Ja, rozbitek na niespokojnej tafli językowego oceanu

Z mówieniem po angielsku jest jak z jazdą na rowerze – niby spoko, ale czasem pod górkę. Na przykład u mnie: przez długi czas miałam poczucie, że mój angielski jest jak najpiękniej wyrośnięta bułeczka drożdżowa, nadziana dorodnymi idiomami jak najsłodszymi z rodzynek, i oblana lukrem gramatyki pięknej i precyzyjnej jak koronkowe serwety plecione przez motyle.

Przetrwają najsilniejsi: człowiek-akademik i konferencyjne bingo

Jedź na konferencję, mówili. Poznasz ludzi, inne kultury, języki, pozaplatasz delikatne nitki międzynarodowych przyjaźni z ośrodkami naukowymi z całego świata. No to jestem. Na konferencji w Portugalii jestem. Wchodzę do sali. Do lunchu podali wino, więc jestem istną gwiazdą socjometryczną, labradorem interakcji społecznych, najsympatyczniejszą z owiec na tym akademickim pastwisku.

Krótka historia o pytonie

Wymyśliłam sobie ostatnio, że zostanę bohaterem irlandzkiego świata i namieszam im trochę w narodowych statystykach przeżyć, ponegocjuję z kostuchą, lodowaty oddech śmierci ogrzeję ciepłem swojej osobowości i pogody ducha, uratuję parę ludzkich żyć, to znaczy, że przestanę sprawdzać obecność na zajęciach.

Strona 4 z 1023456