Nie wiem, co Wy ostatnio robiliście w robocie, ale ja stałam w takiej ogromnej sali, co to mieściła dwa tysiące studentów, i miałam mikrofon, i do tego mikrofonu to musiałam wydawać różne dziwne odgłosy, ale nie że byle jakie odgłosy, to miały być takie onomatopeje uznawane w świecie ptaków za obraźliwe, albowiem moim zadaniem było wystraszenie tego gołębia, co to sobie na głupiego przyszedł do tej sali i bardzo nie chciał wyjść. Tak naprawdę to obce mi są motywacje tego gołębia, ale wyobrażam to sobie tak, że on tak sobie szedł chodnikiem, szedł, może jakiegoś precla po drodze skubnął, przywitał się z kolegą wróblem, nad własnym życiem zaczął się zastanawiać, a nagle pomyślał sobie, że zajdzie sobie na uniwersytet, no bo wiadomo – na naukę nigdy nie jest za późno, a poza tym może uda mu się dostać przydział do akademika i będzie mógł przestać spać na jednej gałęzi z gołębiem Julianem, który lunatykuje i przez sen podrywa wszystkie szyszki w okolicy.

No więc ja straszyłam tego gołębia i to było zadanie szalenie odpowiedzialne i pod presją czasu, ja byłam trochę takim porucznikiem Borewiczem ornitologii, albowiem chwilę później w tej sali miał się odbyć egzamin, skutkiem czego musiałam usunąć z niej wszystkie dzikie zwierzęta, bo nie chciałam potem odpowiadać na studenckie skargi, że halo, źle mi poszło, bo mi przez cały czas gołąb siedział na głowie, a łasica kradła ostrzałkę. I oczywiście moglibyście pomyśleć, że to jest przecież totalnie absurdalne, że ja straszyłam tego gołębia w jego własnym języku, znaczy: po ptakowemu, zamiast po prostu zacząć udawać dzwonek i wtedy on by zajarzył, że to już koniec lekcji, no ale to jest dość nielogiczne rozumowanie, bo przecież byliśmy na uniwersytecie, a tam nie ma dzwonków.

I ja tak stoję, i udaję tego gołębia do mikrofonu, czyli dzień jak co dzień w robocie, przychodzi mój student. Przychodzi, patrzy, pyta co robię, a ja mówię, że próbuję wystraszyć tego gołębia, co to tam od pół godziny siedzi w ostatniej ławce i wcale nie chce uciec, a ja nie bardzo mogę do niego podejść, no bo to jednak daleko, a ja nie mam czasu odbierać kolejnych telefonów od biura obsługi klienta w endomondo, że halo, pani Janino, zrobiła pani dzisiaj 35 kroków, czy ktoś się pani włamał na konto?!?!

No a poza tym – tłumaczę mu – to ja jestem trochę sfrustrowana, bo ja już nie zliczę, który to raz muszę sobie radzić z gołębim wtargnięciem na uniwersytecką posesję i ja nie chcę tutaj nikomu blokować dostępu do wiedzy, ale może najwyższy czas zacząć pobierać od tych gołębi jakieś czesne. Nie mówiąc już o tym, że ta obecność gołębi to nas, ludzi-akademików szalenie rozprasza, my potem w ogóle nie możemy pracować, bo odbywamy w biurze bardzo długie dyskusje, które wykazać mają podobieństwa pomiędzy studentem, a gołębiem.

Na przykład – opowiadam mu dalej – ja to się nad tym bardzo mocno zastanawiałam wtedy, kiedy to rozwiązywali zadania z regresji, nie wiem, czy pamięta, to były te pluszowe zajęcia wypchane watą dobrej zabawy i trocinami ekscytacji, i w tej sali to panowała wtedy taka totalna cisza, i ja w tamtym momencie rozdarłam kartkę papieru, mój boże, oni spłoszyli się tak, jakbym rzuciła w nich oponą. A on na to mówi, że no raczej, że się wtedy spłoszyli, bo jak usłyszeli ten hałas, to bardzo brutalnie do nich dotarło, że te zajęcia na których własnie są, to wcale nie jest senny koszmar, to dzieje się naprawdę.

I jeszcze mówi, że to w sumie przezabawne z tym moim porównaniem studentów do gołębi, albowiem oni to samo mówią o wykładowcach, przecież gdy my tak na nich patrzymy na zajęciach, to my tak głowę przechylamy zupełnie jak gołębie, tak w prawo, w lewo, profil, dziób, i on mi to opowiada, a przy okazji oferuje również wsparcie wizualne, tak wygina głowę jak najprawdziwszy gołąb, i no dobra, to trochę jestem ja na wykładzie, ale to raczej wynika z mojego wewnętrznego poczucia obowiązku, bo ja zawsze chcę się upewnić, czy ci wszyscy ludzie, co to pokładli się na ławkach jak meduzy na wybrzeżu, to po prostu zasnęli, czy też już dawno nie żyją. I ja tak sobie myślę, ale wcale nie mówię tego na głos, bo na głos mówię, że to jest zupełnie absurdalne, pracownicy naukowi w ogóle nie zachowują się jak gołębie, a on tak patrzy na mnie, patrzy, w końcu mówi (szalenie konspiracyjnym szeptem, jakby zdradzał mi właśnie miejsce ukrycia skarbu Atlantydy): Janina, no need to deny. We’ve seen you…

– …we’ve seen you fighting over free sandwiches.

Dobra tam, być może raz się zdarzyło. Najpewniej wtedy, kiedy National Geographic chciało zrobić o nas pełnometrażowy film dokumentalny, ale przez przypadek ktoś rzucił w stado doktorantów kromką chleba i wszyscy zaczęli się kotłować o nią jak kołdra w nogach, i trzeba było przerwać zdjęcia, bo było zbyt dużo rannych i zabitych.