Egzamin z małżeństwa

wpis powstał we współpracy z T-Mobile

Kilka lat temu miałam taką stronę, na której realizowałam się twórczo, rysowałam tam w Paincie sekretne życie warzyw i owoców, był tam pan Banan, który postanowił polować na lwy i był też pan Ogórek, który pojechał na wakacje, pojeździć na wielbłądzie, no generalnie artystyczny splendor i duchowa finezja, może być tak, że historycy sztuki analizowali moje dzieła w kapokach i dmuchanych rękawkach, żeby przypadkiem nie utopić się przy tym we własnych łzach wzruszenia. I tam na tej stronie, gdzieś pomiędzy malowanym brokułem, co chciał zostać bramkarzem, a bakłażanem co złamał nogę, spadając z drabiny, jakiś miły młody człowiek zostawił mi komentarz, “to jest najśmieszniejsza strona jaką w życiu widziałem – napisał – serio, dawno nie widziałem czegoś tak śmiesznego“. No, tak właśnie napisał, a dziesięć lat później został moim mężem.

Obrazek od którego wszystko się zaczęło

Właściwie to ślub wzięłam z dwóch powodów. Po pierwsze, to słyszałam, że na weselach dają torty. Po drugie, autor tego pluszowego komentarza totalnie okazał się najpiękniejszą gazelą na tym randkowym pastwisku, absolutnie najdoskonalszą, mimo iż gazela owa posiada pewne słabości ludzi-informatyków, na przykład głośno wzdycha do koszul we wzór kraty, a jak mu ostatnio licznik w samochodzie przeskoczył na 10010, to płakał ze wzruszenia przez trzy dni, że samochód mówi do niego kodem binarnym. Niemniej to była wspaniała decyzja, bo od tamtego czasu tak sobie razem kopytkujemy po tej dżungli życia, która długo nam była pluszowa, a ostatnio trochę mniej, ale mój boże, jak ja wstaję rano i widzę tego męża mojego zwiniętego jak rogalik, on jest ciepły od snu jak bułeczka wyciągnięta prosto z piekarnika, poliki ma okrągłe i miękkie jak poduszki, ja zawsze mu mówię, że gdyby on był rybą, to byłby rybą poduszkopolikiem i nawet mu kiedyś naszkicowałam ten właśnie gatunek ryby, do dziś wisi u nas na lodówce.

Gdy patrzę na mojego męża, jak śpi, to serce mi się topi jak masło na patelni, wszystkie puzzle rzeczywistości natychmiast wskakują na odpowiednie miejsca i mam ochotę przytulić go wtedy tak mocno, że aż cała jestem w strachu, że odkształci się przy tym jak pluszowy miś od nadmiaru dziecięcej miłości. Lubię ten nieoczywisty związek przyczynowo – skutkowy, gdy dziesięć lat temu jakiś miły człowiek napisał mi komentarz, że moja strona jest najśmieszniejszym, co kiedykolwiek w życiu widział, a chwilę później jest mi najlepszym, co kiedykolwiek mi się przytrafiło.

A potem na chwilę o tym zapomniałam.

Wykonałam w tym roku 20 lotów, tam i z powrotem, byłam tą jedyną osobą na świecie, która mieszkając w Irlandii jeździła za robotą do Polski, a ochrona na lotnisku w Modlinie tak strasznie się śmiała, że łohohoho, to znowu pani, witamy ponownie (w tym piekle na ziemi – dodawałam w myślach, ale nigdy na głos). To że widywali mnie częściej niż pracownicy siłowni to jeszcze żaden wyczyn, ale że częściej niż pracownicy cukierni, no to halo, policja, proszę przyjechać, bo było przestępstwo, chciałam kradzież zgłosić, że ktoś mi ukradł rozum i godność człowieka!!!

Czasem też zastanawiali się, co ja takiego przemycam, że tak ciągle przechodzę przez tę granicę tam i z powrotem, tam i z powrotem, a ja jeszcze na początku myślałam, że w środku cała jestem wypchana pluszem, ale z czasem on się wycierał, starzał i zbijał w takie nieregularne grudki, wiecie, jak zbyt wyprzytulany miś, które traci swoje niedźwiedzie kształty i zapada się w środku.

Najpierw liczyłam pobyty w domu w dniach, a potem w godzinach, po jakimś czasie przestałam już nawet wypakowywać walizkę. Naprężałam cierpliwość mojego pluszowego męża jak gumkę recepturkę, a on nigdy nie drgnął złością ani złą emocją, i codziennie mi mówił, że jestem bardzo dzielna. A to nie odwaga była, a błąd matematyczny. Jak na człowieka, który zajmuje się tym zawodowo, nie wiem jak mogłam aż tak bardzo pomylić się w obliczeniach: że mój mąż to zawsze jest więcej niż cała reszta świata. Zawsze znacznie więcej, to wzór bez wyjątków.

To znaczy – mąż i kot. Bo bardzo długo sobie myśleliśmy, że tak nam we dwójkę całkiem dobrze, generalnie to niczego nam w życiu nie brakowało, może oprócz miejsca w zamrażarce na lody z masłem orzechowym, niemniej potem okazało się, że od gry w scrabble we dwójkę lepsza jest tylko gra w trójkę i właśnie dlatego przygarnęliśmy kota.

Człowiek to jednak nigdy nie wie, kiedy rodzina mu się powiększy, a nam to się nawet tak dosłownie powiększyła, zwłaszcza wszerz, albowiem nasz kot okazał się kotem o niezwykle szerokiej twarzy i niektórzy to jeszcze czasem mi mówią “ej, Janina, ale o co ci chodzi z tym twoim kotem o szerokiej twarzy, bez przesady, normalna kocia twarz”, a ja im wtedy pokazuję zdjęcie i potem to ten człowiek już nic nie mówi, ale za to czasem klepie mnie krzepiąco po ramieniu.

Nie no, serio, na przykład mój mąż, człowiek-zadanie, zmęczył się ostatnio otrzymywaniem awizo, że “halo, proszę sobie przyjechać odebrać paczkę, albowiem nie było pana w domu”, a męczyło go to o tyle, że generalnie to pracuje z domu, więc zawsze w nim jest. Postanowił więc rozwiązać tę sytuację tak, jak każdy normalny człowiek, to jest zainstalował system kamer z podglądem na nasze drzwi wejściowe, które to kamery uruchamiają system dźwiękowy za każdym razem, gdy ktoś podchodzi do drzwi i jak to jest kurier, to wtedy mój mąż wyskakuje na dwór niczym gazela i krzyczy, że oho, sukinsynie, gdzie ty mi z tym awizo, jak ja jestem w domu!!!

No i generalnie to ten plan nie miał wad, nie mówiąc już o szczególnych doznaniach estetycznych w postaci mojego męża, który wyskakuje jak połamany za każdym razem, gdy widzi kuriera, niemniej gdy ostatnio przejrzeliśmy nagrania to okazało się, że wszystko spoko, oprócz tego, że 80% powierzchni obrazu podglądowego z kamer zajmuje twarz naszego kota.

Uwielbiam w tej historii wszystko: tego mojego męża, który uznał, że najlepszym rozwiązaniem problemu będzie zainstalowanie zaawansowanego systemu kamer i alarmów dźwiękowych. I tego kota, który po prostu przychodzi i swoją puchatością sprawia, że wszystkie plany idą w łeb. Uwielbiam tych moich chłopaków i gdzieś tam czuję jakbym miała serce z połamanego plastiku, że tak długo i tak często kazałam im czekać, i kazałam żegnać. Zapomniałam, że istnieje pewien przywilej w tym, że mam najbardziej pluszową rodzinę na świecie (zupełnie dosłownie pluszową, biorąc pod uwagę kota) i uważam, że absolutnie każdy powinien takową mieć. To znaczy – pluszową, bo jeśli chodzi o szczegóły; kto, z kim i ile osób, to to nie ma żadnego znaczenia, to jest jak taka emocjonalna krzyżówka, w której wszystkie hasła i konfiguracje są prawidłowe, tak długo jeśli nam pasują.

Poprosić mnie o to, by napisać o swojej rodzinie, to jak kazać mi wybrać ciastko w cukierni – ja zupełnie nie wiem, gdzie zacząć, tu wszystko jest tak pyszne. A poprosił mnie o to Piotrek z T-Mobile z okazji premiery ich nowej oferty rodzinnej, która tak wspaniale nie wyklucza: jest i dla tych, co mają najbardziej klasyczne rodziny na świecie, i tych co to Wigilie spędzają z kolegami z akademika, i dla tych co noszą w portfelu zdjęcia swojego pudla też. Taki prosty przekaz: przyjdź ze swoją rodziną, jakkolwiek ją definiujesz, nie musisz się z niej nikomu tłumaczyć, a im większa rodzina, tym większa zniżka, chociaż niestety podwójne podbródki się nie liczą. Czyli w sumie to zawsze dobry powód, by przygarnąć kolejnego kota, choć oczywiście trzeba liczyć się z tym, że jak takiemu kotu kupimy ten abonament, to on potem będzie ciągle do nas dzwonił, że nie jadł nic od pięciu minut, ratunku, pomocy!!! Ale ja w sumie robię Wojtkowi to samo, więc to nie przewidzisz.

Lubię tę szeroką definicja rodziny, o której mówi T-Mobile; lubię to, że to nie jest tak, że trzeba przyjść do ich punktu z aktem małżeństwa, ewentualnie wynikami testów genetycznych i zestawem kartek świątecznych z ostatnich dziesięciu lat, by udowodnić, że jesteś z kimś spokrewniony. Bo rodzina to nie tylko mama, tata i dwójka dzieci, to po prostu bardzo bliskie, niezbędne nam osoby, jakkolwiek chcemy to sobie zdefiniować. My na przykład zaliczamy kota do rodziny i bardzo go kochamy, chociaż odkąd zobaczyliśmy jak poluje na własny ogon, to nie mamy żadnych wątpliwości, że już nigdy nie pójdzie na studia.

A niech nie idzie, jeśli nie chce – i tak by pewnie oblał geometrię, bo w tych małych łapkach tak źle by mu się cyrkiel trzymało, że nigdy nie zdołałby narysować idealnego okręgu. Niech sobie robi co chce, z kim chce i chadza własnymi drogami. Tak długo jak pod koniec dnia prowadzą one do tego delikatnego zagłębienia w poduszce dokładnie po środku mnie i śpiącego męża. Tak długo jak nie zapomni, jak ja przez chwilę, że wszystkie drogi powinny prowadzić do domu.