i warzywa są niepryskane. Robią przetwory. Hodują własne zioła. Tu wszystko jest szczere, wszystko jest prawdziwe.

Gdy gotują – dostosowują się do wszelkich potrzeb gości; diet wegańskich, wegetariańskich, czy jakichkolwiek innych. Dużo w tym miejscu szacunku – do innych ludzi, zarówno własnych gości jak i okolicznych gospodarzy, i – przede wszystkim – do natury. Do starych drzew, psa z puchatych ogonem i cudownie okrągłego kota, który w pewnym momencie do nas dołącza.

Są dowodem na to, że z biznesem jest trochę jak z zespołem „Ich troje” – nie zna granic. Również tych aglomeracyjnych. Wieś już dawno nie powinna nam się kojarzyć z człowiekiem w sztruksach i kaloszach, który przez większość swojego życia czeka na PKS i włancza światło. Co za bzdura! Oto jesteśmy w miejscu nadzianym lokalnymi biznesami jak drożdżówka makiem. Okoliczni mieszkańcy robią własne sery, jogurty, świadczą rozmaite usługi (nie tylko agroturystyczne), są wspaniale przedsiębiorczy, pracowici, a co najważniejsze – dobrzy zarówno dla otaczającej ich natury, jak i dla siebie nawzajem. Właściciele „Gołębnika” nie są wyjątkiem. Gdyby tylko chcieli porzucić kiedyś uprawę najsłodszych pomidorów na świecie na grządkach za domem (mam nadzieję, że nie!), to mogliby zrobić karierę na reklamowych billboardach. I wraz z psem o puchatym ogonie przekonywać z nich ludzi:

“Róbcie własny biznes!”.

“I róbcie go na wsi!”.

W poprzednim życiu, B.G. (Before Gołębnik) mieli wolne zawody – pani Ewa jest architektem wnętrz (gdy mi o tym mówi mój wzruszony mąż wciąż stoi przed ścianą i wzdycha do wspaniale położonych kabli), a pan Tomek od szesnastu lat jest basistą w zespole “Bracia”. Wciąż koncertuje, a wraz z żoną jeżdżą po świecie na swoich ukochanych motocyklach.

Ale zawsze potem wracają do „Gołębnika”, bo – jak mówią ich goście – „to dobre miejsce, z dobrą energią”. Wiecie co jeszcze mają tam dobrego? Czipsy z jarmużu. No, jadłam. Pycha były. Mówiłam, że to magiczne miejsce. Zresztą mój mąż też się ze mną zgodzi. To jest – gdy już przestanie sobie trzaskać selfie z tymi kablami.

GOŁĘBNIK
Agroturystyczne Ekologiczne Gospodarstwo
Rzeczyca 8, 24-120 Kazimierz Dolny
et.golebnik@gmail.com