Wściekły bażant i wojny podjazdowe w polskiej służbie zdrowia

Najgorzej to jest, jak człowiek idzie do lekarza i on mówi coś o prawdopodobieństwie, a z kontekstu wynika, że tak naprawdę to ma na myśli iloraz szans, a to są dwa zupełnie różne wskaźniki w statystyce, więc człowiek za każdym razem, gdy to słyszy, to musi kartkę i długopis wyciągać, formuły przekształcać, podstawiać do wzoru, wszystko po to, by móc wyliczyć sobie to poprawne prawdopodobieństwo z ilorazu szans.

I ja to jeszcze pół biedy, ja to już dawno zaprogramowałam sobie odpowiednią funkcję w excelu i jak tylko słyszę, że lekarz mówi coś o prawdopodobieństwie, to sobie liczby podstawiam i automatycznie wszystko przeliczam, no ale w pełni rozumiem frustrację ludzi, którzy na każdą wizytę lekarską muszę brać ze sobą liczydło. Znaczy – totalnie sobie wyobrażam, że to właśnie o to liczydło i ten iloraz szans chodzi, no bo nie widzę innego powodu, dla którego wszyscy ludzie w poczekalni u lekarza są tak przewlekle wkurwieni.

No bo ja byłam sobie ostatnio w poczekalni u lekarza, a wraz ze mną było jeszcze parę innych osób, mnóstwo wolnych krzeseł, no i w pewnym momencie w tej historii pojawiła się również Mariola. Jeśli zastanawiacie się skąd ja wiem, że Mariola nazywała się Mariola, to ten miły gest zawdzięczamy systemowi ochrony danych osobowych w polskich przychodniach, którego ja jestem absolutną fanką i który polega na tym, że jak miła pani w recepcji otrzymuje kartę pacjenta, to do jej obowiązków zawodowych należy natychmiastowe poinformowanie całej poczekalni o imieniu i nazwisku rzeczonego człowieka, nie mówiąc już o tym, że podanie do publicznej wiadomości nazwy schorzenia jest dodatkowo punktowane, bo to jednak zawsze spoko, jak pół miasta się dowie, że Józef Piszczałka ma wściekliznę, po tym jak napadł go bezdomny bażant.

Jeśli zaś chodzi o Mariolę to ją też zdecydowanie coś napadło, choć nie jestem pewna, czy na pewno był to bażant, raczej obstawiałabym jakąś istotę demoniczną, albowiem słuchajcie, Mariola jak tylko do tej poczekalni weszła i zobaczyła krzesło, to rzuciła się niczym dzik w trufle, a przyznać muszę, że technikę miała wyborną, ona tak cała się naprężyła niczym szczupak, zwinnym ślizgiem pokonała znaczny dystans, sprytnie wykorzystując przyśpieszenie nadane jej ciału przez wypolerowane linoleum, i generalnie cały ten proces był popisem kunsztu witalności i logiki postępowania, może oprócz tego, że na tym krześle, co to Mariola na nie skoczyła, to akurat ktoś siedział i byłam to ja.

Strasznie się Mariola zdziwiła, gdy mnie zobaczyła na tym krześle, bardzo była zaskoczona, cała się nagle stała rozczarowanie i, ja totalnie sobie wyobrażam, że dokładnie taki sam wyraz twarzy mają wszystkie te dziki, co to wbiegają w krzaki i nagle widzą, że ktoś im ukradł trufle. Mariola przystanęła, spojrzała na mnie badawczo, oznajmiła: “to jest moje krzesło”.

Szlag, chwilę człowieka w kraju nie było, a już przegapił ten moment, kiedy to do lekarza należy się udawać z własnym krzesłem! Totalnie tak to sobie wyobraziłam, że pod moją nieobecność weszło takie rozporządzenie i tam jest napisane, że “szanowni państwo, w celu ograniczenia wydatków związanych z obsługą pacjentów, uprzejmie uprasza się o stawianie się u lekarza z własnym elementem mebla o charakterze siedzącym”. Znaczy – tak sobie wymyśliłam, że tak musiało być, no bo nie widziałam innego powodu, dla którego Mariola miałaby uważać, że krzesło na którym siedzę należy do niej. Choć oczywiście nie ma strachu, Mariola szybko mi sprawę nakreśliła, a wyjaśnienie owo obejmowało bardzo wiele skomplikowanych uzasadnień, obliczeń matematycznych i szereg zaświadczeń od fizjoterapeuty o konieczności używania przez Mariolę tego konkretnego krzesła. Nie, żart. Mariola po prostu powiedziała, że ona zawsze siedzi na tym krześle i teraz też chce siedzieć na tym krześle, na żadnym z pozostałych dziesięciu wolnych krzeseł nie usiądzie, bo to jest jej ulubione krzesło i już.

I ja myślę sobie: o, Mariola, stąpasz po bardzo kruchym lodzie mojej cierpliwości. Ja tu od rana mam kumulację niekorzystnych zdarzeń, ja wstałam przed szóstą rano (!), ja jestem na czczo (!!!), i jeszcze na dodatek jeśli chodzi o moje plany na dziś, to google calendar mi podpowiada, że za dziesięć minut zemdleję, no bo tak mnie uczy trzydzieści lat doświadczenia, że zaraz mi pobiorą krew, a ja zachowam się w tej dramatycznej sytuacji jak każdy dorosły człowiek, to jest padnę niczym kłoda na to rozkoszne linoleum (ja wiem, że już po raz drugi w tej historii wspominam o tej podłodze, ale nie mogę się powstrzymać, bo uważam to za bardzo śmieszne słowo: LINOLEUM). Więc ty mnie, Mariola, możesz wystawić na próbę, ale zaprawdę powiadam ci, że życie już zrobiło to wystarczająco.

No, tak sobie pomyślałam, ale szczęśliwie nie powiedziałam tego wszystkiego na głos, bo słuchajcie, już chwilę później okazało się, że Mariola to nie jest sobie byle jaką zwykłą Mariolą, że oto ja mam do czynienia z geniuszem strategii i wirtuozem planowania, do niej już prezydent Rosji dzwonił z prośbą o szkolenie z wojny psychologicznej, a wszystkie światowe wojska projektują działania podjazdowe na wzór heroicznych walk Marioli o jej ulubione krzesło. Albowiem było tak, że Mariola owszem, z godnością przyjęła moją odmowę, a następnie stanęła obok mnie, tak stała sobie nonszalancko, po chwili oświadczyła mi:

– No trudno, w takim razie ja sobie tak obok pani postoję…

Po czym po starannie wystudiowanej pauzie, niby przypadkiem, jakby od niechcenia, dodała:

– …a wie pani, wczoraj była u mnie wnuczka, chyba zaraziła mnie wszami.