Trzy kręgi współczesnego piekła

Generalnie to uważam, że istnieją trzy kręgi współczesnego piekła. Pierwszy krąg: dla par, które kłócą się przy innych ludziach. Wiecie, jak jest, że miło, że kolacja, konwersacja, “ależ soczysty ten kurczak wyszedł”, “chyba idą roztopy”, “a co tam u ciebie słychać, Janino?”, a potem człowiek chwilę się zamyśli nad tłuczonymi ziemniakami, a gdy się ocknie, to już wśród jego współtowarzyszy trwa histeria, dramat i życie mi gnoju zmarnowałeś.

I słuchajcie, ja generalnie mam w sobie dużo zrozumienia, ja rozumiem, że jak Juliusz dziesięć lat temu zapomniał ściszyć telewizor, to ta sprawa nie może już czekać ani chwili dłużej, niemniej to nigdy nie wiadomo, jak się w takiej sytuacji zachować, para się kłóci, a człowiek tak rzeźbi sobie w tych swoich tłuczonych ziemniakach, upatrując w tej spożywczej architekturze ukojenia od niezręczności, i rzeźbi w tych ziemniakach, i rzeźbi, już kartoflane fundamenty postawił, a Juliusz wciąż nie wyniósł śmieci w dziewięćdziesiątym drugim roku, i w końcu z tych ziemniaków na talerzu to zdąży już całe miasto powstać i jeszcze pół obwodnicy, wszystko w oczekiwaniu, aż zażegnane zostaną wszystkie kryzysy małżeńskie do trzech pokoleń wstecz, no i słuchajcie, sprawdzone info, podobno właśnie podczas jednej z takich niezręcznych kolacji powstał Taj Mahal.

Drugi krąg piekła przeznaczony jest dla ludzi, którzy odgrzewają rybę w służbowej mikrofalówce. To nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień, znaczy – oprócz tych złożonych na komendzie policji.

No i w końcu trzeci krąg piekła, który przytrafił mi się dziś na lotnisku – dla ludzi umiłowanych w tarasowaniu wąskich przestrzeni. Zależność jest prosta: im węższa przestrzeń, typu: alejka w sklepie, korytarz, ruchome schody, tym bardziej na środku należy się ustawić i zacząć wykonywać szereg czynności, które są absolutnie bez sensu, ale skutecznie uniemożliwiają przejście wszystkim ludziom za tobą. Dodatkowo istnieją różne frakcje tego stowarzyszenia ludzi kochających środek, na przykład ludzie zatrzymujący się na środku chodnika w sposób nagły, znani również jako amatorzy ludzkiego domino, ewentualnie podgrupa anarchistów logicznego wykorzystania wektorów, najczęściej występujący w grupach, którzy wszędzie tam, gdzie należałoby się ładnie ustawić w ogonku, koniecznie muszą stanąć wszyscy obok siebie.

Więc jestem w sklepie na lotnisku, takim sklepie ze wszystkim, że człowiek i sałatkę kupi, i szminkę, i rajstopy wyszczuplające kostki też. Kanapkę mam w ręku, wodę i ciasteczko, wszystko co pozwoli mi choć trochę zalepić rany w sercu powstałe w czasie podróży rajanerem, już cała jestem gotowa na atak szczytowy kasy, a tam w małej, wąskiej alejce, jedynym dostępnym przejściu do tejże kasy, słuchajcie, akurat jakaś miłą rodzina postanowiła rozbić sobie biwak.

Znaczy – tak to totalnie wyglądało, bo ich było całe stado, matka, ojciec, dwójka dzieci, wszyscy stali na całej szerokości przejścia, jeszcze na wszelki wypadek wszystkie bagaże porozrzucali wokół, żeby mieć pewność, że totalnie nikt nie przejdzie obok, i jeszcze histerycznie grzebali w otwartych bagażach, i bardzo głośno krzyczeli. No więc ja stoję, czekam. Myślę sobie – a nie będę oceniać. A może to było ich ogromne marzenie, żeby kiedyś na jakiś kamping pojechać, może oni całe życie marzyli o tym, by rozbić się w jakiejś miłej sklepowej uliczce, w bliskiej okolicy rajstop i mydła, i tam wieść swoje szczęśliwe koczownicze życie? Może oni od dwudziestu lat przeczesywali reklamy w gazetach, w poszukiwaniu tego jednego wymarzonego ogłoszenia, że: “pole namiotowe w sklepie z widokiem na ludzką frustrację”? “Wąsko, tłumnie, idealnie dla tych, którzy nienawidzą innych ludzi”?

No, dużo miałam w sobie zrozumienia, ale trochę się obawiałam, że pan pilot będzie miał go trochę mniej, więc jednak zaczęłam się denerwować, a wraz ze mną stado ludzi, którzy już zdążyli ustawić się za mną, więc ja po raz setny mówię tym miłym ludziom na środku alejki, że excuse me, a potem również, że przepraszam bardzo, bo szybko okazało się, że to nikt inni jak nasi rodacy tak w tych torbach kopią jak labrador w liściach, oni mnie tak wspaniale ignorują i mówią, że już, już, jeszcze tylko chwila, tylko jedną rzecz muszą znaleźć, a ja myślę sobie: proszę pani, ja przysięgam, lepiej żeby pani szukała czegoś ekstremalnie ważnego, sztabki złota albo żywych rozmiarów konia zrobionego z biszkoptu, bo jeśli nie, to nie możemy wykluczyć, że się nie powstrzymam, no nie powstrzymam się, ale nie mam żadnych wątpliwości, że każdy sąd mnie uniewinni.

Pani szuka. Szuka, szuka na środku tego przejścia, wszyscy stoją, nikt nie może przejść, wszyscy czekają aż pani w końcu znajdzie. Oto jest! JEST!!!!! – poinformowała triumfalnie całą swoją rodzinę, a także połowę Irlandii, która zdążyła się już za nią w tej kolejce ustawić, a następnie triumfalnie wyjęła z walizki przedmiot, zaprezentowała wszystkim zgromadzonym, oświadczyła rodzinie:

– Uf, spakowaliśmy łyżkę cedzakową, a już tak się bałam!

Proszę pani, jak my wszyscy – powiedziałam cicho, ale nikt mnie nie usłyszał. Zagłuszył mnie głośny huk kamienia spadającego mi z serca.