Teleturniej badań ankietowych i ludzie-kłamczuszki

Czasem chciałabym być nauczycielem geografii, bo wtedy mogłabym usiąść na środku klasy i kazać biegać studentom dookoła mnie, i tłumaczyć im, że ja jestem słońcem, oni planetami, a tak właśnie wygląda układ słoneczny. Oczywiście nie narzekam, bo przedmioty, których uczę, też dają mi spore możliwości, no ale ileż można przychodzić na zajęcia przebranym za kalkulator.

Ja, rozbitek na niespokojnej tafli językowego oceanu

Z mówieniem po angielsku jest jak z jazdą na rowerze – niby spoko, ale czasem pod górkę. Na przykład u mnie: przez długi czas miałam poczucie, że mój angielski jest jak najpiękniej wyrośnięta bułeczka drożdżowa, nadziana dorodnymi idiomami jak najsłodszymi z rodzynek, i oblana lukrem gramatyki pięknej i precyzyjnej jak koronkowe serwety plecione przez motyle.

Przetrwają najsilniejsi: człowiek-akademik i konferencyjne bingo

Jedź na konferencję, mówili. Poznasz ludzi, inne kultury, języki, pozaplatasz delikatne nitki międzynarodowych przyjaźni z ośrodkami naukowymi z całego świata. No to jestem. Na konferencji w Portugalii jestem. Wchodzę do sali. Do lunchu podali wino, więc jestem istną gwiazdą socjometryczną, labradorem interakcji społecznych, najsympatyczniejszą z owiec na tym akademickim pastwisku.