Kluski śląskie we krwi i mój nowy najlepszy przyjaciel

Mam anemię. Co nie jest jakąś tragiczną chorobą, bo bywają gorsze, na przykład: homofobia, rasizm, pokrzywka, niemniej powoduje, że do mojego zmęczenia rzekłabym pierwotnego, czyli niechęci do tracenia podaży energetycznej na ROBIENIE RZECZY, trzeba jeszcze dodać zmęczenie wynikające z tego, że jaki pan, taki kram i moje erytrocyty ewidentnie również postanowiły zostać leniwymi kluskami, które to porównanie – nieskromnie powiem – ma w sobie pewien geniusz literackich środków wyrazu, albowiem wiecie, one serio wyglądają jak kluski (śląskie).

Nie ukrywam również, że ta sytuacja wiąże się z jeszcze jednym problemem o charakterze kluczowym, który polega na tym, że by pobudzić moje krwinki do wytężonej pracy, to co rano muszę pić coś, co totalnie wygląda jak krew, a ja mam ledwie 32 lata, więc to przecież nie może być tak, że ja będę robić coś niemiłego tylko dlatego, że powinnam to robić, ja co rano uskuteczniam histerię na poziomie mojego kota, gdy ten znajduje się akurat po niewłaściwej stronie drzwi, czyli mniej więcej zawsze, chyba że akurat jest trzecia nad ranem, to jeszcze częściej. Więc ja histeryzuję, mój mąż krzyczy, że USPOKÓJ SIĘ, KOBIETO, ja mu krzyczę, że nie będę krwi pić jak jakiś argh argh Nosferatu, zwłaszcza teraz, kiedy to nietoperze nie cieszą się jakimś wybitnym PR-em, a w międzyczasie kot drze ryja, no bo akurat jest po niewłaściwej stronie drzwi. No i to są nasze poranki, i ja co prawda nie wiem, czym dokładnie zajmują się inne małżeństwa po przebudzeniu, ale nie wykluczam, że jednak innymi rzeczami niż dyskutowaniem o PRze nietoperzy.

No ale słuchajcie, przecież powszechnie wiadomo, że ja jestem najbardziej kochanym dzieckiem rzeczywistości, co akurat niedawno objawiło się tym, że jechałam sobie autobusem i nagle usłyszałam, że jakiś młody człowiek opowiada kolegom, że ostatnio ma okropnie mało żelaza. Oho, TO TAK JAK JA. No i on opowiada, że jak on zobaczył te liczby to one były takie niskie, że przecież najpierw w ogóle nie uwierzył, aż musiał powtórzyć liczenie, ale to w niczym nie pomogło, okazało się, że faktycznie żelaza ma dramatycznie mało, ale to tak mało, że bardzo mało. Zainteresowałam się. Niesiona poczuciem wspólnoty doświadczeń związanych z erytrocytami, co lecą sobie w nomen omen kulki, ale nie ukrywam, że również dlatego, że owy miły człowiek w ogóle nie wyglądał na 30 lat, a wiecie jak jest – przed trzydziestką to człowiek idzie obalić dwa wina marki leśny dzban, następnie pali skarpety na parkiecie do wczesnych okolic porannych, potem zaś idzie na wykłady z krótką przerwą na śniadanie w postaci browara i bułki z chlebem, a potem jeszcze przez kolejne trzy godziny przeprowadza staruszki przez jezdnię. No, a potem przychodzi trzydziestka i to polega na tym, że człowiek krzywo wstaje z łóżka i wtedy odpada mu noga.

Szczęśliwie dla mnie ten człowiek w autobusie dalej opowiadał – że miał tak mało tego żelaza, że aż postanowił zadzwonić do Krzysia z prośbą o pomoc, wiadomo.

– Wiadomo – potwierdził wtedy jego towarzysz
– Wiadomo – powiedział ten drugi
– Wiadomo – zgodził się trzeci
– Wiadomo – potwierdziłam w myślach ja, co teoretycznie nie miało żadnego sensu, ale w praktyce chodziło o to, że w mojej głowie to ten tajemniczy Krzysiu, wysłany na krucjatę przeciwko niskim stężeniom żelaza, to totalnie był jakimś profesorem medycyny o charakterze genialnym, który za dnia przeszczepia głowy, a w nocy doszywa nogi ludziom po trzydziestce.

No i tenże Krzysiu – opowiada dalej typ w autobusie – to faktycznie rozwiązał jego problem, co mnie szalenie podjarało, bardzo byłam dumna z mojego nowego przyjaciela Krzysia, zwłaszcza, że akurat chwilę wcześniej zdecydowałam, że jak już się dowiem w jaki sposób dorobić się większych pokładów żelaza, to natychmiast spytam na jaki adres mam mu wysłać zaproszenie na Wigilię.

Tymczasem ten miły człowiek opowiada dalej, że serio, tego żelaza to on miał jak na lekarstwo, ale jak mu Krzysiu poradził to co poradził, to w jeden dzień wszystko wróciło do normy (W JEDEN DZIEŃ!!! – podekscytowałam się jak labrador w fabryce kiełbasy), wystarczyło tylko zrobić to, co kazał, to jest – tłumaczy typ w autobusie – wymienić żelazo za kryształy górskie u trolla z czwartego poziomu.

No spoko, Krzysiu. A zrobią mi to na NFZ?

***