Nieogar polski i władca kalendarza

Jest poniedziałek, 6:30, a ja już wiem, że jestem spóźniona na szkolenie, które rozpocznie się za trzy godziny, niemniej nie ma w tym za grosz mojej winy, to wszystko przez Komisję Europejską. Generalnie chodzi o to, że w 1972 roku Komisja Europejska postanowiła założyć instytucję zwaną Eurostatem, Europejski Urząd Statystyczny, czyli taki plac zabaw dla wszystkich statystyków, w którym zbiera się wszystkie dane dotyczące funkcjonowania państw europejskich, a później my się nimi bawimy i wszyscy się śmiejemy, i dokazujemy. No i jak ta Komisja Europejska założyła ten Eurostat, to 47 lat później postanowiła mnie do siebie zaprosić na jakieś spotkanie cośtam cośtam statystyki cośtam, w sumie nie wiem dokładnie, bo i tak podjęłam decyzję po przeczytaniu „darmowy lunch”.

W piątek byłam na tej statystycznej kolonii, no. Nie zaczęło się zbyt dobrze, bo już tydzień wcześniej zaczęłam słać do tej instytucji maile, jako że najpewniej nie mają nic ważniejszego w życiu do roboty, niż te moje maile czytać i ja pisałam: że proszę mi wysłać program, że proszę o szczegóły lotu, że proszę mi powiedzieć, o której mam być gdzie, i ja tak pisałam, a oni mi za każdym razem pisali, że spokojnie, wszystkie informacje otrzymam przed wyjazdem, nie ma strachu, no i oni mi tak pisali, aż nadszedł czwartek. Ale się zdenerwowałam, że jeszcze nic nie wiem. Ale się zdenerwowałam!!! Dzwonię. Dzwonię i jestem totalnym szakalem informacji, gotowa byłam wydrzeć tej miłej instytucji ostatnie ochłapy agendy, jestem człowiekiem-stanowczość, ja tłumaczę tej pani, że ja bardzo przepraszam, ale szanujmy się, to nie jest poważne, że wyjazd już jutro, a oni jeszcze nic nie zorganizowali, ja jestem oburzona jako konsument, ale również – no nie bójmy się tego słowa – jako obywatel Unii Europejskiej, no proszę pani, jak my tak się będziemy traktować w tej instytucji, to nic dziwnego, że liche struktury europejskie trzeszczą złowieszczo pod najmniejszym naciskiem nacjonalistycznych prądów. No, tak jej powiedziałam. Tak jej powiedziałam, że aż jej w pięty poszło, a jak już ta miła otrząsnęła się po tym seansie asertywności z mojej strony, to powiedziała, że wszystko spoko, pani Janino, ale ten wyjazd to jest za miesiąc.

No nic, wróciłam do domu. Mój mąż to trochę się zdziwił, gdy wróciłam tak wcześnie, trzy razy w kalendarz spojrzał, czyli zrobił dokładnie to, czego ja zapomniałam zrobić. W sumie nie dziwne, od zawsze powtarzam, że jak jest taka rasa psów ogar polski, to ze mnie to jest raczej taki polski nieogar. No ale nic, nie ma strachu, weekend spędziłam w domu, a po drodze kupiłam bilet do Warszawy, gdzie w poniedziałek mam szkolenie, fajny pociąg, intercity, miejsca siedzące w innej konfiguracji niż na słomie z inwentarzem wiejskim, generalnie splendor. No, fajny był ten pociąg. Szkoda, że jak dotarłam na dworzec to nigdzie go nie było, bo okazało się, że ten bilet to ja kupiłam owszem, na właściwy pociąg, niemniej na dzień wcześniej.

I nawet poszłam do kasy wyjaśnić to wszystko pani w okienku, ja jej opowiadałam, że proszę pani ja bilet mam na właściwy pociąg, tu wszystko się zgadza, zapłacone trzy wiadra złotych monet, tylko sytuacja jest taka, że autobus mi się spóźnił, a ona spytała ile mi się ten autobus spóźnił, a ja wtedy musiałam jej powiedzieć, że 24 godziny.

DO TRZECH RAZY SZTUKA. Poniedziałek rano, pociąg 5 rano, intercity, diamenty i splendor, dowieźć mnie miał pod same drzwi szkolenia i to pół godziny przed czasem, wszystko przygotowałam – bagaże spakowałam i postawiłam przy drzwiach, by się o nie przy wyjściu potknąć i tym samym ich nie zapomnieć. Ciuchy uprasowałam i na wszelki wypadek od razu poszłam w nich spać, by nad ranem nie tracić czasu na czynności zbędne typu ubieranie. Budzików – na wszelki wypadek – ustawiłam osiemnaście. I nawet dobrze nastawiłam, serio, na odpowiednio wczesną godzinę. Jak się obudziłam, godzinę po czasie, to sto razy sprawdziłam, czy dobrze były ustawione. No, dobrze. Wszystkie osiemnaście budzików na odpowiednią godzinę. Szkoda tylko, że na jutro.